niedziela, 23 grudnia 2012

Jak śliwka w kompot
- w Twoje wpadłam ramiona!
Już nie plotę trzy po trzy odkąd splotły się nasze usta;
odkąd moje nogi po raz pierwszy oplotły Twoje biodra.

niedziela, 16 grudnia 2012

Przy mnie nie musisz.

Gdyby ktoś spojrzał w Twoje oczy,
tak naprawdę - głęboko.
Dojrzałby w nich nie radość wzmaganą alkoholem,
nie szał chwili, który może Cię nawet ogarnął
a dezorientację.


Przyjdź, nie udawaj więcej.
Przy mnie nie musisz.


środa, 12 grudnia 2012

ona, ona, ja, my, one.

     Gotuję makaron,  w tej swojej-nieswojej, ciemnej kuchni, która nie wiedzieć czemu tak Ci się podoba. Włączyłam Hey. Bo lekkie. Bo lżejsze; na głowę ciężką doskonałe. Nie podśpiewuję i nie nucę nawet. Nie mam z kim- to raz, gardło boli jak pojebane - to dwa. No więc słucham. I piszę, żeby coś robić. Cokolwiek. "Za oknem dziki skwar" [Hey - Mru-mru] . No zgadnij z kim to kojarzę! Za oknem nie ma ani dzikiego skwaru w znaczeniu pogodowym ani Ciebie dzikiej, czy nie-dzikiej też nigdzie nie znajdę. W żadnym zaśnieżonym krzaku. A w chowaniu się w krzakach mistrzynią była D! Szczyty durnawek-głupawek-śmiechawek. Było dobrze. Gdzie teraz jesteście? Nie wiem. Gdzieś tam. A mogłybyśmy się napić kawy. Co Wy na to? Tylko jak to zrobić, żeby było jak kiedyś podczas gdy my już inne jesteśmy? Kobieca paplanina.
"To pewnie przez gorączkę" orzekła doktor D na wieść o tym, że temperatura mojego ciała jest niższa od przyjętej normy. Wspaniale. Piszę. Jak kto? Jak Marta Syrwid? Nie, ona nie. Ona nie stosowała przecinków, wszędzie kropki. Nie jak ona. Zatem jak kto? Jak Stasiuk? No może trochę, nie wiem. Jak przeziębiona Łucja, to chyba najtrafniej będzie. Skracam, omijam. Mieszam. Połapiecie się. Kto zna, to wie. Kto zna, niejedną taką rozmowę ze mną odbył. Rozmowę czy półrozmowę? Ten makaron już opłukałam. Do zupy, której na razie jeść nie będę. Ktoś nie lubi płukać makaronu? Chyba Twoja współlokatora, dobrze pamiętam? Krzywi się, jak płuczemy makaron wręcz maniakalnie. Żeby nie czuć. Posmaku mąki. Ojciec mój robi tak samo. Diabeł tkwi w szczegółach, podobieństw bez liku. W środy zawsze przechodzę kryzys osobowościowy. A jak jestem chora, sto razy intensywniej. Dziwniej. Bo dryfuję, widzisz sama, w wątkach nakładających się. Nie hamuję skojarzeń, pozwalam im się rodzić, mieszać, przenikać. A niech poszaleją, od czasu-do czasu wirowanie w głowie chyba nie szkodzi. Gdyby bardzo szkodziło, nikt by się nie upijał. I takie tam. A niech wiruje, za sprawą wirusów i bez kaca za to dłużej. Nie wiem co lepsze, co gorsze. Wszystko jest względne, podobno. To jak z tą kawą? Dobra, skarby, sama się jej napiję. Jak będziecie pić swoje [a, że będzie to pewne jest jak w banku] pomyślcie, że jestem. I trochę się zgubiłam. I nie mam na siebie recepty. Na leki już też nie - wykupiłam.

                                                Thomas Shaller

wtorek, 11 grudnia 2012

Samotnie i zapomnienie.

Jak przewrócona na bok statua wolności, z chusteczką higieniczną zamiast płonącego znicza w dłoni. (Z płonącym czołem za to).
***
Przez chwilę pamiętam co muszę zrobić, wszystko jak w spowolnionym tempie. W milczeniu szukam książek na bibliotecznych regałach po wyjściu z przychodni lekarskiej (doktor D. miała dzisiaj wyjątkowo paskudny humor), wracam do domu, ogarniam trochę otoczenie. Odbieram telefon i milczenie milknie-  o ile można użyć tak specyficznego określenia. Gadam i słucham i gadam i słucham... czasem kaszlę w ramach przecinków znikąd; w połowie siadam na podłodze po turecku. Zmęczyłam się.  Zaraz położę się z powrotem do łóżka, postatuuje trochę i może zasnę...No nie mam siły.

I nie ma nikogo kto by mnie po głowie pogłaskał.
Niedobrze. Samotnie mi i zapomnienie.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jak struś nażarty.

wyszło podczas jednej z rozmów pokręconych, że...

Lecę, ociężale - ale- lecę;
jak struś nażarty z domieszką genotypu kiwi.

Czyli do góry i do przodu, chociaż powieki ciężkie są a gardło boli jakoś dokuczliwie i durno. Może trochę sobie pochoruję w ciepłym domku? Zobaczymy. Póki co, będę zaliczać jak najlepszy żigolo w mieście. Taki plan wprowadzam w czyn.



niedziela, 2 grudnia 2012

Niemoc ogarnia mnie.

 Trzydniowa izolacja nie przyniosła pożądanego skutku. Co miało zostać zrobione, wciąż trwa w stagnacji, nierozpoczęte nawet. Gdzieś w przestrzeniach umysłu, na haki obowiązków narzucone zadania, wiszą jak mokre płaszcze. Ciążą niemiłosiernie a mimo wszystko jakoś nie mogę się przemóc, zmusić, zachęcić. Czymkolwiek. Nawet eliminacją innych opcji spędzania czasu.
Nic i  nic, nie i nie i ani początek ani koniec miejsca tu nie ma!