poniedziałek, 19 listopada 2012

Poniedziałek



Sok pomarańczowy. Nie tylko na zgryzoty, na zmęczenie i ciapowatość też. Promyk słońca w szkle [wolę myśleć o nim tak, niż jak o naładowanej chemią cieczy o smaku owocu]. W lewym uchu ciągle trochę szumi. W oczach żyłek eksplozja, czerwienią pomalowane białka. Rozbryzgi krwi na ścianach miejsca zbrodni.
Jak w Dexterze.
Mgła i zimno nie napędzają do działania, szum ulic doprowadza do bólu głowy. Znajomy zwykłym ‘cześć’ doprowadza do strachliwego dygu, wyłoniwszy się z tej części rzeczywistości, w której mnie nie było. Spojrzenie mam podobno rozmyte. Makaron gotuje się powoli, szpinak za chwilę pójdzie w ruch. Dlaczego nie, skoro tak lubię? Zielona paciaja – kolejny kolor, którym próbuję przełamać moją dzisiejszą niemrawość.
Będzie dobrze, muszę się tylko wyspać.

2 komentarze:

  1. za sok pomarańczowy dziękuję, ale szpinak - mniam! :-)

    OdpowiedzUsuń