czwartek, 31 października 2013

Nic w tym momencie się w tej mojej głowie nie rodzi

Ostatnio notorycznie, gdy włączam okno edytora i kursor miga, nie mogę z siebie wykrzesać nic sensownego. Opisy. Tylko i wyłącznie opisy. Zero krótkich wniosków i puent. Ciągle ciągłe zdania. To zaczyna się robić irytujące. Brak iskry. Nie ikry, bo tego mam ostatnio całkiem sporo, co z resztą przekłada się na moje dość "nabite" dni, nawet jeśli są wolne. Teraz np. myślę o tym, że robię się głodna ale jest tak późno, że już dzisiaj nic nie zjem. Poczytam i pójdę spać. Tak po prostu. Biografia Johna Nasha jest pierwszą biografią do jakiej sięgnęłam. Poważnie. Unikam książek, które nie są prozą literacką. Biografii do tego rodzaju tekstów nie mogę zaliczyć. Nie czyta się tego jak powieść, tylko jak rozbudowane fakty. W przypadku "Pięknego umysłu" nie są to nawet wspomnienia, ani biografia sfabularyzowana. Ot, informacje o życiu noblisty chorującego na schizofrenię, zebrane w książkę. [Swoją drogą, musiała to być katorżnicza praca - dotarcie do wszystkich źródeł, rozmowy z bliskimi matematyka a później zebranie tego wszystkiego w całość liczącą w przekładzie prawie 400 stron, nie licząc przypisów - a każdy do czegoś odsyła. Podziw dla autorki. Czysty podziw! Za wytrwałość].
No więc o czym to ja.. [ssąca dziura w żołądku robi się coraz bardziej uprzykrzająca]. A, o tym co czytam i że pójdę spać jak już połknę ileś-tam stron [szkoda, że tym się najeść nie da]. W zasadzie nic w tym momencie więcej w tej mojej głowie się nie rodzi. Plany, postanowienia.
Zmęczenie tak śmiesznie miesza myśli.
Nie "plącze" a dosłownie "miesza".
Jak zupę w kociołku.

Dobrej nocy.

poniedziałek, 21 października 2013

Coś musi być na rzeczy

Człowiek złożony jest z całego mnóstwa elementów. I elemencików. Tak wiele czynników niezbędnych jest do utrzymania życia na optymalnym poziomie. Jak jednego brakuje, to wszystko zaczyna szwankować.

Mnie brakowało snu. Przemęczony organizm w końcu nie wytrzymał i całą negatywność przelał do mojego, uwrażliwionego na wszystko, łba. I poszłooo! Lawinowo-weekendowo, brr aż strach wspominać.

A po nocy przychodzi dzień,
a po burzy spokój  - na szczęście. Przespałam, odespałam i jest dobrze.


Zawsze po takich bezsennych maratonach cieszę się jak dziecko, gdy po przebudzeniu, za oknem widzę dzień a nie środek nocy. Sen jest cudowny. Mimo, że wyklucza aktywność. Coś musi być na rzeczy z harmonią we wszechświecie. ;)

niedziela, 13 października 2013

Gipsy

Poły czarnego swetra powiewają za mną, gdy idę. Dzisiaj jestem kobietą w czerni, choć nie do końca. W biżuterii z ciemnoniebieskimi "oczkami" sama sobie przypominam Cygankę - o ile cyganka może być blada - i nie chodzi tu o tendencje żebracze, łachmaniarski styl i to wszystko, co współcześnie cygańskie, czyli negatywne. Patrząc w lustro wyobrażam sobie, że potrafię rzeczy, których inni nie potrafią. Przenikam wzrokiem głęboko wszystko, co tylko chcę przeniknąć. Jestem blisko poznania prawdy o życiu i śmierci. Powierniczka tajemnicy. W wyobraźni kreuję się na postać, która w każdym, kto zajrzy jej w oczy, budzi niepohamowaną potrzebę odgadnięcia sekretów. Każdego kto spojrzy głęboko w moją czarną źrenicę [nie da się wyraźnie widzieć obu naraz] przeszywa dreszcz niepokoju i niepohamowanej wręcz ciekawości.

