niedziela, 29 września 2013

...i jak najgęściej.

Słońce przebija się przez kłęby chmur. Kłęby - naprawdę. Niebo jest częściowo ciemne i chmurzyste ale słońce póki co, nie daje za wygraną. Świeci nam na pościel. Świeci nam przez otwarty balkon. Świeże, chłodne powietrze orzeźwia. Ty śpisz. To chyba musi być naprawdę zdrowy sen, z płucami pełnymi rześkości. Ja się krzątam. Zdążyłam wypić dwie kawy i doprowadzić poimprezową kuchnię do stanu używalności. Słyszę muzykę. Gdzieś na osiedlu widocznie odbywa się jakiś mały koncert. A może to z czyjegoś mieszkania tak słychać..? Mam gęsią skórkę. Nie z powodu muzyki, tylko tego powietrza. W mieszkaniu jest tak cicho... Patrzę jak leżysz wtulony w kołdrę. Patrzę, i nie mam serca cię obudzić.
Chociaż wcale nie jest wcześnie.
Chociaż chcę, żeby ten dzień trwał
jak najdłużej,
jak najwspólniej
i jak  "n a j g ę ś c i e j".

aż zrobiłam zdjęcie. telefonem - wybaczcie nieperfekcję.
     

piątek, 27 września 2013

Jeszcze zachłystam się

Proza życia pochłonęła mnie bez reszty. Proza życia! No nareszcie, nie są to zbiory uniesień. To nie tomik poezji -nie zbiór chwil, będących wynikiem próby nasycenia się sobą w ciągu weekendu; to powieść składająca się z trzydziestu dni. Jeszcze się nie skończyła. Jeszcze  zachłystam się ostatnimi stronami, choć z niepokojem patrzę na przesuwającą się coraz dalej, zakładkę. Będę musiała czekać rok na kolejną część. A później już nie chcę czekać. Chcę znów, tak jak teraz, po prostu być. Najlepiej bez widocznego końca na horyzoncie. ;)

niedziela, 15 września 2013

Tej leniwej niedzieli...

Wybudzając się, łapiemy kontakt dotykowy
dłoń w dłoń
przedramię do przedramienia
twarzą w twarz, choć nie oko w oko
bo oczy są jeszcze daleko w zamknięciu
- dzielimy ze sobą ostatnie tchnienie snu

wtorek, 10 września 2013

Im się nie chce dzisiaj istnieć

Światło laptopa rozświetla moją twarz i pościel. Chyba tylko dzięki temu jeszcze nie śpię. Jest tak wcześnie a ja nie czuję się na siłach do czegokolwiek; dzięki, dla mnie to już wystarczy. Nie dzisiaj, nie w ten "babski" dzień pełen osłabienia. Coś wiruje. To w głowie mi tak wiruje ze zmęczenia..? - tak myślę, słowo daję, zanim orientuję się, że to nie u mnie, to w łazience. Pralka. Jestem tu sama ze sobą, twarzą w twarz z własnymi myślami a one nie chcą na mnie patrzeć. Im się nie chce dzisiaj istnieć.

niedziela, 8 września 2013

Z tego, co u mnie.

Na dworze ściemniło się w czasie naszych zakupów. Ile czasu mogło minąć? Pół godziny? Czterdzieści minut? No, czterdzieści-pięć maks. Weszliśmy „za widnego”, wyszliśmy w ciemność przecinaną ciepłymi światłami latarni ulicznych i tymi, płynącymi z okien mieszkań.  Wiatr niósł orzeźwienie i spokój. Ulice przestały być obce. Tę część miasta, uważam za przyswojoną. Ta część miasta jeszcze nie przyswoiła mnie, ale ja ją już tak

Szliśmy z powrotem do mieszkania. Chłopaki „z ośki” rozsiedli się na schodach przez Żabką. Kolejni szli z naprzeciwka. Nie widzieliśmy swoich twarzy, zmrok dominował.

Pijemy herbaty. Ja, miętę, tak dla ścisłości. Wiatr wieje coraz silniejszy- wiem, bo balkon jest otwarty. Pranie mi na nim dosycha. Skarpetki i bielizna już zostały uratowane przed potencjalnym odfrunięciem. Nie będę ich musiała gonić po okolicy. 

Siedzę i dziwię się trochę naturalnością sytuacji. Ostatecznie, zmieniłam miasto i wszystko co się  z tym wiąże – codzienne zajęcia są inne, lub przebiegają inaczej. Nieznane ulice,  nieznani ludzie, nie licząc tych, z którymi mieszkam. I nieznana praca- z początku, bo już po pierwszych kilku dniach czułam się tam jak u siebie. Redakcja, nowe doświadczenia. Czy się bałam? Tak, w weekend poprzedzający początek mojej nowej rzeczywistości. Później rozpoczął się proces adaptacji. I myślę, że przebiega bardzo szybko i bardzo pomyślnie. Czuję się tu dobrze, czuję się tu jakbym była na swoim miejscu. Właściwie. P a s u j ą c o. W porządku.

czwartek, 5 września 2013

Nie narzekam, jest mi tu całkiem dobrze.

Odpowiada mi rytm. Rytm dnia. Ale wiecie, jak to z rytmem bywa - szybko się wkręca, jeśli jednak pozostaje niezmienny, powoli zaczyna wkurwiać.
Mój się póki co zmienia.
Dzień od dnia się różni.
Trochę bałam się natłoku wrażeń, czyjejś ciągłej obecności, do której nie przywykłam. Okazuje się jednak, że sporo czasu spędzam w samotności. Nie narzekam, jest mi tu całkiem dobrze.

Łódź. Ani tak straszna jak myślałam, ani tak szara jak mi się wydawało.