środa, 30 maja 2012

Figa.


Zająć myśli, odwrócić uwagę, spojrzeć w słońce, odetchnąć świeżym powietrzem.
Opanować, rozgraniczyć, wyleczyć, dojść do siebie.
Tyle mam do zrobienia. Świat musi poczekać.

wtorek, 29 maja 2012

Truman Show.

Chyba się utopię w niezmianie, którą rzygam dalej niż widzę.
Pierdołowate demotywatory - na każdym kroku yebane coś nie tak.
Czuję jakbym była w "Truman Show!''.
Dzięki.
Tego przedstawienia mam dość.
Przewiń dalej, albo zastopuj.
Wyłącz mnie z tego.

Wkurza mnie nawet to, że zniżam się do poziomu zero pisząc o tym tutaj.
Dno.
''Skończmy z tym ding-dong dla frezji'' a potem władował mu kulkę. Dawaj, ja też chcę szarpnięcia, ostateczności, wielkiego BUM!
Nie ma.

sobota, 26 maja 2012

Nie chcę stać sama na tej cholernej plaży.


Zwinęła się w kłębek i ścisnęła mocno poduszkę. On siedział przy biurku, zapatrzony w monitor komputera i zerkał na nią co jakiś czas. Teraz też ją widział. Zmarszczył brwi, nie wiedząc czy powinien przerywać jej sen. Jęknęła cicho. Podszedł szybko, usiadł obok i pogłaskał ją po głowie. Wierzchem dłoni musnął jej policzek - był wilgotny.
- Kochanie, to tylko sen. – szepnął. Otworzyła powoli oczy, spojrzała w jego twarz nie do końca jeszcze wiedząc , czy naprawdę się obudziła. Kąciki jej ust podniosły się lekko na jego widok. Odetchnęła jakby z jej piersi spadł niewysłowiony ciężar. Przytulił ją mocno. - Jestem tu, wszystko w porządku. - Położył się obok. Leżeli wtuleni , w ciszy. A gdy już myślał, że zasnęła ponownie i miał wracać do pracy, powiedziała cicho – Nie chcę stać sama na tej cholernej plaży, skarbie.
Przeszył go dreszcz. Nie wrócił tej nocy do projektu.

Trochę na własne życzenie.


Znowu sięgam do dekoltu, żeby zmaltretować kawałek skóry. Zastanawiam się, jak mogłabym to wytłumaczyć.
 To zmęczenie, to niechęć, to „ nie rób niczego na siłę’’ – ciepły głos pani psycholog. Sprawa przedawniona, ale chyba trafiła w sedno. Zawsze gdy nie mam siły… dlaczego nie mam jej tak często? Jestem na siebie za to wściekła. I to też nie poprawia sytuacji. Wszystko się zacieśnia i zapętla. Do tego dochodzi poczucie winy i jakiś autowyrzut. Tępa jestem i słaba jestem i wszystko źle i „nie mam w ogóle’’ rzucone w stronę kubków, na które gapię się nie widząc przez chwilę. Antośka patrzy się na mnie swoimi wielkimi, drewnianymi oczami, a moje szczypią jakby same w drewno miały się zamienić.

Nie, ja naprawdę nie zawsze muszę wiedzieć, co powiedzieć, nie zawszę muszę być, nie zawsze…
- nie zawsze jestem, ale nie dlatego, że mam wyjebane.
Ja też potrzebuję otuchy w spojrzeniu. Ja też potrzebuję słów kilka, które oczyszczą, uwolnią, oswobodzą mnie z dziwnego kołowrotka umysłu.

Nigdy tak naprawdę się nie liczyłam. Trochę na własne życzenie.
Odcina. 
Czyjże to wymysł, jeśli nie mój? Sss... Paranoja.

piątek, 25 maja 2012

Ślimak.


