środa, 12 grudnia 2012

ona, ona, ja, my, one.

     Gotuję makaron,  w tej swojej-nieswojej, ciemnej kuchni, która nie wiedzieć czemu tak Ci się podoba. Włączyłam Hey. Bo lekkie. Bo lżejsze; na głowę ciężką doskonałe. Nie podśpiewuję i nie nucę nawet. Nie mam z kim- to raz, gardło boli jak pojebane - to dwa. No więc słucham. I piszę, żeby coś robić. Cokolwiek. "Za oknem dziki skwar" [Hey - Mru-mru] . No zgadnij z kim to kojarzę! Za oknem nie ma ani dzikiego skwaru w znaczeniu pogodowym ani Ciebie dzikiej, czy nie-dzikiej też nigdzie nie znajdę. W żadnym zaśnieżonym krzaku. A w chowaniu się w krzakach mistrzynią była D! Szczyty durnawek-głupawek-śmiechawek. Było dobrze. Gdzie teraz jesteście? Nie wiem. Gdzieś tam. A mogłybyśmy się napić kawy. Co Wy na to? Tylko jak to zrobić, żeby było jak kiedyś podczas gdy my już inne jesteśmy? Kobieca paplanina.
"To pewnie przez gorączkę" orzekła doktor D na wieść o tym, że temperatura mojego ciała jest niższa od przyjętej normy. Wspaniale. Piszę. Jak kto? Jak Marta Syrwid? Nie, ona nie. Ona nie stosowała przecinków, wszędzie kropki. Nie jak ona. Zatem jak kto? Jak Stasiuk? No może trochę, nie wiem. Jak przeziębiona Łucja, to chyba najtrafniej będzie. Skracam, omijam. Mieszam. Połapiecie się. Kto zna, to wie. Kto zna, niejedną taką rozmowę ze mną odbył. Rozmowę czy półrozmowę? Ten makaron już opłukałam. Do zupy, której na razie jeść nie będę. Ktoś nie lubi płukać makaronu? Chyba Twoja współlokatora, dobrze pamiętam? Krzywi się, jak płuczemy makaron wręcz maniakalnie. Żeby nie czuć. Posmaku mąki. Ojciec mój robi tak samo. Diabeł tkwi w szczegółach, podobieństw bez liku. W środy zawsze przechodzę kryzys osobowościowy. A jak jestem chora, sto razy intensywniej. Dziwniej. Bo dryfuję, widzisz sama, w wątkach nakładających się. Nie hamuję skojarzeń, pozwalam im się rodzić, mieszać, przenikać. A niech poszaleją, od czasu-do czasu wirowanie w głowie chyba nie szkodzi. Gdyby bardzo szkodziło, nikt by się nie upijał. I takie tam. A niech wiruje, za sprawą wirusów i bez kaca za to dłużej. Nie wiem co lepsze, co gorsze. Wszystko jest względne, podobno. To jak z tą kawą? Dobra, skarby, sama się jej napiję. Jak będziecie pić swoje [a, że będzie to pewne jest jak w banku] pomyślcie, że jestem. I trochę się zgubiłam. I nie mam na siebie recepty. Na leki już też nie - wykupiłam.

                                                Thomas Shaller

4 komentarze:

  1. Hey mnie kołysze do wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wracaj szybko do zdrowia Kochana. Czy w niedzielę widzimy się na kawie?
    Emi

    OdpowiedzUsuń
  3. To w sumie smutne, że w pewnym momencie życie przestaje być wspólne

    OdpowiedzUsuń