poniedziałek, 5 maja 2014

"... takie okazje, bale i lokale chcą bym się narodził"

Siedzę w eleganckim towarzystwie tytułowanych doktorów i profesorów. W estetycznie wymuskanej przestrzeni dość ekskluzywnego [ale bez przesady] jazz klubu. Na czarnych stolikach żółte tulipany. Ni mniej, ni więcej -  po trzy na smukły wazonik.  Panie w pełnych makijażach [a może : w pełnym makijażu? no ale przecież nie w jednym, każda ma swój...] i w ciasnych "małych, czarnych" tyle, że do kolan, żeby nie było kurewsko. Panowie w garniakach albo chociaż marynarkach. Studenci z kolei  [którzy trafili tu jak zwykle półprzypadkiem] dopełniają scenerię swoimi nieprzygotowanymi wizerunkami w stylu "o boże, muszę lecieć na busa". I tu, wśród tej trochę wymuszonej aranżacji, taka niepasująca[bo w spodniach z wydarciem na udzie, trampkach za dyszkę z marketu i swetrze luźnym, bordowym] siedzę i słucham odczytów o...
od-głosach jedzenia. Taki tytuł całego zamieszania, naprawdę.

Pierdzenie, bekanie, mlaskanie, siorbanie... i to wszystko od znawców literatury. I jednego lekarza, który przestudiował średniowieczną kronikę jakiejś-tam-rodziny, pełną medycznych rozwiązań różnych gastrycznych dolegliwości. W tym super-metoda na syfilis, po krótce : najebać się, wypocić, wypierdzieć, najebać się, wypocić, wypierdzieć....aż do skutku [czyli pewnie śmierci ]. Prezentację wzbogacił obrazkami "purgających" albo srających postaci. 


Serio..?

 i co ja robię tu..?



5 komentarzy:

  1. I tak jestem z Ciebie dumna, ja pewnie nie doczekałabym do końca odczytów i znalazła jakieś...przyjemniejsze miejsce;)
    pozdrawiam!

    cafetime.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie doczekałam ;) Wysłuchałam trzech odczytów i miałam dość.

      Usuń
  2. kapitalny opis surrealistycznego posiedzenia smakoszów dźwięków gastrycznych! ;) super!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba bym wyszła. Nie potrafię zachować powagi w takich sytuacjach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niewesoły kreślisz obrazek

    OdpowiedzUsuń