piątek, 24 czerwca 2016

Przepis na piątek

Rozgoryczenie, jak wena
- potrafi spłynąć na człowieka w momencie, w którym wcale o nim nie myśli.
Budzi je grymas niezadowolenia na twarzy bliskiej osoby, brak uśmiechu, niespełniona potrzeba rozpierającej aż do bólu radości (i wiele innych tym podobnych pierdółek). Czasem można je zbyć  równie łatwo, jednym teatralnym westchnięciem i uśmiechem od ucha, do ucha, (który być może nie pasuje do sytuacji i wygląda dość jokerowsko) lub nonszalanckim wzruszeniem ramion. Jeśli korelacja między myślą, a ciałem jest odpowiednio wysoka, udaje się przestawić emocje na trochę pozerski, ale jednak bardziej optymistyczny kierunek.

Niemniej, należy unikać wzbudzania w kimś podobnych stanów emocjonalnych [mam na myśli właśnie rozgorycznie], zwłaszcza pod koniec tygodnia. 
To nieprzyzwoite. 
Nie rozmawiajmy w piątki o tym, czego się zrobić nie udało, czego się trzeba nauczyć i o tym, że pewne aspekty codzienności nie są wystarczająco zadowalające. Nie gadajmy o kasie, braku czasu i przemęczeniu. Nie róbmy sobie wyrzutów, na litość boską [żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy, proszę je odebrać jako wyrażenie nacechowane emocjonalne, nie jako zwrot religijny, gdyż wierząca nie jestem], oderwijmy się od tego wszystkiego choć na moment! Pójdźmy na spacer, napijmy się musującego wina albo zwyczajnie soku, [czy co tam lubimy-lubicie] i pogadajmy o tym, że pies biegnący po parku ma fajne życie i wygląda na uśmiechniętego, o liściach, które szumią nam nad głowami, o scenach, które nam się roją w głowach na widok zaciemnionej ścieżki lub marzeniach, które chcemy spełnić choć wiemy, że z realnością mają niewiele wspólnego. Albo nic nie mówmy, uśmiechajmy się jak głupki do sera ciesząc się ciepłym wieczorem, przyjemnym blaskiem lamp ulicznych i swoją wzajemną obecnością.
Co Wy na to?
Umowa stoi? ;)

1 komentarz: