piątek, 31 sierpnia 2012

Chodź, zaczaruję.


Chodź, zaczaruję
- wyjmę złe myśli z twojej głowy
zamknę je w metalowej skrzynce;
Zakopię
głęboko w niepamięci
wszystkie stracone dni.
Chodź, uspokoję
- skołatane serce.
Pozszywam szybko i dokładnie
każdą ranę.
Chodź, obejmę
twoją zmęczoną twarz.
Wsiąkną we mnie twoje gorzkie łzy.

Chodź, zaczaruję
- przez chwilę nie będzie nic…


                               chcesz?


środa, 29 sierpnia 2012

Wracam i nie wiem!

Małe cudeńka leżące pod ręką, to nie jest najlepszy pomysł. Za to smaczny ^^ Siedzę i podjadam w chwilach ciapciowatości, czyli w zasadzie codziennie po pracy. Spać? Nie spać? Spotkać się z kimś, czy się nie spotkać?  Ja nie wiem! Wracam i nie wiem.
Kładę się, wstaję. Zaczynam czytać książkę, po czym zaraz ją odkładam. Schodzę na dół i nie idę nigdzie dalej bo kolana bolą jak szalone. Biorę do ręki telefon i otwieram okno nowego smsa chyba tylko po to, żeby je zamknąć nietknięte.

Dzisiaj jestem do przytulenia, do pogłaskania, do milczenia, do kawy też mogę być. Do niczego więcej się nie nadaję.




Dobrze, że przy tym wszystkim humor wciąż utrzymuje się w temperaturach dodatnich. ;)

niedziela, 26 sierpnia 2012

Rozmowy są łamliwe.

Dziwna ta końcówka sierpnia. Szarawa jakaś, bura i senna. Niedziela leniwa. Trwam w bezczynie. Wypiłam dwie kawy. Zjem kawałek ciasta. Dlaczego nie, skoro jest? Taka pogoda nie sprzyja rozmowom. Radości nie zainicjuje deszczowa aura. Siedzę nie senna, ale i nieskora do czegokolwiek. Spacer? Później. Z chusteczkami higienicznymi w torbie. Bez nich nie wyjdę, w rękaw nosa wycierać nie będę. Nie zaświeciłam światła, ciemno mam w pokoju chociaż dzień ma jeszcze kawał dystansu do nocy.

Rozmowy są łamliwe,
drzazgi zbyt ostrych odpowiedzi wbijają się w umysły,
niepotrzebnie. 

piątek, 24 sierpnia 2012

Wyprowadzić myśli na spacer.


- Będziesz jutro?
- Tak. 9.30?
Potakujące mrugnięcie.
- Do widzenia!
Wyszła żwawym krokiem, kuzyn zaraz za nią. Odprowadził ją na przystanek. Chwilę pogadali, o tym, o tamtym, o wakacjach i o niezniszczalnej Babci D. ‘’Konkret babka’’, a jakże. Będąc pod dziewięćdziesiątkę wciąż zasuwa ze sprzątaniem mieszkanka, w co wlicza się również mycie okien i wieszanie firanek. Zero luk w pamięci. Działa, nie daje się. Mieszka sama, więc pewnie wychodzi z założenia, że nie ma innego wyjścia. Żyć albo od razu umrzeć, bez stacji pośrednich. Twarda sztuka.
Autobus nadjechał lekko opóźniony, ale to nic. Starszy pan zagrodził jej przejście i zanieczyścił powietrze alkoholowym odorem, co jednak skwitowała widocznym grymasem. Była po pracy, nie musiała udawać grzecznej.
Wysiadła zaskoczona, że już jest na miejscu. Jakby podróż trwała mniej/więcej trzy mrugnięcia. Granatowe, schodzone trampki sunęły po szarym asfalcie. Dom na rogu, z zielonymi okiennicami i sklepem na parterze miał otwarte okna. Widziała przez nie  stół, na którym stał kubek. Kubek w kwiaty, obrus jakiś ciapaty. W kropeczki? W cętki? Coś takiego, nieistotne. W pomieszczeniu było ciemno, sennie i spokojnie. Miała ochotę stać i gapić się w to okno, ale wiedziała, że w końcu ktoś zwróci na to uwagę i raczej nie przyjmie do wiadomości, że ów prosty widok podziałał na nią kojąco. Prawdopodobnie wzięto by ją za czubka pokroju gościa, który urządził sobie strzelaninę w kinie. Z pewnością. Bezpieczniej było iść. Więc szła. Wracała do domu. Z daleka dojrzała błysk blachy samochodu. Uśmiechnęła się mimochodem. A więc wrócił.  Siedział razem z Młodym przed domem, dłubali coś przy rowerze.
- Co robicie?
- Wymieniamy łańcuch.
Wymieniali łańcuch. A ona zjadła zielone- makaron ze szpinakiem, umyła zęby, pozmywała naczynia, zrobiła sobie kawę…i ją wylała. Przez nieuwagę. Miała zamiar wyjść i popatrzeć trochę w niebo. Bez słów, bo słowa nie zawsze są potrzebne. 
Chciała patrzeć w niebo i czuć się lekko - wyprowadzić myśli na spacer.

