poniedziałek, 30 lipca 2012

Jest i samotnik.

Zrzuciła z siebie ubrania. Lepka od potu, weszła pod prysznic. Chłodna woda przynosiła ulgę. Spojrzała w górę i zobaczyła swoje odbicie w srebrnej słuchawce tzw. deszczownicy. Twarz nie zdradzała niczego. Oczy nie straciły kolorów.
***
Mokre włosy opadały na plecy, zostawiając na koszulce mokrą plamę.
Balkon oferował nocny widok. Stanie na balkonie kojarzyła z nonszalanckim paleniem papierosa, sojrzeniem w dal i chwilą zadumy.
Nie paliła. Spojrzała w dół, dal zostawiając samą sobie. Dochodziła północ. Dwoje ludzi mknęło na rowerach. Inna dwójka przechodziła właśnie przez ulicę. Żadnego samotnika. Nikogo super-romantycznie zamyślonego. Światła latarni rozpraszały ciemność nie dając nocy szansy na pełne zaistnienie. Nie widziała księżyca.

Wycofała się do pokoju i sięgnęła po szklankę wody stojącą na stole, mimochodem kierując wzrok w stronę korytarza. Smużka światła pod drzwiami wejściowymi i podniesiny czujnie łebek psa, trochę ją zastanowiły.
Usłyszała brzdęk kluczy.
No proszę, jest i samotnik!
Sąsiad-nocny wojownik.
Korciło ją, żeby wyjść i wprawić siebie i jego w nie lada zdumienie.
Została. Instynkt pakowania się w kłopoty tym razem nie wziął  góry.

niedziela, 29 lipca 2012

To nie burza, to samolot.

Głos rozentuzjowanego komentatora czasem wyrywa mnie z rytmu rozmowy.
''Czekaj, idę po piwo'' wyświetla się na ekranie laptopa.
No to czekam.
Polacy jak na razie łoją Włochów, aż miło.

Lexus wyprowadzany jest właśnie na spacer. Złote Dziecko już śpi.
A ja siedzę i piję
herbatę na zimno.
To mój napój na dziś. Zastanawiam się, co chciałabym napisać. Jak chciałabym to napisać. Czy w ogóle chcę kleić słowa na podobieństwo swojego wewnętrznego stanu?
Nie do końca. Nie obejmę wszystkich, istotnych sfer i oczywiście pomieszam wątki, w typowy dla siebie sposób. Dla czytelnika nie powinno wyglądać to jak papka, którą jest. [Papka ma jednak wydźwięk negatywny. Zawartość mnie i innych we mnie negatywnym zjawiskiem raczej nie jest, nie zrozumcie mnie źle.]

''Odnalazłaś ukojenie w potężnym, dusznym mieście?''
z niedowierzaniem. Nic dziwnego. Zazwyczaj ukojenia szuka się wśród ciszy, zieleni, czegokolwiek co wiąże się z pierwotnością i naturą - jest czyste, niewinne, bezproblemowe.
A ja mam odwrotnie. Ja tą ciężką zielenią czasem rzygam dalej niż widzę.
Ja aurą Częstochowy przesiąkam bardzo nie-pozytywnie. Bardzo przytłaczająco, bo przecież w nadmiarze nic dobre nie jest a ja mam najwyraźniej granice określające ów nadmiar bardzo wąskie. Powinnam zmieniać. Dużo i szybko, najlepiej począwszy od siebie. Czy to nie brzmi dość ..? nieskomplikowanie?
Brzmi.

Warszawa przygarnęła mnie całym swoim hałasem i duchotą, dała jakieś tam poczucie własnej wartości. Myślę, że naładowała mnie z powrotem. Tak długo nie mogłam się zebrać w sobie, odetchnąć lekko, podnieść głowy, że teraz cieszy mnie to i napawa zdumieniem jednocześnie. Chyba złapałam coś na podobieństwo stabilności. Stabilności bardzo kruchej, ale to akurat w dużej mierze zależy ode mnie [może stąd ten przymiotnik].

Czy wiem co dalej?
Nic nie wiem.
Obecnie nie przyprawia mnie to o zawroty głowy.
Niech się dzieje

pisałaś to już kiedyś, pamiętasz?
shut the fuck up.

Piąta rano.

Za dużo kłapię ozorem,
garściami pozwalam się czerpać,
nie ukrywam niczego i może nawet przesładzam.?
Tracę niezwykłość
-moja wartość spada.

Jest tak przecholernie wcześnie..!
5.00
mamy czas.

czwartek, 26 lipca 2012

i dobrze mi tak!

Jakież to proste!
Przywołanie do porządku jednym zdaniem,
zmiana miejsca, inne powietrze,
trochę czasu dla siebie
trochę siebie na wierzchu
i proszę
wszystko działa,
wszystko dobrze,

I dobrze mi tak.
niech nie mija.

środa, 25 lipca 2012

Wyrwana z kontekstu.

'' ... ty też jesteś wyrwana z kontekstu.''
orzekła, osądziła, oceniła.
a ja myślę i myślę
- czy ma rację?
rzadko pudłuje oceniając to, co widzi [w jakimkolwiek znaczeniu].

jestem wyrwana z kontekstu.
czasem mi z tym dobrze.

trochę jak zgubiony przecinek, trochę jak przeoczenie, mały, pierdołowaty błąd niewidoczny dla tych, którzy patrzą po macoszemu. na szybko.
na szybko spojrzawszy wszystko jest w super porządku.
na trochę wolniej - jest [uwaga, moje ulubione i chyba najczęściej odnoszone do mojej osoy słóweczko] - s p e c y f i c z n i e.


Klarysa zbiera pomarańcze i wkurza się na pakistańczyków.
Boli ją brzuch.
Łucja porusza się po świecie dziecięcej wyobraźni, urozmaicając ją trochę swoimi pomysłami.
Boli ją brzuch.
Cypr.
Warszawa.
A na wspólny spacer tak chce się iść!

Mieszam, kotłuję. Nic naprawdę treściwego z tych słów wynieść niepodobna.

Balkonowe drzwi na oścież. Duszno jest. Poburzowo. Szum ulic jest tu zupełnie inny niż w moim małym R. No i nie mam liści za oknem. Za nimi jakoś nie tęsknię. Powodowały ostatnio, że czułam się ograniczona, przytłoczona, odizolowana zieloną ścianą. Niemiło. Tu mam przestrzeń. Przestrzeń piątego piętra i las owszem, za to z betonu.
Dobrze mi tu. Inaczej, ale w porządku.
'Swojo' nie jest chyba w żadnym miejscu. Nie mam swojego na własność, więc nic w tym dziwnego.

Chyba dziczeję - wcale nie ciągnie mnie do towarzyskiego zawirowania.  Zazwyczaj po takim czasie 'stopu' już nie mogę wysiedzieć [choć inną kwestią jest moja zaburzona percepcja. dni wydają mi się długie jak dwa normalne, nie wiem jak to działa. i nie chodzi o nudę, bo nudy nie ma]
Braki czuję związne tylko z jedną osobą.
'Maybe blablabla'

poniedziałek, 23 lipca 2012

Uratowałam dżdżownicę!

czyli Ł. i Złote Dziecko w akcji.
Galaretka w czekoladzie tak dobrze smakuje chyba tylko tu.

- ja mam 5 i pół lat a wy?
- ja mam..ja mam...tato ile ja mam lat?
[podpowiedź taty] - 4 i pół
ja mam 4 i pół!
-  a moja Łucja ma 20 lat! jest najstarsza!

(zasłyszana rozmowa; plac zabaw - trampolina)

i oczywiście stały elemet pt. goooooooooooooooń mnieeeeeeeeeeeeee! - wrzeszczane już w biegu.

Dobrze jest być potrzebną.

Lexus śpi zwinięty w kulkę, jak kot. Artur leży pod kocem, pachnący mydłem i ogląda Clifforda. A ja cieszę się z tego dnia. Jestem z siebie zadowolona, - ! :)

niedziela, 22 lipca 2012

no kurwa.

Wypruwamy sobie żyły, dostajemy palpitacji ze zmartwienia, nie śpimy
bo jak już nam zależy to na maksa,
to głupio.
I co?
I nic.
nic wzamian.

