niedziela, 27 marca 2016

Już rozumiem

Kreatywność wymaga odpoczynku. Trzeba o nią dbać, jak o przyjaciela. Dać jej czas na oswojenie się, dać wyrozumiałość aby mogła się rozwinąć. Ludzie w tramwajach są szarzy, smutni i nijacy bo nie są w stanie poświęcić swojemu "ja-w-sobie" odpowiednio dużo uwagi. Bardzo chciałabym napisać "coś" tak, jak kiedyś. Opowiadanie, wiersz, niedopowiedzenie pobudzające wyobraźnię lub kilka słów będących puentą moich przemyśleń. Ostatnio naszła mnie obawa, że już nigdy mi się to nie uda. Obym się myliła...Już rozumiem co kryje się pod powiedzeniem "nie chcę być dorosła/y".

poniedziałek, 21 marca 2016

Nie chcę musieć/Marudzę

Jestem jak ta przedwiosenna pogoda. Raz uśmiech, za chwilę deszcz, ciapa i szarość. Niespójność wyłazi ze mnie jak mrówki po zimie. Mam wrażenie, że nawet serce bije nierówno. Znowu mam ochotę wszystko rzucić i wyjechać, tylko dalej niż zwykle. 
Dalej niż kiedykolwiek. 
Jak najdalej się da. 
Zbiec na wyspę i wybujać z siebie tę całą dysharmonię leżąc z zaciśniętymi powiekami w hamaku. Nie da się zrelaksować na siłę - szkoda. 

Brakuje mi słońca. Mogłoby już znudzić się zabawą w chowanego i ogrzać trochę nasze zmęczone twarze i zziębnięte dłonie. To przecież nic wielkiego, takie ma zadanie, choć samo o tym nie wie. Dodaje nam otuchy i przypomina, że świat jest w gruncie rzeczy piękny, tylko ludzie to szuje. 

Nie da się uciec od nie-porządku rzeczy. Mam w sobie permanentny bunt z tym związany. Nie potrafię cieszyć się z tego, że MUSZĘ coś robić. Nie chcę musieć. Chcę chcieć. Chcę mieć czas na to, żeby mieć na coś ochotę. Chcę mieć na to siłę. Nie mam, bo robię to, co MUSZĘ. Jakby tego było mało, ktoś zawsze się do tego przyczepi. Zupełnie jakby zapomniał o tym, że życie nie polega na wypełnianiu obowiązków - nie powinno na tym polegać. A ja się przejmuję, bo mimo, że nienawidzę MUSIEĆ to jednak robię to, co trzeba z zaangażowaniem. 

Jak tu dojść do porozumienia z samą sobą? Mieć ochotę spierdolić i nie móc tego zrobić bez wizji życia w nędzy i brudzie. Ech...
Marudzę? 
No pewnie, że marudzę. 
Marudzenie na klawiaturze wychodzi mi najlepiej. Mogłabym się ucieszyć tak dla odmiany, napisać coś pozytywnego. Mogłabym. Okresy pomiędzy jednym postem, a kolejnym są zazwyczaj dobre. Czyli jest ich dużo. Więcej niż malkontenctwa. To już coś, prawda? To oznacza, że największą potrzebę wyrzucenia z siebie tego, co leży mi na sercu tudzież wątrobie, (choć tak naprawdę "na głowie" choć to brzmi niezgrabnie), odczuwam w chwilach największego wzburzenia zmieszanego z rozpaczą. Być może jest to zdrowe i dobre zagarnie - wywalam z siebie wszystko jak z kosza na śmieci, rozgrzebuję, rozkopuję, rozdrabniam, rozklejam i rozmaczam, aż w końcu dochodzi do kompletnej utylizacji i mam spokój do kolejnego kryzysu. Podobnie funkcjonował chyba Zdzisio Beksiński (tym, którzy nie czytali książki "Beksińscy. Portret Podwójny" gorąco polecam). Wszyscy myśleli, że to jakiś potwór wcielony, psychol, sadysta, a to był zwykły człowiek z niezwykłą wrażliwością. W obyciu był delikatny, wrażliwy i zabawny. Każdy radzi sobie ze złymi emocjami tak, jak potrafi. Nie oceniajcie mnie źle. Umiem się śmiać, naprawdę.