środa, 29 lutego 2012

Łucha Klucha.


[Łucha Klucha. Trafnie.]

Mega katar przeszkadza mi w myśleniu. Uniemożliwia.  Oprócz tego przeszkadza mi w spaniu. Poprzednia noc, jeśli chodzi o sen, trwała dwie godziny.
Całościowo była jedną wielką, szaloną i nieposkromioną imprezą tematyczną – Skoki Temperatury. Hell-o, witam w choróbskowym piekle.
Nic to. Wstałam, choć nie ukrywam, że z trudem – sen, jak pewnie się domyślacie, lekki co prawda jak zeschnięty liść, zmorzył mnie dopiero nad ranem. Nie wiem jaki czort podkusił mnie, żebym jechała na uczelnię. Wzięłam bardzo szybki prysznic, włączyłam muzykę – wszystko, żeby nie odpłynąć gdzieś w nieznane,  działając mechanicznie jakoś, wyjęłam z szafki małą, niebieską miseczkę, wsypałam doń płatki kukurydziane i rozmieszałam je razem z jogurtem naturalnym. Wierzcie mi, albo nie ale gdy już to zrobiłam to stałam i gapiłam się na ten cud poranny, na akt dokonany półświadomie, niedowierzając. Kiedy ostatnio jadłam taki zestaw? W wakacje? Dlaczego przestałam, skoro była to moja ulubiona, śniadaniowa, chrupiąca ciapaja? Czy zmieniły mi się smaki?
Wzięłam trochę na spróbowanie. Smakowało jak dawniej, - dobrze. Zjadłam z podniebiennym zadowoleniem. Swego czasu widocznie odruchowo zaprzestałam czynności z pewnego okresu swojego życia.  Do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy. No tak, nic dziwnego – jeśli chodzi o autorefleksje na zasadzie rozdmuchiwania tego, co było a czego zmienić się nie da …hm, no cóż nie cierpię na tę przypadłość. Nie muszę często roztrząsać czegoś w myślach, żeby to odbiło na mnie swoje piętno w ten czy inny sposób.

Wyszłam z domu. Świeciło słońce,  dwa okoliczne potwory przybiegły się ze mną przywitać, szczekając  jakoś tak, radośnie. Odprowadziły mnie kawałek.
Na przystanku to, że coś jest zdecydowanie nie tak, dotarło do mnie w pełni. Nierealność. Zaśmiałam się z siebie w duchu. No naprawdę.
Widziałam kobietę jadącą na rowerze, czułam wiatr, zimno, bilet ściskany w dłoni
- ale jakoś…’’słabo’’. Nie na tyle prawdziwie, żebym nie zaczęła być tym faktem nieco rozbawiona. Czułam się jak..? Ja wiem, jak w grze, jak w filmie, jak w śnie.
Samą siebie też odczuwałam nikło.

Słońce świeciło pięknie. Błękitne niebo naznaczone bielutkimi chmurkami  a tramwaj podjechał zaraz po tym jak przyszłam na przystanek – bajka.
Opowieści o pierwszych Słowianach kołysały mój zmęczony umysł. Ciepłe spojrzenie zafascynowanego wykładowcy budziło i motywowało do słuchania.  To było dobre 1,5 godziny.
Na szczęście tylko 1,5 – obawiam się, że podczas większej ilości po prostu nie dałabym rady funkcjonować na trybie włączony. 

Wróciłam do domku ululana słoneczkiem i całą tą nieziemską aurą. Położyłam się spać.
Serce co prawda dudniło tak, że miałam wrażenie, że cała podskakuję ale odpłynęłam i to jest najważniejsze.Jutro pójdę do lekarza. Katar, ból gardła, gorączka - mimo, że fundują mi niesamowite wrażenie nierzeczywistości, w nadmiarze zdecydowanie męczą.

Oby dzisiejsza noc trwała w zaśnięciu do samego rana,
śpijmy dobrze.

4 komentarze:

  1. Wiem. Jestem 'elementem' który powinno się wykluczyć ze społeczeństwa. Jeśli przytakniesz to mnie nie zdziwi, ani nie rozzłości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zostaw. Tak dla Ciebie chyba będzie najbezpieczniej. Ta straszna prawda ominie Cię łukiem. Szerokim.

    OdpowiedzUsuń
  3. W porządku, w porządku... Dziękuj bogu w takim wypadku. Ale jeśli jakoś Cię rażę (?) to dlaczego zaglądasz w moje nieprzychylne progi?

    OdpowiedzUsuń
  4. I ta ciekawość jest odpowiedzią. Choć nie w pełni satysfakcjonującą.

    OdpowiedzUsuń