Siedzę naprzeciwko Niej, choć ona nie siedzi naprzeciwko mnie. Dryfuje gdzieś daleko. Wpada do dziur swojej bezsilności. Chciałabym wyrwać Jej telefon, na który tak notorycznie zerka świadoma, że nie zobaczy tego, co by chciała. Chciałabym zniknąć dla Niej świat. Zostawić białe przestrzenie. Dać oddech i chwile na pozbieranie się z powrotem w dawno utraconą i zapomnianą całość.
Rzeczywistość poza jej sylwetką i moimi myślami rozmywa się. Czekam aż coś powie, sama nie znajdując odpowiednich słów. Wyczuwam pozazmysłowo Jej nastrój. Wciągam go jak zapach, chociaż nie nosem. Nie potrafię Jej ulżyć. Mogę być, słuchać, rozumieć, wkurwiać się na tych, którzy jej to zafundowali. I robię to, ale to nie zmienia faktu, że
all I wanna say is that they don`t really care about us

piątek, 20 lipca 2012

albo albo albo

Taaak bym się chciała czasem emocjonalnie ponudzić, dryfować sobie spokojnie
- jak na dmuchanym materacu w bardzo czystym morzu.

Coś bym napisała, ale jakoś nie wiem co.
Nie wiem jak.
A to, o czym mogłabym pisać do publikacji w moim odczuciu zupełnie się nie nadaje.

Tarararam.

Nie jestem spakowana.
No nie jestem spakowana w żadnym wymiarze,
ktoś kiedyś powinien urzeczywistnić teleporty. ;)

Chodź ze mną pod drzewo,
albo na drzewo,
albo na plażę,
albo łąkę,
albo albo albo
w jakieś inne, dowolne odludzie.

W świecie fajne jest to, że nie rozpada się tak łatwo, jak nam się czasem wydaje.
Trwa, bezczelnie niewzruszony wszystkimi kataklizmami naszych wewnętrznych galaktyk.

wtorek, 17 lipca 2012

Malujemy pergole.

Na chwilę wyszłam z siebie i stanęłam obok.
Oparłam się o ścianę i słuchałam słów wczorajszej rozmowy.
Słuchałam siebie,  nie mówiąc głośno.
Patrzyłam na istnienia skrajnie różne ode mnie. Na dni opisane przez znajomych. Pokazywali mi codzienność ograniczoną w znacznej mierze czterema ścianami. Śpiewali swoją smutną przyziemność.
Patrzyłam jak spomiędzy ich zębów sypie się piasek, a z oczu płyną szare łzy.
Widziałam twarze o zanikających rysach. Otworzyłam ich klatki piersiowe, a moim oczom ukazały się serca na poły uschłe. Krew w ich żyłach rzedła i traciła kolor.
Mówili bezgłośnie, że czegoś im brak. Mówili, że mam coś czego mi zazdroszczą.
Wróciłam do siebie i spojrzałam w głąb, nie wierząc.

Malujemy pergole, jadę pociągiem, stoję w drzwiach kuchni …

poniedziałek, 16 lipca 2012

Już nie widzę słońca, jeszcze nie widzę gwiazd.

Idę i puszczam parę z ust. Jest środek lipca a mimo to moje ruchy są ograniczone bluzą i kurtką. Szary asfalt w blasku latarni przybrał niebieski odcień. Nikt nie idzie przede mną. Nikt nie idzie za mną. Patrzę w ciemne i jasne okna mijanych domów. Omiatam wzrokiem przypodwórkowe różane skupiska. Kwiaty tkwią przy ulicy, jak podstarzałe dziwki czekające na (być może ostatnią w karierze) okazję uczciwego zarobku. Ich głowy bliskie są odpadnięciu, płatki trzymają się miejsca chyba siłą przyzwyczajenia. Jedynie makijaż trochę je ratuje. Po ciemku nie wywołują odrazy.

Za zakrętem trampki już nie suną bezgłośnie. Żwir szemrze pod podeszwami. W przelocie myśli, przypomina mi się dźwięk kamieni na plaży - jak chrobotanie kości. Porównanie napotkane w jednej z powieści S. Kinga przestaje być niezrozumiałe.

Zimne powietrze aplikuję płucom automatycznie - zgodnie ze swoją zwierzęcą naturą. W klatce piersiowej nadal czuję ciężar. Nie tak to wszystko powinno wyglądać. Zdecydowanie. Mam wrażenie, że w tym przypadku nie ma mowy o zasadzie 'i wilk syty i owca cała' choć niech mnie ... jeśli nie chciałabym tego wszystkiego jakoś rozsądnie rozegrać. Staram się strawić swoją tęsknotę razem ze wszystkimi przeszkodami stojącymi na drodze do jej zaspokojenia, ale jak na razie to ta dziwna mieszanka trawi mnie. Trawi i trapi. Nie potrafię rzucić niedbałym 'nieważne'.

