poniedziałek, 30 stycznia 2012

Poniedziałek, 30 stycznia 2012

„Hey you, hey you, Devil`s little sister…”
Budzik nieubłagany dryndoli o 11.00. Wyłączam go,  patrzę na nieodebrane połączenie. Konto zablokowane, nie oddzwonię. Wstaję, odsłaniam okno. Słońce. Nie uśmiecham się, dlaczego? Cieszy mnie, bo przecież szarówy i pluchy nie znoszę, ale szału ni ma jakoś. Brak nastawienia. Co chciałabym robić, czego nie? - cisza.
Myślę, że dopiero mróz orzeźwi trochę cały system bycia Łucji C.

Kawa ostatnio nie smakuje tak dobrze, a wczoraj wcale nie przewartościowałam swojego życia. No i nie pamiętam co mi się śniło.
[Horoskopy są do bani.]

piątek, 27 stycznia 2012

Mrs. // "listen to your twisted transistor"

Wpadła do mieszkania jak huragan, nie zamknęła drzwi, nie zdjęła butów, w trzech susach przemierzyła pokój, na ziemię rzuciła torbę, z łóżka szarpnęła plecak. Szybko przepakowała zawartość. Nie zauważyła nawet, że siedzę przed laptopem i z miną totalnego nieogarnięcia patrzę jak się miota. Kaszlę cicho, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Podskakuje jak oparzona, patrzy na mnie przestraszona, te jej oczyska lśnią najpierw zaskoczeniem, potem – radością.
-Ale mnie przestraszyłeś..! – podbiega do mnie, siada mi na kolanach i całuje mocno w usta. Dziwnie się czuję, ostatnio mieliśmy przecież mały kryzys, tymczasem…hm nie ukrywam, że mi się podobało. Zalała mnie fala gorąca. Złapałem ją w talii mocno, rozluźniła mój uścisk
- Bardzo się spieszę, za chwilę mam spotkanie w sprawie tej imprezy, którą organizuję w Zakątku. Chyba znalazłam konkretnego sponsora, jadę omówić z nim szczegóły, w mailu napisał, że ma mnóstwo pytań – Mówiła szybko, uśmiechała się pełną gębą.  Dawno nie widziałem w niej tyle energii. Cała wrzała. Miałem ochotę zatrzymać ją taką dla siebie. Przez chwilę ogarnęła mnie idiotyczna zazdrość o tego całego sponsora. O cały świat, do którego zaraz mi ucieknie. Nie pamiętam nawet co powiedziała na koniec, chyba: -„naprawdę muszę już iść ‘’ – albo coś w  tym rodzaju. Wybiegła, zarzucając na głowę kaptur swojej szarej bluzy. Wyglądała jak jakiś tajemniczy wojownik o nadludzkich zdolnościach.
Oczywiście, nie zamknęła za sobą drzwi. Ja też nie chciałem tego robić. Nie chciałem zamykać za nią a zwłaszcza – przed nią, drzwi.
Znowu nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Potrafiła wprowadzić moje uczucia w wirowanie na najwyższych obrotach. Wiem, że kieruje się impulsem.  Czasem te impulsy doprowadzają mnie do szału, ale dzisiaj postanowiłem zrobić jak ona – pójść za wewnętrznym tchnieniem. Ubrałem się, wyszedłem z mieszkania. Dzisiaj mam zamiar zabrać ją po tym jej całym spotkaniu na spacer. Nad rzekę? Nie wiem. Nie wiem co zamierzam, chcę się z nią zobaczyć. Chcę być.
 Znowu poczułem ten ogłupiający magnetyzm.
Znowu byłem w stanie zrobić dla niej wszystko.

wtorek, 24 stycznia 2012

Mr

W każdym calu niebanalny,
ciut wulgarny,
nienachalny.

Dziarskim krokiem przemierza każdy dzień, od przebudzenia
aż do zaśnięcia, swobodnie kierując pojedynczą chwilę na stan zwany radością. Z dłońmi wbitymi w kieszenie, zasłuchany w miejską muzykę
i rytm własnych myśli, pokonuje drogę od celu, do celu.
Bez zatrzymywania się, bez spięcia. Ot tak, po prostu.
Bogaty łatwością radzenia sobie, szczęściarz jakiego świat nie ogląda zbyt często, ekscentryk? Może troszkę. Artysta? Kreatywność jest synonimem jego osobowości.
Za wesoło świecącymi oczami, kryje swoje tajemnice. 
Czasem wysyła je gdzieś w przestworza, patrząc nocą w gwiazdy.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Wieczory w blasku lamp.

