wtorek, 27 maja 2014

Krótki post o odkryciu

KOCHAMY MAMY
- ogłosił Łąki Łan na swoim fejsbukowym fanpejdżu.

I jak tu się nie zgodzić?
Nie sposób, powiadam! Kompletnie niewykonalne.

To pozytywna niewykonalność - czyli taka też istnieje.
Proszę, proszę... Taka heca.

;)

piątek, 16 maja 2014

Ech

Tak sobie siedzę i myślę
- wyglądam przy tym jak pluszowy krzaczek w szlafroku zielonym -
że kiedyś-kiedyś, wcale nie tak dawno temu, siedząc tak jak teraz-dzisiaj, pewnie dostałabym dreszczu tzw. natrętnej myśli, którą  musiałabym zapisać - wyczerpać w możliwie jak najmniejszej ilości wersów, bo tak lubię, wymuskać ją na koniec w postaci puenty - i to wszystko poszłoby mi tak naturalnie i sprawnie, jak wiązanie sznurowadeł. Nie wiem z czego to wynika. Ani z czego to wynikało.
Wyczerpałam się, czy może...
jednak!
jakimś cholernym cudem
i całkiem niespodziewanie
- zrobiłam się stabilniejsza? Burza hormonów dojrzewania ucichła, sytuacja się uspokoiła, plan na przyszłość jest, więc lęki trochę umilkły? Zrealniały do takich, które mogę na bieżąco pokonywać. 
Chyba. 
Tak?

To ciekawe. 
I jak ja się tego dowiem?
Najlepiej z obiektywnego źródła,  ale nie mogę przecież być sobą-sobą i sobą-obok-siebie jednocześnie, ani nawet nie-jednocześnie bo przecież nie nacisnę pauzy i nie stanę tuż przy sobie, ale jednak poza sobą.


   Ech.

niedziela, 11 maja 2014

Skazana na stracenie

Ciemnozielona niedziela nie nastraja do wielkich wyczynów.
Chyba ją zmarnotrawię. 

[Zauważyłam, że w ostatni dzień tygodnia raczej nic mi nie wychodzi. Taka cykliczna przypadłość - całkowite wyłączenie  konstruktywnego działania. A już na pewno w grę nie wchodzi nauka. Czas stracony, aż szkoda przysiadać - chociaż jednak próbowałam. Z przewidywalnym skutkiem niemal zerowym, kosztem wielkiej męczarni. W niedzielę mam odrzut od intelektualnych działań. Nic na to nie poradzę. Nawet coraz bardziej rosnący niepokój przed sesją nie jest w stanie tego zmienić]. 

To może zróbmy tak, że niedziela rzeczywiście będzie dla nas..?
Kawa, książka, zdjęcia, bieganie, ćwiczenia. Dlaczego nie? Tak dla odmiany bez przeplatania tych czynności robieniem notatek i stresowaniem się terminami kolosów, które wydają się niemożliwe do zaliczenia.
   To tylko studia, nic specjalnie istotnego.
Można trochę odpuścić.


PS: jak widzę te cholerne, niechciane hiperłącza prosto z dupy w swoich postach to mnie krew jasna zalewa!!!

poniedziałek, 5 maja 2014

"... takie okazje, bale i lokale chcą bym się narodził"

Siedzę w eleganckim towarzystwie tytułowanych doktorów i profesorów. W estetycznie wymuskanej przestrzeni dość ekskluzywnego [ale bez przesady] jazz klubu. Na czarnych stolikach żółte tulipany. Ni mniej, ni więcej -  po trzy na smukły wazonik.  Panie w pełnych makijażach [a może : w pełnym makijażu? no ale przecież nie w jednym, każda ma swój...] i w ciasnych "małych, czarnych" tyle, że do kolan, żeby nie było kurewsko. Panowie w garniakach albo chociaż marynarkach. Studenci z kolei  [którzy trafili tu jak zwykle półprzypadkiem] dopełniają scenerię swoimi nieprzygotowanymi wizerunkami w stylu "o boże, muszę lecieć na busa". I tu, wśród tej trochę wymuszonej aranżacji, taka niepasująca[bo w spodniach z wydarciem na udzie, trampkach za dyszkę z marketu i swetrze luźnym, bordowym] siedzę i słucham odczytów o...
od-głosach jedzenia. Taki tytuł całego zamieszania, naprawdę.

Pierdzenie, bekanie, mlaskanie, siorbanie... i to wszystko od znawców literatury. I jednego lekarza, który przestudiował średniowieczną kronikę jakiejś-tam-rodziny, pełną medycznych rozwiązań różnych gastrycznych dolegliwości. W tym super-metoda na syfilis, po krótce : najebać się, wypocić, wypierdzieć, najebać się, wypocić, wypierdzieć....aż do skutku [czyli pewnie śmierci ]. Prezentację wzbogacił obrazkami "purgających" albo srających postaci. 


Serio..?

 i co ja robię tu..?