środa, 28 listopada 2012

A może pora odpocząć?

Chciałabym być dzisiaj gdzieś indziej. W fabule książki. W dźwięku muzyki. Wsadzić siebie całą między litery, między nuty. Tymczasem siedzę pomiędzy ścianami. Mówię niewiele, nie mam na to ochoty. Nie słucham tego, co jest mówione. Nie obchodzi mnie to. To nudne. Patrzę na ruch ich warg. Uszy zatkałam słuchawkami. Wiem, że i tak będę musiała włączyć się w cały ten gwar, w cały ten szum. Po cichu liczę na to, że jednak zostanę w dużym stopniu odosobniona. To się nie udaje. Ktoś mówi. Ktoś siada obok. Ktoś pyta. Szturcha. Liczy na żart. Na uśmiech. Na uwagę. Przełamuję się. Ciekawe, czy widzą, że muszę wkładać w to nienaturalny wysiłek? Ciekawe czy czują różnicę. W odbiorze. Moim-ich i odwrotnie.
   Nie zapytałam. Wtedy na to nie wpadłam. Może było warto?
 Może nie warto o tym myśleć?
A może pora odpocząć?

o niczym/o mnie.

Wychodzę, gdy słońce jeszcze nie zdążyło się rozgrzać. Wracam w półmroku, który zapada analogicznie do mojego zbliżania się do domu. Im jestem bliżej, tym on jest gęstszy.
W zasadzie mogłabym nie odsłaniać okien. Nie patrzę za nie. Wlepiam wzrok w kubek z kawą, twarze rozmówców albo w monitor.
Śledzę, pojawiające się na białym tle, literki.

poniedziałek, 26 listopada 2012

A powszechnie przecież wiadomo, że aktorka ze mnie żadna.

Czuję się tak, jakbym wróciła z innej planety...
ale cicho.
to dla mnie.
to moje.
nie powiem, nie oddam!

Wieczór w domu ciepły jest i spokojny. Odrealniona nieco, snuję się po pokojach.
W lustrze widzę szczęśliwą twarz.

czwartek, 22 listopada 2012

Najmniejsza z najmniejszych i kompletnie bez znaczenia
globalnie rzecz biorąc, taka właśnie jestem.
Mróweczka w jednym z podmrowisk świata.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Poniedziałek



Sok pomarańczowy. Nie tylko na zgryzoty, na zmęczenie i ciapowatość też. Promyk słońca w szkle [wolę myśleć o nim tak, niż jak o naładowanej chemią cieczy o smaku owocu]. W lewym uchu ciągle trochę szumi. W oczach żyłek eksplozja, czerwienią pomalowane białka. Rozbryzgi krwi na ścianach miejsca zbrodni.
Jak w Dexterze.
Mgła i zimno nie napędzają do działania, szum ulic doprowadza do bólu głowy. Znajomy zwykłym ‘cześć’ doprowadza do strachliwego dygu, wyłoniwszy się z tej części rzeczywistości, w której mnie nie było. Spojrzenie mam podobno rozmyte. Makaron gotuje się powoli, szpinak za chwilę pójdzie w ruch. Dlaczego nie, skoro tak lubię? Zielona paciaja – kolejny kolor, którym próbuję przełamać moją dzisiejszą niemrawość.
Będzie dobrze, muszę się tylko wyspać.

czwartek, 15 listopada 2012


Cześć, co robisz?
Ja wstaję rano i idę. I staram się
śmiać
śmiać
śmiać jak najwięcej.
To nawet skutkuje. To całkiem jest dobre.
I wciąż nie chcę, nie chcę uporczywie, żeby czar prysnął jak mydlana bańka.
I mam ochotę
czasami
często
co wieczór
co chwilę
zwinąć się w kłębek
lub grzbiet naprężyć
jak kot
             leżąc obok Ciebie.

wtorek, 13 listopada 2012

Gatunki dziennikarskie.

pajączek zwisa z pajęczyny
dyndu-dynd...

Dziękuję, tyle w temacie pisania.
A, przepraszam, na marginesie znajduje się  jeszcze 'gorgonzola' i parę słów o spaniu.
 Tararararm.

sobota, 3 listopada 2012

Brak przełomów.