A kiedy już odrywam wzrok od swojego lustrzanek odbicia i wracam do rzeczywistości; jako Łucja nie-Cyganka, łapię jabłko, zarzucam na ramię torbę i wychodzę. Oczywiście jestem spóźniona. Dzwonię z przeprosinami, chociaż wiem, że nie muszę bo osoba, z która mam się spotkać zna mnie "jak łysego konia" i wie, że punktualność nie jest moją domeną. Po drodze mijam starego człowieka w śmierdzących ubraniach, który stoi na środku drogi i patrzy przed siebie. Krzyczy do mnie DZIEŃ DOBRY, choć jestem całkiem blisko. Kiwam mu głową, nie z impertynencji a przez to, że gębę mam całą przeżuwaniem jabłka zajętą. (Słodkie to jabłko było, pychota). Gdzieś w połowie odległości zahaczam się o gałąź tym swoim długim swetrem. Jakimś cudem udaje mi się go nie podziurawić. Na miejscu witają mnie uściski i "różowe buciki, mam" - najsłodszej dziewczynki na świecie. (Tylko dziecko potrafi rozczulić zupełnie nieświadomie, niezliczoną ilość razy na dzień). Słońce rozgrzewa moją skórę, a przez skórę - całą mnie, wewnętrzną.

sobota, 12 października 2013

Wzruszenie ramion

Słucham Retrospective. Helen napisała kiedyś, że nie znosi wchodzić na blogi, na których wciąż widnieje ten sam post. No to piszę. Niech będzie. A muzyka niech brzmi. Mam swoje nowe miłości, wiecie? Archangelica, Votum, Believe [ale tylko jedna płyta] no i poznawane właśnie Retrospective. Rock progresywny. Tak się te zespoły klasyfikuje. Ja się słabo znam. Ja słucham, odczuwam, myślę i szukam - znaczeń. Od strony technicznej nie jestem w stanie powiedzieć nic mądrego.

Jest późno, swetry nie chcą schnąć. Wiszą nad grzejnikiem. A grzejnik zimny, bo noc jest ciepła. To nie ściema, wiem bo byłam. U nocy byłam. Na spacerze. Przechadzałam się po jej drogach, wdychałam jej powietrze. Przecinałam swoim słabym ciałem, jej ciemność. Razem ze mną przecinały ją światła latarni ulicznych. I pojedyncze postaci. Minęłam sporo osób. Widać wieczorne spacery nie należą do rzadkości. Nie tylko ja miewam niepohamowaną ochotę wyjścia "za ciemnego" - nie jestem wyjątkowa. I choć czułam się jak kot chodzący tylko swoimi ścieżkami, to było to błędne wyobrażenie. Nie szłam żadnymi "swoimi ścieżkami" tylko chodnikami przemierzanymi codziennie nie-wiem-ile-razy przez przeróżne osoby. Żaden ze mnie kot, żaden ze mnie wyjątek. Ot, taka sobie spacerująca wieczorem osóbka. Zastanawiam się, dlaczego ostatnio nie piszę - może dlatego, że dużo czytam. Za dużo, żeby coś z tego urodzić. Część rzeczy to powieści, które chcę czytać a niestety spora część to materiały na zajęcia, które zazwyczaj tylko mnie denerwują swoim tzw. wodolejstwem. Niekonkretem. A ja przecież czytam je w celu uzyskania jakichś informacji. Naprawdę, tylko nieliczne z nich są treściwe. Większość to przerośnięte teksty naukowe, które z jakiegoś powodu stylizowane są na zgoła odmienny styl. W każdym razie, właśnie te przymusowo przyswajane, niepotrzebne do niczego teksty odbierają mi chęć napisania czegoś co byłoby ciekawe. Ten wpis nie jest ciekawy. Myślicie, że nie wiem? Wiem, wiem. Jest mocno przeciętny o przeciętności z resztą. Moja codzienność jest przeciętna i w głównej mierze nieciekawa. To przykre.