Niebo ciemnieje. To ten etap, w którym nie widzę już chmur i słońca, ale gwiazdy jeszcze nie zdążyły się na nim pojawić.
Na takim etapie życia-nie-do-końca-swojego, jestem.

***
no proszę, potrafię jednak pisać w I os.

niedziela, 15 lipca 2012

Nie wypuść mnie nigdy ze swoich silnych ramion.

Ta jedna myśl wypełnia mnie całą.
 ***
Wielosłowie jak na razie mi przeszło (spoko, wróci ;)

sobota, 14 lipca 2012

Zapewnij, że moje oczy nadal potrafią się śmiać.
Spójrz w nie, i odnajdź tam coś innego niż szarość.

piątek, 13 lipca 2012

Kiedyś sobie zniknę,
jak zgubiony zeszyt.
Przepadnę.
Tak po prostu, słodko i rozkosznie
nie będę, zamiast być.
Czy nie byłoby to po prostu... piękne?
Prostsze.
A może prostsze wcale nie znaczy 'gorsze'?

***
''Luz, jest luz'' , to tylko chwilowe.
To tylko słowa. Nie biegnijcie do mnie z apteczkami w jednej dłoni i garścią dobrych rad w drugiej.
Po dupie też mnie nie kopcie, cała jest sina, naprawdę.

Pomiotadełko.

To nie wygląda dobrze,
to brzmi całkiem źle.

'' It Is Just Improvisation, My Love''
napis ze snu, jak wypalony po wewnętrznej stronie powiek.

Cześć, to tylko ja.

Znowu przygnieciona do ziemi,
próbuję wstać.

Lipiec.

***

Wgniatam głowę w miękki brzuch miśka-Horacego, zamykam oczy i próbuję zasnąć ponownie, chociaż wiem, że snu ilość wystarczającą już zażyłam. Teraz chcę tylko zabić czas.
Udaje mi się.
Śnię dziwności nieskładne prawie do samego południa.
Wciąż czuję się skołowana, mdłości po każdym posiłku stały się w jakimś stopniu normą.
PMS? Aż tak? Nieźle.

I czy cokolwiek jest takich nerwów warte?
Melisa z pomarańczą "Babci Jagody" smakuje całkiem okej.
    Tralala..
Parafrazując :
'' Znalazłam piekło wśród marzeń,
które dumnie noszą Twoje imię'' - bo we mnie samej górnolotności jakoś, kurwa, brak!

niedziela, 8 lipca 2012

Gryzu-gryz.
Muszę zacisnąć zęby i nie zaciskać przy tym pięści.
Bliżej jestem
ale wciąż daleko.
//
Tak, wróciłam do domu.
''teraz znowu będziemy robić to, co nam się nie chce''

czwartek, 5 lipca 2012

Środa, czwartek.

Nie, Plitvic Rajem na Ziemi nie nazwę, choć w Raju na pewno woda miałaby ten sam kolor i była równie przejrzysta (bo bardziej chyba się już nie może).
Pięć i pół godziny chodzenia po ścieżkach zbitych z deseczek, po zwykłych traktach półleśnych, po płaskim i górzystym... chwila w parkowym autobusie zwanym kolejką, choć jak na mój gust, na kolejkę zbyt masywnym i nieurodziwym i nawet promem myk chwilowy. Zleciało. W upale. W pełnym słońcu, w półcieniu, w bryzie wodospadów, w deszczu chwilowym.
To wczoraj.






















A dzisiaj?
Taplam się w morzu obserwując dziewczynę o pięknym, opalonym ciele, która daje nury głębokie a później wypływa i kraulem szybkim przemierza kolejne odległości, dwóch młodzieńców o wyrzeźbionych ciałach grających w piłkę wśród fal, przygrubych, opryskliwych nieco Polaków łypiących co chwilę spode łba, lub po prostu grzebię stopą w kamykach i posyłam czasami uprzejmy uśmiech do uprzejmego pana o wytatuowanej łydce. Niezaczepliwie, po prostu : z nutką jakiegoś niewypowiedzianego zrozumienia sytuacji. Jak dwoje samotników, którzy cieszą się tym, co oferuje ten gorący kraj ale serca pozostawili gdzieś indziej.
To rano.
A teraz?
Siedzę z laptopem co to Korfantym został nazwany jakiś czas temu przez Zielonooką w ramach odwetu za jej 'Jasława', który z kolei ochrzczony został przeze mnie. Z zimną kawą na stoliczku, ze spieczonym dekoltem i całkiem nieopalonymi nogami. Siedzę i zastanawiam się co też dzieje się z moją drugą połówką odległą ode mnie o jakieś...[niech spojrzę w google maps] prawie 2 tysiące kilometrów, której telefon jest uparcie poza zasięgiem. Nie mam złych przeczuć, nie trzęsę się ze strachu i chyba na razie nie mam do tego powodów. Czekam cierpliwie.

W sobotę wracam. Chciałabym bardzo zahaczyć o Budapeszt ale to zupełnie nie ode mnie zależy. Jadąc do Chorwacji przejeżdżaliśmy przez centrum. Piękne miasto - już nawet z widoków zaokiennych jestem w stanie to orzec. Tradycja miesza się z nowoczesnością, architektura jak najbardziej z rozmachem. Zapisuję Budapeszt na listę miejsc, w których chciałabym chwilę spędzić..kiedyś w życiu.


wtorek, 3 lipca 2012

Senj

Wyprażona w słońcu, wyfalowana słoną wodą, schodzona wąskimi uliczkami, nachapana zachodem słońca - jestem.
Jestem sobie.
W niebieskiej koszulce siedzę na skórzanej sofie i ziewam co chwilę.
Ululał mnie ten upał pierwszorzędnie.
Plitvice - czy okrzyknę je rajem na ziemi?
Odpowiedź w następnym wpisie chyba, że zajmę słowa czymś innym.

Małe, kolorowe ptaki ćwierkają zajadle dzień i noc całą.
Tuż za oknem mojej sypialni.
Księżyc wydaje się tu większy niż ten, na który patrzę z własnego podwórka.

Myślę, że pora iść spać.

niedziela, 1 lipca 2012

Deszcz wciąż nie przyszedł.


Odpływałam. 
Książka zsunęła się po brzuchu. W głowie miałam znany dobrze, ciepły zamęt. Postacie fikcyjne mieszały się z widmami bliskich. Gdzieś w tle brzmiały „czarne anioły”, choć przed wewnętrznym okiem sunęła chmara czarnych motyli.  Lisey… Zsuwałam się, jak po zjeżdżalni , gdzieś w miły mrok. Odrywałam się od rzeczywistości wraz ze zwalniającymi falami mózgowymi.  Z biegiem sekund, coraz wyraźniej czułam, że się przenoszę. Pościel – miękka i przyjemna nagle w moim przekonaniu była czerwona. Leżałam na czarnym, frotkowym prześcieradle. Już nie słyszałam zza uchylonego okna szczeku psów i szumu wiatru. Teraz słyszałam panów pracujących na szkielecie nowego bloku.  Wielki kwadrat kołysał mnie do snu.
Wciągnęłam łapczywie powietrze czekając na znany zapach. Nie było go. Tylko to się nie zgadzało. Kto wie co podsunąłby mi umysł, gdybym wtedy faktycznie pozwoliła powiekom trwać w zamknięciu chwilę dłużej. Nie mogłam im na to pozwolić z racji przepełnionego, już prawie boleśnie, pęcherza. Otworzyłam powoli oczy
Czy zapyta – co tam, kotek?- a ja pójdę na boso, szybko choć wciąż sennie..? te drzwi robią tyle hałasu. na korytarzu, czujna cisza współlokatorek zamkniętych w swoich pokojach znów przyprawi mnie o chwilowy dyskomfort.  Zielona ściana nie była ścianą białą. Zdecydowanie. Łóżko było tylko małym prostokątem, daleko mu do dużego kwadratu. Jednak byłam u siebie. Podreptałam na boso, po płytkach, po schodach…ściana toalety wydłużała się i falowała. Spojrzenie rzucone lustru [aż sprawdziłam odmianę] było mętne zupełnie jak wczoraj, gdy wróciłam...tak, tyle że wszystko wokół jest mimo wszystko stabilniejsze.

Burza za oknem wciąż mruczy kojąco. Ciężkie chmury opadły po raz kolejny na moje oczy, ale chęć spania już nie dominuje. Zdążyła się ulotnić. Zieleń za szybami jest jakaś kosmiczna. Fosforyzująca niemalże. Lśni nienaturalnie jaskrawo. Deszcz wciąż nie przyszedł.
Bagażnik kłapie, co chwilę doładowywany nową porcją weźmy-jeszcze.