Szłam nie myśląc o niczym konkretnym. A może myślałam, ale nie na tyle intensywnie, żeby to wszystko zapamiętać? Myśli uciekły z wiatrem.  Rudy, wychudzony kot przeciął mi drogę niespiesznie. Spojrzał żółtymi oczami, stwierdził najwyraźniej, że jestem osobnikiem niegroźnym i rozwalił się przy małej choince, na poboczu. Czarna obróżka gryzła się z jego ubarwieniem. Psy nie szczekały. Chyba im się nie chciało. W ogóle, dzień był jakiś cichy. Nawet dzieciaki wracające ze szkoły szły jakoś spokojnie. Nienaturalnie spokojnie.  Już za zieloną furtką, na zewnętrznym parapecie leżał – tym razem czarny i mój – kot. Ten nie był tak sponiewierany. Jego oczy,  choć zaspane i przymrużone, nie świeciły niechęcią. Wyciągnął grzbiet, przytulił się do mojej dłoni wyraźnie obserwując drugą, którą próbowałam rozplątać słuchawki. 
Wpuściłam go do domu, rzucił się na miski.

Spojrzałam w lustro. Ta twarz jest jakaś zmęczona. Te oczy są jakieś bez energii. Co jest? Humor dopisuje ale organizm wyraźnie ma doła. Zmiany pogody nigdy mi nie służyły, tym razem nie jest inaczej. Tak to sobie przynajmniej tłumaczę.
Chyba jedynie czas dostał dzisiaj przyspieszenia. Kiedy to wszystko tak uciekło?
Dobrze. Może sobie biec, byle nie całkiem bez mojej wiedzy.

W pokoju mam chłodno i raczej ciemnawo. Słońce nie jest w stanie pokonać gąszczu brzozowych liści.
Widzę ją na gg. Komunikatory to zło. Umknęłyśmy sobie. Wciąż nie wiem co jej odpisać.
Musimy odnaleźć same siebie, chyba tylko o to chodzi. Nie mamy do siebie pretensji, nie wyrządziłyśmy sobie wielkich krzywd, nic pozornie rzecz ujmując, nie zostało zachwiane. To tylko kwestia złapania jakiejś harmonii. Przez nas obie, w nas samych. Tak mi się wydaje.
Używając jej stwierdzenia : mam w głowie ślimaka.
Używając mojego : mój umysł jest jakiś przyćmiony.

czwartek, 24 maja 2012

wtorek, 22 maja 2012

Chociaż raz.


Idąc przez swoje odczucia i myśli, jak przez ogrzewające promienie słońca, dochodzę do ciszy. Przystanek. Patrzę w niebo.  Nie ma mnie i jestem jednocześnie.
Widzę niepewną konstrukcję własnej osobowości, której muszę w końcu poświęcić należytą uwagę. Nie chce mi się niepotrzebnie stresować. Chyba mam tej nadgorliwości w odbieraniu dość. Jedną z pewniejszych wartości wśród wszystkich przyswojonych, jest dystans. Proszę bardzo, łapię dystans i z  dystansem patrzę wokoło. Dopiero po prawie roku rozumiem, co miał na myśli. Nie chce mi się bawić w niepotrzebne komplikacje i rozdmuchiwanie czegoś, co nie jest tego warte. Nie mam zamiaru się bać. Chciałabym iść pewnie, chociaż raz.




poniedziałek, 21 maja 2012

Poniedziałek, 21 maja 2012

Don`t let me feelin` nothing.

Nie wiem co napisać.

Autobusem za tramwaj gnałam z zajęć wf, choć 'gnałam' to hiperbola jak się patrzy, bo z szybkością nie miało to nic wspólnego. Miałam czas pogawędzić z typem, który siedział obok. Nie wierzył, że będę biegła. A jednak. Wyparowałam, włączyłam mięśnie i zdążyłam za zapasem czasowym na pociąg, który się opóźnił -.-`. Bądź tu człowieku spontaniczny.  Już wiem dlaczego częstochowski sposób traktowania komunikacji miejskiej jest taki, a nie inny. Bez stresu, z odrobiną ociężałości - bo te opóźnienia zdążyły się już wszystkim znudzić i przejeść. Adrenaliny w tym mieście nie doświadczysz chyba, że zdecydujesz się na podróż samochodem, - jeśli chodzi o remonty, rozkopy, przebudowy - Częstochowa robi to wszystko na raz, w różnych miejscach [których nawiasem mówiąc z racji średnio rozbudowanego terytorium jest niewiele]. Z rozmachem, jak szaleć to szaleć. Aleje są jednym, wielkim placem budowy. Jak żyć?

To tylko fragment dnia. To tylko kawałek mojej rzeczywistości.
W tym prawie nie ma mnie.
Niczego sensownego już dzisiaj nie sklecę.

Kisiel ma urodziny.
Strzeliłam jedną bramkę. Kilka wybroniłam.
Uśmiałam się jak zwykle, laski z politologi są spoko, a Morel całkiem sympatyczny.
'Poetyczka' miała katar.
Sylwester podkradł mi szansę na tzw. aktywność.
Dupa dupa.
Omijam sobie przemyślenia rangi wyższej. Siedzą sobie w środku i czekają aż będę potrafiła je słownie uzewnętrznić.

środa, 16 maja 2012

Wiatr.


Uderza w moją twarz, w moje ramiona, w piersi, w nogi.
Uderza w moją cielesność schowaną pod warstwą ubrań, która niespecjalnie skutecznie chroni przed zimnem. Szeleści zielenią i niesie dźwięki. W nozdrza wpycha mi zapach wilgotnego lasu. W płuca wdziera się rześkością, w głowę uderza przyspieszoną myślą.
Jeśli potrafię wzbudzać takie uczucia, jeśli to wszystko dzieje się naprawdę sykliwy milczy jak nigdy dotąd, jeżeli, jeżeli, jeżeli…
Przytul mnie mocno i nie wypuszczaj.
Niech puls gna, ale nie z obawy i tęsknoty.

niedziela, 13 maja 2012

Ciemna struga spłynęła po policzku.


odpływam
w pół-wyobrażeniach pół-majakach nas
zobacz
znowu
splatamy się ze sobą
czuję Twoje tętno…
odpływam
daleko, do Ciebie, z Tobą, przez Ciebie
na wskroś
przez siebie nawzajem

Czerwoną szminką pomalowała usta, oczy lśniły w ciemnościach czymś nieodgadnionym.
Szła szybko, choć wciąż niepewnie;
Drżąco stawiając kolejne kroki.
***
Łza rozmyła tusz, ciemna struga spłynęła po policzku,
gdy przygryzała wargi z rozkoszy.

sobota, 12 maja 2012

Mokra zieleń napiera.

Z zeszytu wypadły mi 'listy spod ściany'; oczy bolą przekrwieniem, którego przyczyny nie są mi znane ; mokra zieleń atakuje zza szyby;
ciemność dnia nie dodaje sił.
Dynastia Jagiellonów wciąż odrzuca, Piastów obojętnieje.
To nie jest dobry dzień na odkrycia.
Wzlotów nie będzie.
Wertuję kartki zainfekowane słowotokiem pozornie nie na temat
żadna sfera nie powinna być ograniczona narzuconym sposobem myślenia
Dzisiaj odczuwam przez mgłę parującego deszczu.
Młody włączył płytę, którą pożyczyłam szmat czasu temu, od znajomego
- nareszcie dała głos.
Myślę, że mogłabym spokojnie wymazać tę sobotę z kalendarza mojego życia,
póki co nie wniosła weń niczego.

piątek, 11 maja 2012

Piątek, 11 maja 2012

Mrug-mrug...zaraz muszę iść. Wypiję kawę, zbiorę się, ubiorę i pójdę. Wrócę, wezmę prysznic i wyjdę ponownie. Dobsz. Piątek. A co z wieczorem? Ciągle nie wiem. Muzyki reggae nie nazwę swoją, ale ze znajomymi fajnie byłoby się spotkać.? Chyba. Na razie xui [taaaak, pismo fonetyczne kłania się nisko :p pod 'i' powinna być jeszcze łódeczka] z tym.
Nie lubię budzików. Tak drastyczne przerywanie snu na pewno nie jest zdrowe. phrff. Jutro budzikom śmierć. Będę spać do oporu. Do bólu głowy, do ścisku żołądka!
A teraz już pójdę...
Jedna noga, druga noga... ;)

środa, 9 maja 2012

Młoda i głupiutka.

- Jest młoda i głupiutka.
- Naiwna?
- Nie z własnej winy, po prostu niewiele jeszcze wie o życiu.

Oszukać, omamić, skrzywdzić, - najprościej. Nie zna swojej drogi. Szuka samej siebie cały czas i gubi się w niewiadomych. Wszystkie za-rogi są ciemne i tajemnicze.
Wykorzystasz to?

Ma zawroty głowy, gdy myśli o tym wszystkim na raz. Marna atrapa świata, w której żyje, może runąć w każdej chwili.
Nie potrafi. Nie wie.
Jest młoda i głupiutka, czy właśnie tak o niej myślisz?

poniedziałek, 7 maja 2012

***


Spadnę z siebie,
jak liść z drzewa.
Lekko kołysząc się na wietrze
- opadnę.
Wpadnę
w zielonej trawy objęcia.
Ziemia jak narkotyk, pozwoli zapomnieć.
Będzie wsiąkać mnie powoli;
po jednym atomie
- odżywi mną świat.


***
''Ty masz tu wszystko, jakieś notatki, historia...swoje przemyślenia (...)''
i wśród tego, co Zielonooka określiła moimi przemyśleniami, było powyższe.

sobota, 5 maja 2012

''shout! shout! let it all out''

plama pod moimi nogami
to farba, to farba
to dom w trakcie budowy, to balkonowa podłoga
- czy można powiedzieć, że balkon ma podłogę?
to plamy, to trampki, to ja i brak Ciebie tutaj;
rozbita, roztrzaskana,
rozbryznęłam na betonie
to nie farba to ja, to moje "trzask!"
muzyka gra i gra
świat chce wirować, wyrywa się nieudolnie
trzymany mocno w ryzach niedostatecznej nietrzeźwości
krew...to krew, to wiatr, to wy, to ja.
To oni, to my, to ogień, to śmiech
to Klarysowy, cichy śpiew.
To powietrze jest złe.
Nieład i lęk.

A1

znowu ciężko się skupić
herbata stygnie
- dzień kończy się z każdym jej łykiem
słowa przebiegają przez głowę nieustannie rozkojarzoną
sens zostaje na kartkach
świat nawołuje a ja utknęłam dzisiaj w swoim własnym
jak w korku

czwartek, 3 maja 2012

Jesteś tą pogodą.

Nad jej głową nierówna linia graniczna między jasnym niebem a ciemnymi chmurami. We włosach wiatr pachnący nadchodzącym deszczem. Siedziała przy stole, zapatrzona w dal, poprzez liście zielone szumiące powiewem. Oddychała głęboko i czuła się dobrze. Niebo mruczało gniewnie, ale ptaki śpiewały dalej w najlepsze.
- Witaj - głos po jej prawej stronie był łagodny. Nie musiała odwracać głowy.
- Cześć, Scott. Myślałam, że już się nie zobaczymy.
- Nie zginęłaś. Jesteś tą pogodą.
- Co masz na myśli?
- Jesteś tą pogodą.
Ktoś krzyknął jej imię, niebo pociemniało. Scott zniknął, ona zniknęła.
Niebo mruczało gniewnie, ale ptaki śpiewały w najlepsze.
 

środa, 2 maja 2012

Koszula w kratkę.


Koszula w kratkę, świecące spojrzenie, ręce silne choć delikatne. Stoi w kuchni. Zdecydowanymi ruchami wyciąga z szafek wszystko, co jest mu potrzebne. Nieważne co będzie przygotowywał. Sama potrawa jest elementem marginesowym. Przynajmniej dla mnie. Stoję w wejściu, oparta o framugę. Nie mogę od niego oczu oderwać. Uśmiecham się jak idiotka ledwie powstrzymując zaciesz pełną gębą. Już teraz mogę patrzeć. Już teraz nie jest mi głupio. Odwraca się do mnie i pyta z czego tak się cieszę. Z niego się cieszę, po prostu. Całą sobą cieszę się z niego codziennie. Całą sobą choć cicho i jeszcze nie do końca pewnie, jakby to wszystko miało zaraz spaść na posadzkę, roztrzaskać się w drobny pył i zranić mnie odłamkami głęboko. Jest tak inaczej, że trudno mi w to uwierzyć. Jest wspaniale…co więcej mogę napisać? Co powinnam mu powiedzieć..? Nic nie mówię, przytulam się mocno. Ginę w jego objęciach.  Tak mogę umierać
jak najczęściej.