Siedziała przeglądając stertę zadrukowanych kartek. Nie wynosiła z nich niczego przełomowego. Niby coś nowego, a jednak jakieś oklepane. Brak przełomów. Brak przełomów również w sposobie życia. Codziennie podobnie. Żyła niedbale. Snuła się zasnuta mgłą myśli bardzo znanych, bardzo nienowych. Snuła się z kąta w kąt, w duecie z niechęcią i żalem, - bo bardzo mocno żałowała tego snucia. Nie widziała zbyt wielu możliwości. Wszystko takie utarte. Wszystko takie wciąż nieosiągalne. Odległe. Wracała do tekstów pseudomądrych, tonem napisanym naukowym o treściach bardzo nieżyciowych lub o życiach, które już przeminęły. Ból w lewej części głowy nie chciał odpuścić. Godziny mijały, robiło się późno. Gdzieś pomiędzy nimi spotkała się ze swoimi przyjaciółkami - myślała o nich w ten sposób nie znajdując odpowiedniego zamiennika słowa, które niestety kojarzyła z krzykliwie kolorowymi pismami dla bezmózgich nastolatek. Spotkanie dobrze jej zrobiło, trochę oderwała się od zielonych ścian pokoju. Wróciła i znowu było podobnie. Gorący prysznic nie przyniósł niczego poza pogodzeniem się z kolejnym, spokojnym wieczorem. Zmęczenie jeszcze nie brało góry, musiała więc wymyślić jak spożytkować ostatnie ilości energii. Zakwasy w udach, które chciała doprowadzić do stanu satysfakcjonującego i nieprzerwany ból brzucha wynikający z comiesięcznej, kobiecej męki, wykluczał opcje ćwiczeń. Siedziała więc po turecku z laptopem na kolanach i przeglądała różne różności oferowane przez guru współczesności - Internet.
A co robił on..? Mogła się tylko domyślać. Po raz kolejny klęła los za to, że są tak daleko. Chciałaby móc władować dupę w tramwaj i podjechać do niego. Chciałaby mieszkać niedaleko. Mieć go blisko. Nie na wyłączność, ale na możliwość. I chciałaby, żeby on chciał mieć ją równie blisko. Najlepiej w zasięgu ramion. Albo chociaż wzroku. Co chciałaby dzisiaj robić? Mogłaby czekać aż on wróci z próby, pijąc kakao i czytając książkę po dniu wspólnych błahostek. Mogłaby wziąć długi prysznic z myślą o tym, że pewnie nie wróci sam a z bandą znajomych i w zasadzie nie powinna ubierać się w ciuchy do spania chyba, że zamknie się w pokoju. Mogłaby oglądać z nim film albo słuchać muzyki. Mogłaby.... prawda? Czy tak nie byłoby prościej? Tymczasem prościej nie jest i musi dążyć do tego, żeby kiedyś jednak było. Dobrze, że ma do czego dążyć. To już coś. To już jakieś odejście od normy. Do tego czasu powinna znaleźć sobie jakieś, jeśli nie przynoszące zadowolenie to chociaż zabijające czas, zajęcie. Przecież nawet w tej odciętej od świata dziurze, w której mieszkała,  musi dać się jakoś żyć.

czwartek, 1 listopada 2012

Piję herbatę, czarny pies położył się przy moich nogach, pod stołem. Piję herbatę i czuję się jakoś pustawo. Patrzę, widzę, siedzę. Denerwuje mnie chaos, podniesione głosy choćby tylko po to, żeby kogoś zawołać. Denerwuje mnie przesadna troska o gości. Denerwuje mnie to, że nie mogę się do końca  wypowiedzieć bo ktoś od razu się wcina. Mówię 'spoko' i milknę. Wcale nie czuję się spoko. Chce mi się spać i chce mi się gdzieś iść. Krzyczeć i śmiać się, biec, dyszeć. Albo zniknąć gdzieś w ciepłym zwoju z koca. Niezdrowo. Zasnąć i nie być. Nie wiem co ze sobą zrobić. Na dworze jest zimno w bardzo nieprzyjemny sposób. Wilgoć jest dobra tylko w jednym miejscu i nie jest nim powietrze.
Do ogarnięcia materiału na przyszły tydzień nie mam jak zwykle źródeł, bo wymyślone są książki dostępne jedynie w czytelni. Na necie też nie mogę ich odnaleźć. Ktoś ma je wrzucić na maila. Chociaż tyle. Dobrze, że nie wszyscy czują niechęć do samej idei starania się dla wymysłów uczelni. Poświęcanie jej swojego wolnego czasu nie leży w sferze moich ulubionych zajęć. Dzwoni telefon. Dźwięk gitar przepuszczonych przez komórkowy głośniczek. Mimo wszystko całkiem przyjemny. Nie słyszę rozmówcy. Słyszę szum. Pojedyncze zdania, ale większość mi umyka. Wszystkiemu winien tramwaj. Zazdroszczę. Ruchu. Kurwa. Dzień na miejscu to zły dzień.
A co, jeśli umrę zanim zdążę coś zmienić.?
Dobra, jestem przed okresem.
Zrzućmy to wszystko na biologię.