wtorek, 9 października 2012

Czarny kot.

Uczelniany dzień dobiega końca. Wracam romantyzmu niedoświadczona - wykład odwołany. Nierasowego kota dopatruję jak rasowa pielęgniarka. Wyprowadzam go na spacer, tulę, głaszczę, mówię do niego i zmuszam do zrobienia chociaż kilku kroków. Przeciąga grzbiet a ja uznaję to za nasz wspólny sukces. Odchodzę kawałek i czekam cierpliwie aż zbierze się w sobie i podejdzie. Schylam się i wołam go otwartej dłoni wnętrzem skierowanym w dół. Łódeczka. Wie, że chcę go pogłaskać.  Nabiera żałosnego tempa z bezruchu wprawiając się w czterołapy, chwiejny krok.  Ogon podnosi do góry. Ma cel. Przytulić się, zasygnalizować : nie dam rady więcej, jest mi zimno, przytul. Siadam na ławce i stawiam go przed jeszcze jedną chwilą próby - czy wskoczy mi na kolana? Zaciskam zęby widząc jego niepewność, wmawiam sobie, że przecież nie jest z nim aż tak źle...Wskakuje. Tuli się do mnie milcząco. Nie miaucze, nie mruczy. On jest, ja jestem. Wpatrujemy się w liście, słuchamy odgłosów dobiegających zewsząd- milcząco wspólnie trwamy. Od czasu do czasu odwraca głowę i przeszywa mnie swoim zielonożółtookim spojrzeniem. Smutnym i zmęczonym, a mimo to wciąż wyrazistym. Jakby z samego środka swoich źrenic, trafiał niewypowiedzianym przekazem w samiusieńkie centra moich.
Zanoszę go do domu. Zagląda do misek. To dobrze. Zjada wszystko, popija wodą. Kuli się na moim starym swetrze. Siedzę przez chwilę obok niego, po turecku. A wolałabym sprzątać nieżywe myszki ze schodów przed domem i patrzeć jak dumnie obserwuje okolicę, siedząc na daszku ogrodzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz