czwartek, 18 września 2014

Na wysokości podblacia stołu

A teraz położę się na twardej, drewnianej ławce. Głową w stronę nieba otoczonego w kadrze moich oczu, liśćmi brzóz. Wygląda pięknie. Błękitne, bezchmurne, kojące. Znajduję się na wysokości podblacia stołu. Przez szczelinę pomiędzy oparciem i siedzeniem przeciwległej ławki, widzę zieloną trawę. I pieniek do rąbania drewna na mniejsze kawałki. Ten pieniek kojarzę bardziej z moim kotem, który ostrzy na nim pazurki. Zaczyna się robić chłodnowieczornie. Wolałabym, zamiast twardej ławki, Twoje ciepłe ramiona...
To nic, to nic...przecież wiem, że jesteś. Herbata stygnie. 
Chyba wrócę do pionu.

2 komentarze:

  1. Niby proza, a prawie poezja. Ciekawie to ujęłaś.
    A błękitnym niebem trzeba się cieszyć, dopóki można. Bo niedługo znowu szarość, burość, zimność...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak czytając kilka ostatnich notek zaczynam doceniać ten Twój pamiętnik!

    OdpowiedzUsuń