Pomarańczowe światło przydrożnych latarni przeziera przez drobny pył. Ulica to śnieżna pustynia, płynąca z prądem wiatru. Na wskroś niej, zakapturzona postać. Zahartowana w swojej odrębności, nie w pełni szczęśliwa i nie rozpaczająca. Dusicielka delikatnych kwestii. Morderczyni subtelności.  Śnieg pada jak martwe wizje. Zalega na drogach, jak pytania pozostawione bez odpowiedzi.

***

Czasami udaje mi się udawać, że oddycham lepszym powietrzem. Czasem zadowalam się tym niezmiennym kawałkiem przestrzeni
- jak więzień deptakiem. 
Powtarzam, że nie jest źle i w zasadzie – czy mogę zaprzeczyć..?

piątek, 20 stycznia 2012

Człowiek w cylindrze. Tyle hałasu o jagody..?

Idzie za mną człowiek w cylindrze. Skąd wiem? Widzę go wyraźnie w odbiciu, na ekranie telefonu.
- Elegancki sprzedawca jagód.
Kupiłabym je do koktajlu, gdybym tylko miała odwagę się odwrócić i odezwać do tego wręcz nieludzko wysokiego osobnika. Jego cień wybiega daleko, daleko przed mój. Podłużny i złowieszczy. Kątem oka widzę, że jest ubrany w szary garnitur i fioletowy krawat.  Szary cylinder obszyty fioletową wstążką. Słój niesie w lewej, wyjątkowo długopalczastej dłoni.  Myślę, że byłby zdolny dotknąć swojego mózgu przez nos. Ciekawe jakiego koloru są jego oczy. Dlaczego wciąż za mną idzie? Przemierzam parkowe alejki, aż w końcu zbieram się w sobie i z sercem bijącym jak młot pneumatyczny, siadam na jednej z ławek. Zaciskam pięści, - bez walki się nie dam!
Jestem święcie przekonana, że Człowiek w Cylindrze za chwilę się przysiądzie i po psychologicznej torturze, zrobi mi krzywdę ze skutkiem śmiertelnym.
Siedzę i czekam,  przygotowana na dziwaczną śmierć w ramach odpokutowania za wszystkie drobne manipulacje i przewinienia.
Człowiek w Cylindrze idzie dalej obojętnie. [?!] Jestem zaskoczona i oburzona. W pierwszym odruchu wkurwiam się, że tak mnie zignorował. Po co tak długo za mną łaził, skoro nawet nie zechciał poświęcić chwilki na to, żeby mnie zabić. Co za zniewaga… Po chwili jednak dociera do mnie szereg plusów dalszego życia. Zachęcona niespodziewaną nieśmiercią, ruszam w ślad za chudzielcem. Skoro nie jest wysłannikiem Szatana i nie zabierze mnie ze sobą do Piekła…chcę wiedzieć dokąd zmierza.
Jego kościsty tyłek zdaje się w ogóle nie istnieć.
Te spodnie chyba idą same, wypełnione powietrzem. Stuka czarnymi, lśniącymi butami o kostkę ścieżki. Wchodzi do zaniedbanej części parku. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Idę dalej, uparcie. Człowiek w Cylindrze zaczyna schodzić ze ścieżki,  robi slalomy pomiędzy drzewami i krzakami.  Myślę sobie – zboczeniec!  Zatrzymuję i patrzę jak daleko idzie. W końcu znika mi z oczu, zasłonięty roślinami i zmrokiem, który właśnie zdążył zapaść.
Odwracam się i…widzę go do naprzeciwko siebie. Minę ma nietęgą. Usta w podkowę, głębokie zmarszczki. Zaciska siną dłoń na tym cholernym słoju jagód [bo to jagody…tak?]
Zaniemówiłam. Czekałam aż się odezwie. Już teraz nie ma[m] wyjścia. Stoi i patrzy jak przerażenie powoli odbiera mi zdrowy rozsądek. Odzywa się zanim adrenalina ma szansę zmotywować mnie do działania.
- Nie dzisiaj. – ma tak ochrypły głos, że dopiero po chwili dociera do mnie znaczenie słów.
- C..co nie dzisiaj..?- ja z kolei  piszczę jak psiak.
- Dzisiaj cię nie poczęstuję!! – krzyczy, wybucha śmiechem głośnym, diabelsko histerycznym. Zerwał się wiatr, cylinder odleciał. Oczy chudzielca są przerażająco żółte i złowrogie. Zęby – ostre. Jakby miał wyłącznie kły. Coś okropnego. Cofam się odruchowo, potykam się i upadam na ziemie. Zamykam oczy, zasłaniam twarz.
Gdy je otwieram, obok siebie widzę pusty słój. Wiatr ucichł, jakiś chłopak pomaga mi wstać.
Robię głupią minę, gdy pyta czy wszystko w porządku.

Tyle hałasu o głupie jagody? Ja przecież nawet nie miałam na nie ochoty…

środa, 18 stycznia 2012

I mogłaby umrzeć,
usatysfakcjonowana zmęczonym ciałem,
upojona brakiem siły.
I mogłaby zasnąć,
wtulona w ciepły rękaw swetra;
odpłynąć w czerń, daleko.
I mogłaby zniknąć,
pozytywnie zapamiętana przez gro osób;
wspomnieniem  stawać się i cieniem uśmiechu.
I mogłaby…
Ale serce bije zbyt szybko, zbyt mocno.
Życie tętni uparcie w fanatycznej rywalizacji ze Śmiercią
- o każdy dzień, każde tchnienie.
Walczymy.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Północne.

Zniechęcenie to nienajlepszy kandydat do łóżka.
A jednak, dzisiaj ze zniechęceniem spać pójdę.
Nie lubię uczyć się treści, których nie ma.
Podziały, pojęcia, klasyfikacje, drzewka, wykresy, tabelki…
Na drzewko to ja mogę wejść i zjeść tabelekę...tabliczkę czekolady, którą pojętnie sklasyfikuję jako smaczną i podzielę, coby osłodzić podniebienie jakiejś markocie.

Dwie markoty.
Na drzewie. Jak sowy.
Pohukują?

piątek, 13 stycznia 2012

Przedsen.

Zanim zasnęli, odwróciła się w jego stronę i szepnęła :
- czasem się boję…
Poczuł dreszcz. Zaniepokoiło go to. Zastanawiał się, czy ona już śni, czy jest jeszcze przytomna.
- czego się boisz, skarbie?
Chwila ciszy. Myślał, że nie odpowie, ale jednak z wyczuwalnym w głosie wysiłkiem :
- boję się, że to wszystko jest sztuczne.
Wsparł się na ramieniu, spojrzał w jej twarz. Było ciemno, ale widział, że ma zamknięte oczy.
- co masz na myśli?- pogłaskał ją delikatnie po policzku.
Już spała.
Pocałował ją w czoło. Długo nie mógł zasnąć. Śledził jej oddech.

Może coś napiszę?

Prowadź, wodzu!
Okej, może coś napiszę? Na biurku nieład, gdzieś tu były dwa rozpoczęte opowiadania…moment, są. Jedno jest nawet skończone. Patrzę na nie chwilę zanim zaczynam czytać. Pisane na szybko, ołówkiem. Nierówne rzędy zmęczonych literek. Było późno. Szaro-biała treść. Co w niej? Czytam po kilka zdań. Jeszcze nie jestem do nich przekonana. Pierwsza historia mi się podoba, jest inna niż wszystkie dotychczasowe, narratorem jest dla odmiany mężczyzna. Ciekawe doświadczenie. Musiałam pilnować końcówek, spróbować myśleć po męsku. Nie wiem na ile mi się to udało. Kiedyś je opublikuję, na razie niech jeszcze dojrzewa.
Patrzę na resztę przedmiotów, próbuję chwycić się któregoś. Wzrok przyciąga chyba najbardziej torebka gum do żucia. Intensywnie niebieska na tle lekko błękitnego piórnika. Opakowanie XXL, Orbit peppermint [33 drażetki].
Dwie z nich właśnie memłam.
Telefon, słuchawki, aparat.
Nic nie wywołuje fali pomysłów. Niedobrze.
Wracam do hasła.
Prowadź, wodzu.
W telefonicznych notatkach tkwi tekst półprzytomny, bo pisany wczoraj tuż przed snem :
Prowadź, wodzu obłędu. W szaleju impulsów utop mnie bez skrupułów.
W migocie dnia i nocy. W splocie alegorycznych zdarzeń, w przepychu wrażeń. Prowadź, wodzu zapomnienia, w znieczulicę wspomnienia,
 nad skraj przepaści
prowadź mnie, bez zwątpienia.
Wplotę się we włosy wodospadu po raz kolejny.
Będę spadać, ciężkością ciała zniewolona
- dusza nieważka.


Szkoda, że nie stworzyłam niczego przełomowego,
brak zdecydowanego impulsu.
Wszystkie są jakieś niepewne ;)

czwartek, 12 stycznia 2012

Czwartek, 12 stycznia 2012r.

Gwałtowne i chwilowe, na szczęście.
Powracające - ale tym będę martwiła się później.
Dzisiaj czwartek, upragniony koniec tygodnia.
Okej, do przodu.
Lubię się śmiać.
Lubię Wasz śmiech.

''Co tam, kurde?''

środa, 11 stycznia 2012

I znowu, nagle
spłynęło do przegubów
w nadgarstkach czuję,
niezdolność,
nieodporność,
niemożność.

W środku dnia klasyczny odwrót.
W środku dnia,
ciemnoszarość.
A ten wiatr, ta mgła…
Nie widzę światła.

I znowu, nagle
spłynęło do klatki piersiowej
w sercu mam,
zimno,
gorycz,
wilgoć.

Nie znam recepty na szczęście.
Nie mam przepisu na codzienność.
Nie pokieruję Twoim krokiem, swój gubię zbyt często.
Okryję się kocem, ucieknę w sztuczne ciepło, zagłuszę muzyką
szum krwi.

piątek, 6 stycznia 2012

Póki-póty.

Wstałam gdy za oknem było szarawo, co oznacza jedynie tyle, że wstałam za dnia, bo różnica natężenia światła o poranku, w południe i popołudniu jest raczej znikoma.  Kategoryczną zmianę wprowadza wieczór – ciemność. Wtedy natężenie światła spada do zera.
Wsunęłam stopy w miluchno włochate kapcie, - podarek typowo Klarysowy ;) – i zeszłam na dół, przywitać dzień kaktusową herbatą.
Potem poszło już szybko. ‘’Literatura średniowiecza’’ Tadeusza Witczaka, koncentrujące treść w zdaniach kilku, notatki i kubek za kubkiem – herbaty, a raz nawet kawy.
Oczka zmęczone, katar wysyłany do stu …chusteczek, cykliczne zagubienie wątków i powroty do treści raz już czytanej.  Ile wiedzy z tej pseudonauki pozostanie gdzieś w przestrzeniach mojego umysłu? Bóg raczy wiedzieć.
Do zrobienia dużo i jeszcze więcej, ale nie szkodzi. Widać stany podgrypowe służą mi przynajmniej wyciszeniem nerwów. Na razie jestem spokojna.
Co będzie to będzie, słoń wciąż gra na ukulele, Oskarajn pierdzieli trzy po trzy, Sandrajna ma cicacho a Mączka – patronka Stycznia robi satana ponad wszystkimi czerwonymi wykrzykniczkami,  którymi ów miesiąc jest usiany.
Póki pewne prawidłowości są w normie [paradoksalnie, prawidłowościami są wywołujące śmiech, ale bądź co bądź, odchylenia od norm], póty  ‘’jakoś to będzie’’.

środa, 4 stycznia 2012

Kogoś tu brak.

Kogoś tu za dużo, kogoś brak
-gdzie jestem, co znowu nie tak?
Patrzę w szaro-bure zaoknie,
patrzę w szarobure swoje wnętrze
patrzę w spojrzenia nieostre
śledzę wspomnienia bezwonne
spłonęły
spłonęło
spłonęłam
Gdzie-? Kim-? Co dalej?
Przy kawie wolałabym mieć dwoje rozumiejących oczu w pobliżu
Przy kawie chciałabym mieć, mentalność podobną, bliską.
Kogoś tu za dużo, ale jeszcze bardziej - kogoś tu brak.

Dupiate noce sztuk dwie.


‘’Znowu nie chce się spać, bo po co nam sen? Cudowna jest noc, niech wstanie już dzień.’’
Co za bzdura.
Wolałabym spać, to pewne jak bum-cyk-cyk, tymczasem nic  z mojego ‘’wolałabym’’! Już drugą noc z rzędu zaliczam do dupiatych i mam tylko nadzieję, że to szybko minie, że dzisiaj już jak się położę, tak zasnę i spać będę do samego rana, że to nie powrót bezsenności…
Kocham spać, kocham śnić. Odkąd mogę to robić bez problemów i zakłóceń, czuję się fizycznie lepiej. No i nie choruję. Kiedy ostatnio? Nie pamiętam. Wszystko kończy się, jeśli w ogóle się zaczyna, katarem ewentualnie bólem gardła. Nie leżę półprzytomna, nie ciągnie się to w nieskończoność.  Zatem oby moje dupiate noce już nie wracały.
[Czy pobożne życzenie Ł, zostanie wysłuchane? Odpowiedź poznacie w kolejnych odcinkach..!]
Ech, skoro już się obudziłam i generalnie jestem w stanie aktywności, chyba wypadałoby to wykorzystać do prostego, fundamentalnego dla każdego poranka celu – kawy.
A później?
Później…
Później się zobaczy.
Na dworze chyba wietrznie i na bank nieprzyjemnie.
Nie lubię się za takie wpisy, naprawdę. Następny post będzie już 'bardziej'.
 ***
Kładę się spać – postanowiła sobie stanowczo, zamknęła laptop, zgasiła światła…ostatnia wędrówka do łazienki, siku, tup-tup z powrotem, położyła się. Na wznak. Twarzą zwróconą ku sufitowi. Zamknęła oczy, próbowała się wyciszyć. Milionom wątków nieminionego jeszcze dnia, akurat wtedy zachciało się zaatakować, wrócić, pomęczyć. Na wspomnienie niektórych z nich, ogarniała ją przemożna chęć śmiechu. Nie mogła się opanować! Zachichotała w poduszkę, wzięła głęboki oddech i znowu, jeszcze, raz … panie i panowie! Ciemność widzę, pora spać!
Długo jej się ta sztuczka nie udawała.  W końcu zaczęła zastanawiać się, czy jej teoria co do nieprzespanych nocy, tym razem też się potwierdza. Wymyśliła sobie bowiem kiedyś, że nie śpi tylko w sytuacji, gdy na scenę uczuciową wkraczają z całym swoim urokiem czy też jego brakiem, nie kto inny, a faceci [zaznaczyć w tym momencie należy, że na ów scenę niełatwo było się dostać!].
Przyjrzała się pod tym kątem ów wątkom, - zgadzało się.
Nie pozostało jej nic innego niż tylko przemyślenie tematu.  W końcu, zirytowana brakiem konkretnych wniosków i całą rozlazłością sytuacji, mruknęła – niech ich wszystkich szlag…- przekręciła się na bok i nareszcie udało jej się zasnąć.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Poniedziałki z reguły są mętne.


Poniedziałki z reguły są mętne.
I nie wiem od czego to zależy, ale tak jest rzeczywiście, czy spędzam je w domu, czy gdziekolwiek indziej. Poniedziałki po prostu są mętne.
Mimo wszystko są to pierwsze dni reszty mojego życia i kolejnego tygodnia.
Zatem wstałam. Chyba w samo południe, nie pamiętam dokładnie.
Byłam na długim spacerze, szłam swoimi ścieżkami, do miejsc, których przez jakiś czas unikałam. Nic się tam nie zmieniło. Spokój, cisza. Dwie sarny przecięły mi drogę, pies stał jak zamurowany. Zaskakujące, że nie rzucił się za nimi w pogoń. Zwykle to robi.
Na progu domu znalazłam zdobycz kota – głowę sikorki. Najwyraźniej chciał się nią pochwalić.
‘’ Usilnie próbował wnieść ją do domu’’.  Zaskoczył mnie. Niezły początek roku, kocie!
Obudził się w nim nagle instynkt łowcy. Instynkt ten na szczęście w domu pozostaje w fazie uśpienia. Rozciągnął się ten mój łowca na całej długości mojego tułowia, głowę opierając na moim lewym ramieniu, łapy wyrzucił gdzieś dalej, trzymając je praktycznie w powietrzu.
Szczęśliwy, że w domu są nareszcie tylko domownicy, ululany polowaniem i niebieskością zapadającego zmroku.
Nie oszukuję.  Gapiłam się w okno niekrótką chwilę, zauroczona – choć nie wiem, czy to do końca odpowiednie słowo, - szarym błękitem zalewającym świat za oknem. Wszystko wyglądało tak, jakby moje szyby były barwione. A nie są, ręczę Wam za to.
Zapadający zmrok ma kolor niebieski,
Kocie oczy są żółto-zielone,
A krowa-brelok, łaciata.
Poniedziałki są mętne. Mimo wszystko są to pierwsze dni reszty mojego życia, i kolejnego tygodnia.
Blizna na brzuchu swędzi od czasu, do czasu.

niedziela, 1 stycznia 2012


Naprawdę nieczęsto zdarza mi się kasować trzykrotnie rzędy zdań wystukanych w edytorze.
Dzisiaj się zdarzyło.
Nie wniosę nic.
Miłych wieczorów i tak dla odmiany – przespanej nocy. ;)