niedziela, 30 września 2012

Deszcz, migrena & Ballantines, powiadasz?
A u mnie słońce, lekko podpuchnięte oczy i kawa, po której dostałam nerwobólu w klatce piersiowej. Zgrywam muzykę. Zgrywam twardziela. Płyta pełna różności, do tej pory czekająca na wykorzystanie. Nie zadzwonię. No to wykorzystuję. Czuję się..? Dziwnie. Raczej źle. Pozytywnego wydźwięku brak. Znowu mieszanka strachu, przeświadczenia o nieuniknionym blablabla. Nie chcę o tym pisać, wolałabym już o tym nie myśleć. Wstałam późno, śpiąc za długo jak na normalność. Z kącika oka zdrapałam zaschniętą łzę, ale to nieważne. To ważne, ale nie tu. Tylko gdzie i dla kogo? Wyłącznie dla mnie.

czwartek, 27 września 2012

Chwilo, trwaj.

Wstajesz do pracy. Twój budzik dzwoni chyba tylko raz. Ja tylko raz go słyszę. Zostaję przytulona i pożegnalnie wycałowana. Nic nie mówię, trwając gdzieś pomiędzy snem a jawą, co jak sen smakuje. Wychodzisz. Wstaję, przekonana, że już nie zasnę i zacznę dzień prawie równo z Tobą. Włączam jakiś kawałek, nie pamiętam już który. Kładę się na plecach. Nurkuję w ciepłą pościel. Młócę rękoma wodę, moje włosy falują. Zasypiam. Śpię pomimo hałasu - po drugiej stronie ulicy budują nowy blok. Nieważne. Nie ma mnie. Nie ma mnie do 13.00, otwieram oczy i słyszę dźwięk smsa. W tej kolejności.
Jesteś w pracy a ja cieszę się swoją samotnością, która nie będzie trwała dzisiaj długo. Jeszcze bardziej cieszę się z tego, że wrócisz. Jesteś przecież niedaleko.

czwartek, 20 września 2012

Gwiazdy są za daleko.

Czasem czuje się staro. Patrzy w lustro i dopada ją ciężkość. Każdego ruchu. Każdej myśli. Każdego spojrzenia. Jakby walczyła o każdą minutę. Jakby minuty walczyły z nią. Nie o nią. Przeciwko niej. Czasami czuje się króliczek Duracell, który chciałby już paść ale nie może bo przecież ma wetkniętą w dupę super-hiper wytrzymałą baterię. Często nie wie czego chce. Nie wie, jak przyspieszyć czas. Nie wie jak się zorganizować, nic nie wie. Który jest dzień, która godzina, który to już raz martwi się o kogoś, kto traci kontrolę. Nie wie i nie ma nawet siły wkurzać się o to na siebie. Czasem chciałaby wyjść i patrzeć w niebo. Bez sensu gapić się w nie wiedząc, że nie znajdzie odpowiedzi. Ba! Nie zada nawet pytań. Gwiazdy są za daleko, żeby je usłyszeć.

poniedziałek, 17 września 2012

Gryź mnie i wchłaniaj.



jedz mnie
wedle uznania
smakuj lub pożeraj
delektuj się
rozpływaj
rozkoszuj
lub łapczywie i bez opamiętania
gryź mnie i wchłaniaj
z obłędem w sercu
zjadaj mnie żywcem
     płonę
poparzę ci usta i dłonie
rozpalę wnętrze
- czy zaspokoję..?

niedziela, 16 września 2012

Witaj Dniu Wolny.



Wszystko mi się miesza. W głowie, między watą, tysiące wątków. Żaden nie dochodzi do głosu. Żaden nie pojawia się na dłużej przed wewnętrznym okiem. Wyobraźnia hula sobie w najlepsze, podsyłając mi co jakiś czas, w żaden sposób nie łączące się ze sobą, fragmenty. Realne z nierealnym. Uczucia, marzenia, plany, obawy, założenia, różne warianty tego co jeszcze nie nastąpiło, warto, nie warto, analizy z bajdurzeniami. Wszystko na raz. Ciepła papka. Rozkoszny zamęt umysłu domagającego się snu. Chciałabym wyciągnąć zeń choć kawałeczek abstrakcji, której ostatnio we mnie brak. Nic z tego, - przeładowane dni minionego tygodnia trzymają mnie mocno na dupie. W ‘tu i teraz’, nie pozwalając stworzyć niczego nawet beznadziejnie nierealnego. Moje powieki są jak ołowiu, nie ma sensu się temu opierać.

Ucieknę w czerń. Naładuję baterię. Jutro… Jutro jest niedziela. Właściwie to już dzisiaj. Kilka minut po północy. Witaj Dniu Wolny.

czwartek, 13 września 2012

Wyjdę wieczorem.

