niedziela, 8 września 2013

Z tego, co u mnie.

Na dworze ściemniło się w czasie naszych zakupów. Ile czasu mogło minąć? Pół godziny? Czterdzieści minut? No, czterdzieści-pięć maks. Weszliśmy „za widnego”, wyszliśmy w ciemność przecinaną ciepłymi światłami latarni ulicznych i tymi, płynącymi z okien mieszkań.  Wiatr niósł orzeźwienie i spokój. Ulice przestały być obce. Tę część miasta, uważam za przyswojoną. Ta część miasta jeszcze nie przyswoiła mnie, ale ja ją już tak

Szliśmy z powrotem do mieszkania. Chłopaki „z ośki” rozsiedli się na schodach przez Żabką. Kolejni szli z naprzeciwka. Nie widzieliśmy swoich twarzy, zmrok dominował.

Pijemy herbaty. Ja, miętę, tak dla ścisłości. Wiatr wieje coraz silniejszy- wiem, bo balkon jest otwarty. Pranie mi na nim dosycha. Skarpetki i bielizna już zostały uratowane przed potencjalnym odfrunięciem. Nie będę ich musiała gonić po okolicy. 

Siedzę i dziwię się trochę naturalnością sytuacji. Ostatecznie, zmieniłam miasto i wszystko co się  z tym wiąże – codzienne zajęcia są inne, lub przebiegają inaczej. Nieznane ulice,  nieznani ludzie, nie licząc tych, z którymi mieszkam. I nieznana praca- z początku, bo już po pierwszych kilku dniach czułam się tam jak u siebie. Redakcja, nowe doświadczenia. Czy się bałam? Tak, w weekend poprzedzający początek mojej nowej rzeczywistości. Później rozpoczął się proces adaptacji. I myślę, że przebiega bardzo szybko i bardzo pomyślnie. Czuję się tu dobrze, czuję się tu jakbym była na swoim miejscu. Właściwie. P a s u j ą c o. W porządku.

3 komentarze:

  1. Najważniejsze, że czujesz się tam dobrze, bo przecież jakby nie patrzeć to chyba Twoja przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W redakcji! Super, gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Odważyłaś się! Wpadam na wódkę! Ja stawiam! Chlejemy na umur! IIIIIIII haaaaaaaaaaaa!

    OdpowiedzUsuń