sobota, 25 lutego 2012

Brak rozdygotu.

W głowie szumi ocean cały chyba. Świadomość wyrywa się z pęt trzeźwego umysłu, szarpie się jak pies na uwięzi a ja mam coraz mniej siły, żeby stawiać jej opór.
Zmyłam z siebie zapach tytoniu.                         
Zmyłam z siebie całą tę nieprzyjemną pogodę.
Zmyłam z siebie ten dzień, choć był dniem dobrym.
Sporo tych dobrych ostatnio.
Zaskakująco sporo.
Wchodzę do pokoju chwilę po północy. Rozpierdziel. Koszulki, spodnie, bluza  rozbebeszona- na samym środku biurka.  Rzucam torbę, otwieram okno coby wpuścić trochę powietrza.  Siadam i czekam. Na falę wyrzutów, narzekań, czegokolwiek. Cisza. To też mnie dziwi.  Choć i to moje zdziwienie jakieś jest stonowane, brak rozdygotu. Miła odmiana.
Co to oznacza?
Chyba rozpoczął się proces kształtowania się czegoś nowego, gdzieś tam...
w środku tego, co mnie definiuje. To tylko przypuszczenie. Za dzień, dwa, za godzin kilka mogę dojść do wniosku, że guzik prawda a ja nadal jestem jak ten fotel bujany, w swoim rozhuśtaniu przewidywalna i nudna.

3 komentarze:

  1. Miałam wrażenie, że opisujesz mój pokój ;) Ten z domu, bo w mieszkaniu mam względny porządek, gdyż nie mieszkam tam sama ;)
    Nie jesteś nudna. Rozhuśtanie nie może być nudne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. bałagan jest chyba niedzowny dla wielu pokojów młodych ludzi! :)
    zmiany, zmiany - o jak przyjemnie się przekształcać na lepsze, prawda?

    OdpowiedzUsuń