Tam, za oknem, jakiś hałas.
Ktoś słucha muzyki z telefonu. Z głośniczka. Charcząco- wkurzająco. Krótko. Kilka kroków, po szumie.
Tu, za oknem, klekot klawiszy.
Ból brzucha, ciepły koc i kołdra. Kilka poduszek. Wpadnę w to wszystko za moment. Zakopię się w cieple i zasnę. Jak..? Jak susełek. Zamknę oczyska i będę śniła o czymś niestworzonym. Może któraś z sytuacji w końcu nastąpi i po raz kolejny uśmiechnę się w duchu uczestnicząc w czymś, co już kiedyś widziałam. Urywkowo. Zawsze tylko urywkowo.
Tam, za oknem, chłód i wilgoć.
Tu, spokój i komfort.
Samotny trochę. Pokój, miejsce odpoczynku. Kawałek przestrzeni, którą kiedyś opuszczę. To tylko miejsce. Ostatnio nie przywiązuję się do pomieszczeń. To niezdrowe. To stopujące. Lubię natomiast ulice. Parki. Alejki. Ścieżki. Drzewa. Lubię te, które znam i lubię poznawać nowe. Szwędać się. Rozglądać. Obserwować.


Wyjdę, wieczorem
zakapturzona postać
na ścianach budynków
zatańczy mój cień.
 Wyjdę wieczorem
bardzo słaba ciałem,
duchem niezależna.
Przestraszona,
fizycznego zagrożenia,
psychicznie pewna siebie
pobłądzę na własne życzenie
na dachach blokowisk.
Z góry spojrzę na tętniące miasto.
Światła...
Lubię patrzeć na elektryczne podróby słońca
kolorowe
walczące z ciemnością, bo czasu do zapadnięcia zmroku jest przecież za mało,
za mało, za mało, za mało
jak pieniędzy.
Światła napędzają do działania,
nawet nocą
biegniecie
a ja patrzę na was- małe kropeczki
siedząc po turecku na skraju betonowego wieżowca.

wtorek, 11 września 2012

W zakrzywieniu wskazówki.

Wstaję.
Ogarnięta poranną apatią.
Wstaję za późno, żeby trochę poćwiczyć przed wyjściem. Bez tego też odczuwam lekki ból stawów. W brzuchu - chłód. Kochane pms! Oczy z trudem łapią ostrość. Idę do kuchni, szurając ciepłymi, pluszowymi kapciami. Cudem nie spadam ze schodów. Wbijam trzy jajka do szklanki i bełtam myśląc ''nie zjem tyle chyba''. Wbrew temu co podpowiedziała Sis, jajecznica była blada ( w Warszawie zawsze jest pomarańczowa. Nie wnikam). Zjadam ją tępo, poddając się mechanizmowi widelca ''talerz-gęba''. Nie opuszcza mnie wrażenie, że działam w spowolnieniu.
Niezależnie od czasu.
Gdzieś w zakrzywieniu wskazówki
utknęłam.

poniedziałek, 10 września 2012

W hamaku.

Siadam do lapka, sprawdzam to wszystko co zwykłam sprawdzać, nie piszę ani słowa artykułu, który napisać powinnam. W weekend. Zrobię to w weekend albo pewnie nigdy. W słuchawkach cisza, nie mam pomysłu jakiej nuty chciałabym posłuchać. Nijak mi dzisiaj. Wieczór nie ma żadnego smaku. Mdło.

Wszystko czego potrzebuję to kilka promieni słońca atakujących moje oczy wpatrzone w jasne niebo
 i hamak.
                 tak, marzy mi się lenistwo w hamaku.

niedziela, 2 września 2012

Szedłem do niej. Nie wiedziała o tym. Zbliżałem się z każdym krokiem i z każdym czułem pewien lęk. A jeśli jej nie będzie? A jeśli poczujemy się nieswojo? Jeśli wcale nie chce, żebym był..? Szedłem. Coraz bliżej. Czerwona furtka. Widziałem ją z daleka. Półleżąc, siedziała przy podwórkowym stoliku. Inaczej nie potrafię tego określić. Widziałem jej białe skarpetki, nogi położyła na blacie w typowy dla siebie sposób. Ramię wyciągnęła na oparciu ławki, głowę podpierała dłonią. Miała zamknięte oczy. Ubrana na czarno. Dresik. To też się zgadzało. Szedłem nie skradając się, w nadziei, że mnie usłyszy. Nie chciałem jej budzić. Nie chciałem też, żeby spała. Na jej brzuchu leżał kot, pazury lekko wbił w jej spodnie na wysokości uniesionych ud. Spał. On też nie zareagował na moje przyjście. Widocznie trafiłem na chwilę ciszy. Aura pogodowa nie sprzyjała w zasadzie niczemu. Usiadłem naprzeciwko. Trochę się zmieniła. Za każdym razem wyglądała nieco inaczej, a może to ja inaczej na nią patrzyłem? Była spokojna, choć chyba trochę zmęczona. Spojrzałem w dół, zawstydzony swoją obecnością. Czułem, że nie powinienem tam być. Na pewno nie powinienem tak siedzieć, gdy ona śpi. Skubałem koniec obrusu.
- Cześć. -  gdy podniosłem głowę patrzyła na mnie uśmiechnięta. Zalała mnie fala ciepła, oboje zaczynaliśmy się mimowolnie szczerzyć.
- Przytul mnie... - jej oczy lśniły czymś nieokreślonym. Usiadłem obok i objąłem ją mocno. Czułem jak się rozluźnia. Znowu było dobrze.