sobota, 31 marca 2012

Opuśćmy ręce.


A więc siedzę. W pokoju. Ze skrzyżowanymi nogami, na łóżku, obok torba. Torba z rozpiętą kieszenią klapy, jak z rozharatanym nienaturalnie uśmiechem Jokera, z tą różnicą, że kąciki tych dziwnych ust, nie wznoszą się, a biegną po prostej.
Dochodzi 1.00. W oknach nie mam zasłon, poszły do prania. Nie lubię jak ich nie ma. Okna przypominają mi wielkie, czarne, pajęcze oczy [dlaczego pajęcze? Nie wiem. Boję się pająków.]
Jakoś mi tu pusto.  Puściej niż zwykle mi bez nich.
A zatem siedzę. W pokoju. Z laptopem przed nosem, naprzeciwko mnie skrzydło drzwi otwartych.
Klamka.
Co z nią?
Klamka.
Nie muszę jej naciskać. Nie muszę się odgradzać. Tu jestem tylko ze sobą. Tu mi nikt nie przeszkadza.
Ładnie to sobie wymyśliłam, co? Mam swój prywatny kąt, mam swoje sacrum.  Zawsze w pewnym momencie sama ze sobą. Dlaczego tak mam? Czy tak ma każdy?
Indywidualność niemal chorobliwa. Wygodna? Czy w tym sęk? Bezpieczna?
Tak razy dwa, a sęków nie ma. A może to ja sękiem jestem? Skazą na desce, pozostałością po odciętym ramieniu-gałęzi. Może to ja. Może tak.
Pora wziąć prysznic a potem odpłynąć w ciemność.

‘’Kochanie czemu szepczesz? Możemy być spokojni, opuśćmy ręce.’’

1 komentarz:

  1. "Wrócimy tu jeszcze..." ;)
    Ej, każdy potrzebuje takiego azylu tylko dla siebie. Ja mam taki tylko TU w domu, bo w mieszkaniu sama mogę być jedynie w łazience ;)

    OdpowiedzUsuń