środa, 22 sierpnia 2012

Może w niedzielę.


Jest środek tygodnia, chwila przerwy – siedzę na zapleczu z kubkiem gorącej herbaty na kolanach. Myślę o tym, że czekają mnie jeszcze cztery godziny bycia uprzejmą, pomocną i zorientowaną we wszystkich możliwych podręcznikach do wszystkich możliwych klas każdego  poziomu nauczania.  W porządku. Dzisiaj pojawiło się wyjątkowo wielu, wyjątkowych klientów. Wstawiona lekko pani, którą czekał pogrzeb [nic dziwnego, że sobie kobiecina ze zgryzoty walnęła jednego czy dwa głębsze]; pan w zielonej, jaskrawej koszulce, który pragnął zakupić administracyjną mapę Polski po czym przymierzał się do uczenia mnie religii z zeszytu w kratkę z papieżem na okładce; zestresowana dziewczyna pytająca o książkę do WOSu średnio co dwie godziny; czepliwa baba o blond lokach, która po półgodzinnych oględzinach nie zakupiła niczego i cała masa innych … ludzi. No po prostu. Ludzie są różni, ludzie są zabawni, ludzie są jacy są.
Minęło. Szybciej niż wczoraj.
Przemierzywszy kilka kroków w swojej rodzimej wioseczce, zostałam przywitana Majkowym uśmiechem i ciastkami. Kawa-kawusia. W końcu! Jestem zmęczona psychicznie, fizycznie nie cierpię chociaż pod koniec dnia stopy dają o sobie znać. Próbuję pisać, wykrzesać z siebie myśl o czymś bardziej, albo chociaż ubrać to wszystko w zabawniejszy ton ale nie potrafię. Nie dzisiaj.
Może  w niedzielę.

sobota, 18 sierpnia 2012

Siedzę z czarnym kotem na kolanach.

Na poły pijacki sms, brak odpowiedzi z mojej strony, budzik - wyłączony, wibracja nachalna małego samsunga, 'kurwa, już prawie 11..' - nie odbieram. Patrzę na wyświetlany numer jak idiotka. Stacjonarny z Częstochowy. Nie ma opcji. Wiadomość głosowa, kobieta z księgarni prosi o kontakt. Ok, wstaję. Ból głowy pulsuje z tyłu czaszki i w czole. Nie mogę jej ani podnieść, ani opuścić. Fuck.

Sobota, bardzo duszna i zdaje się - gorąca. Niespecjalnie mi się to podoba.

Kot- połamaniec, długo  gramoli się na moje kolana. Układa się delikatnie. Ma uszkodzoną łapę przednią, tylną i dodatkowo wielki guz za lewym uchem. Ja rozumiem, że wolność ma swoją cenę i daje pewne możliwości, ale no ... żeby doprowadzać się aż do takiego stanu? Szkoda mi go, widzę jak skacze zamiast iść i widzę, że boli go każdy ruch. Co się stało, nie wiem. Teraz więcej siedzi w domu. Czas rekonwalescencji.

A ja?

Siedzę z czarnym kotem na kolanach.
Przez chwilę.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Fragment.


Wstaję chwilę po 11, mam za sobą dwa smsy od Sandry i nieodebrane połączenie od Majki. Najpierw odpisuję, potem oddzwaniam. Przyjdzie o 14.00, spoczko. Pewnie poczęstuję ją szpinakiem.
Spałam w szlafroku, bo było mi zimno, więc jak spałam tak schodzę na dół. Widzę się w lustrze. Włosy we wszystkie strony, spojrzenie najsmutniejszego kundla świata. Wyglądam jak rasowa Bridget Jones, której nigdy nie przeczytałam i nie obejrzałam od początku do końca, bo jest to dla mnie aż do porzygu babskie. Brakuje mi tylko kaca i tłustych strąków opadających na twarz. Biorę cukierka tylko dlatego, że leży na linii mojego wzroku. Nie mam na niego ochoty. Biorę, bo jest. To mnie kiedyś zgubi. Właśnie przez to mam te kilka kilogramów, które mnie wkurwiają. Wystarczyłoby się ruszać, ale ostatnio ogarnęła mnie apatia. Nalewam sobie szklankę wody, której nie wypijam do końca bo ja przecież za gazowaną nie przepadam. Patrzę w nią zastanawiając się dlaczego – ach dlaczego?! nalałam sobie właśnie taką? Nie wiem. Myślę, czy nie mam ochoty na sok pomarańczowy. W amerykańskich filmach, wszystkie amerykańskie dzieciaki piją do śniadania sok pomarańczowy. Że niby tacy zdrowi? Eche. Dobra, nalewam sobie pomarańczowego  BEZ DODATKU CUKRU! za to z całą masą rakotwórczego aspartanu i wypijam na raz. Wchodzę do kuchni, zlew pełen brudnych naczyń wita mnie radośnie. Zmywarka lśni czystymi. Szklanki, talerzyki, stuk-brzdęk, wszystko na miejscu. Chcę już usiąść na kanapie i pisać. Chcę wyrzuć z siebie to wszystko, co kotłuje się w mojej głowie, chociaż już wtedy wiem, że nie będę tego potrafiła zrobić dobrze. Odkładany impuls traci swoją impulsowatość, zostaje treść pozbawiona polotu. No niestety.  Doprowadzam kuchnię do ładu, w międzyczasie drę się na brata jak debilka bo nie układa łyżeczek w jedną stronę tylko rozpieprza je jak leci. Próbuję krzyczeć głośniej, ale moja krtań odmawia posłuszeństwa. Głośniej nie może. Mój krzyk jest pozbawiony Łucji-furiatki, nie ma mojej wściekłej chrypkowatości i zaskakującej głośności. Dupy nie urywa, więc to Młody wygrywa pojedynek na darcie mordy.  Gardło przeszywa ból. Robię sobie kawę i w końcu siadam do lapka. To tyle? Na razie nie napiszę niczego więcej. 

// Miałam nie pisać pamiętnika. Nie pisałam. Przez..? Chwilę. Jakąś, nie wiem ile trwała. Od kilku dni siadam i klikam jak tylko najdzie mnie ochota. Może jestem nienormalna, może nie, ale to mnie uspokaja. Nawet jak opisuję dylematy nad szklanką wody i soku, a niech mnie. Kiedyś skończy się przywilej myślenia o pierdołach. 'Wszystko co kotłuje się w głowie' pominęłam. Już bez przesady z tą otwartością! ;)

niedziela, 12 sierpnia 2012

M.-am Cię.

po wewnętrznej stronie powiek,
w obrazie sennej imaginacji,
w kącikach ust, gdy się uśmiecham
odpływając spokojnie w czerń
mam Cię.

Chyba.

Włączam lapka, powieki ciężkie, w oczach piach- nieważne, włączam i czytam. Przeglądam. Myślę, wyobrażam sobie, znam w jakimś stopniu to wszystko. Choć nie wszystko współodczuwam. Jeden się szarpie, druga cierpi, trzecia się zgubiła. Jak żyć?!

Czasem mam wrażenie, że gdzieś obok mnie przechodzą tego typu rozterki. Rozmyślania, choć nieuniknione, nie powinny być źródłem dodatkowego bólu a raczej rozwiązań. Tak byłoby najprościej i najlepiej. W praktyce bywa różnie. Zależnie od sytuacji, zależnie od przysłowiowego orzecha do zgryzienia.
Chyba.
?

//

Nie potrafię określić tego, co czuję zamykając powieki. Inność. Nieco inna się stałam, możliwe, że na tyle subtelnie, że widzę to tylko ja. Całkiem niewykluczone.Chyba nie ma sensu się w to zagłębiać. Jeszcze nie potrafiłabym tego zrobić. To tak, jakbym stała oparta o ścianę i ukradkiem spoglądała na to, co dzieje się za krawędzią.

Brakuje mi tutaj ...
bardzo wielu małych czynności, do których zdążyłam przywyknąć.

Dodatkowo, brakuje mi dzisiaj snu.
Wieelu rzeczy mi brakuje. Dupowata ciągle jestem.
Dupowata ale chyba trochę mniej
mniej bardziej
niż kiedyś.
chyba

Ja myślę, że chodźmy spać.

Muzyka
?
Skąd ta muzyka dobiega to ja naprawdę nie wiem.
Słońce w pełni, zieleń pozbawia intensywności.
A ja mam watę w głowie i delikatne kręćki - efekt niewyspania po przedłużonym wieczorze. Kameralnie. Bułeczki-Bałbeczki według super-przepisu pani Marzeny [Marzeny-nie-Anity!!] wylądowały w koszu. Nie wiedzieć czemu, jakoś nam nie wyszły ['nam'! biorę na siebie część odpowiedzialności :p]. Nie ogarnę dzisiaj niczego, nie ma szans. Jest prawie 13.00.

Ja myślę, że chodźmy spać.

środa, 8 sierpnia 2012

Szybko.

Siedziała w nie swoim mieszkaniu w towarzystwie przyjemnej muzyki, kubka herbaty i jogurciku Froop, skomponowanego zapewne głównie z różnego rodzaju chemii. Jak szaleć, to szaleć a co!
Przez otwarte balkonowe drzwi wpadało świeże powietrze. Dobrze. Całkiem dobrze.
Mogłaby posprzątać, ogarnąć, przewrócić wszystko do góry nogami i poustawiać po swojemu ale...
no nie była u siebie mimo wszystko.
Chciała się położyć. Zasnąć. Taki miała plan, tymczasem telefon i klawiatura poszły w ruch i rozkręciły się tak bardzo, że prawie nie zdążyła wyjść do sklepu przed przyjściem M.
Jutro powrót w bardziej znane strony.
Zero emocji.
?
Coś jednak ściska od środka.
Coś jednak ściska...
krtań.
Znowu będzie się czuła winna. Znowu będzie czuła się źle.
Szybko zatęskni za spokojem wnętrza jego ramion.