czwartek, 15 grudnia 2011

Piwonia.


Kwiat nocy rozwinął już swoje senne płatki. Piwonia. Noc była lśniącą księżycowym blaskiem piwonią. Pachniała milczeniem i miarowymi oddechami. Jej zapach działał różnie, na różne umysły.
Zupełnie nie działał tej nocy na umysł Kai, i choć wdychała go głęboko, wprawiając tym samym, swoje kształtne piersi w rytmiczne falowanie, nie był w stanie ukoić jej nerwów.
Czekała.
Elektryczny zegarek stojący na szafce nocnej, pokazywał, że było trzydzieści minut po pierwszej w nocy.
Nasłuchiwała.
Dom był cichy. Dom już spał.
Usiadła na łóżku, postawiła stopy na panelach i po raz tysięczny przeanalizowała swoje zamiary. Od tygodni była nieustannie spięta, przepracowane mięśnie bolały wkurwiająco, przemęczenie odbierało zdrowy rozsądek.
Było blisko, bliziutko, bliziuteńko.
Należało coś z tym zrobić.
Wyszła z pokoju, pospiesznie przemierzyła krótki korytarz, usilnie nie patrząc na żółte drzwi i obrazki wiszące na ścianach. Zacisnęła pięści, zacisnęła zęby, dotarła do przedpokoju. Z półki zgarnęła klucze, trzymając je mocno w dłoni, żeby nie brzęczały.
Szła szybko i cicho.
W przedpokoju zarzuciła kaptur na głowę, włożyła kurtkę i wygrzebała z dna szafy stare, poczciwe adidasy.
…dlaczego ich nie wyrzucisz? My nie możemy chodzić w zniszczonych butach!
Zasznurowała je energicznie.
Wyszła.
Kot sąsiadów siedział na jednym ze słupków ogrodzenia i gapił się na nią swoimi wszechwidzącymi i wszechwiedzącymi, wielkimi ślepiami. Pod ciężarem tego spojrzenia, przez chwilę czuła się niezręcznie. -To tylko kot głupia, stara babo…-mruknęła do siebie i wsiadła do samochodu.
Wszystko czego potrzebowała, było już w bagażniku.
Jechała bardzo szybko, licząc na to, że żaden pijaczyna nie będzie miał przyjemności skończyć żywota pod kółkami jej wozu.
Jechała asfaltową drogą, biegnącą pomiędzy ścianami lasu iglastego.
Po jakiś 25 km, droga zaczęła marnieć, przechodząc z asfaltowej, w żwirową a potem w iście polną, która de facto wiodła przez i w głąb polnych krajobrazów.
Gdzieś na jej poboczu, kiedyś stał dom. Przy nim prosperowało[ kiedyś] całkiem spore gospodarstwo pradziadka, a potem dziadka Kai. Teraz stały tam ruiny domu, gospodarstwo dawno przestało istnieć.
W ciemnościach prawie ominęła to miejsce.
Wysiadła z samochodu. Otworzyła bagażnik, wyjęła z niego torbę, z której wysypywały się kartki. Szkice. Kopniakiem wyważyła nadpróchniałe drzwi. Wrzuciła wszystko do środka. Wróciła po resztę.
 I tak kilkakrotnie. Wracała, wrzucała, wracała...Szkice, książki, pudełka, pamiętniki.
Wszystko leżało w bezładzie na drewnianej podłodze starego kiedyś-domu.
Z samochodu wzięła też butelkę wódki. Pociągnęła najdłuższy łyk jaki potrafiła i patrząc na wszystko, czego tak nienawidziła, powiedziała głośno:
-Mam dość.
Tak zaczęła rozmowę ze ścianami. Mówiła do nich. Mówiła głośno to, o czym myślała. Kopała kartki, deptała kartki, chodziła po kartkach, biegała po kartkach. Zaczęła krzyczeć, potem wrzeszczeć, szarpać, targać, płakać w furii.
Chwiejnym krokiem poszła do samochodu, żeby włączyć muzykę. Miała w tym swoim autku naprawdę niezłe głośniki, robota jej przyjaciela – mechanika. Włączyła płytę Slayera. O taaak. Włączyła ją i zaczęła tańczyć, szalony, obłąkany taniec desperata. Rzucała się. Przewracała, obijała, znowu płakała. W którymś momencie, chichocąc histerycznie, złapała kanister benzyny i zaczęła rozlewać ją dookoła, kręcąc się wokół własnej osi, dopóki nie upadła. Było jej niedobrze. Zwymiotowała. Zarzygała materialne dowody ciężaru tajemnic, który dźwigała codziennie na swoich barkach, artefakty myśli, które nie dawały jej spokoju i wszystkie swoje koszmary.

Wstała, wyciągnęła z kieszeni zapałki…
***
Dom płonął. Obserwowała jak ogień wspina się po lichej konstrukcji. Słuchała jak drewno trzaska pod wpływem nieubłaganego żywiołu.
Zastanawiała się, co powiedziałby na to Dziadziuś…Dziadziuś, który przecież też miał swoje sekrety. Dziadziuś, który był żałośnie słaby, dlatego wyżywał się na rodzinie. Dziadziuś, który trafił do zakładu psychiatrycznego. Z małą pomocą.
-Nie musisz dziękować, dziadku. – powiedziała do płonącego domu i przekręciła kluczyk w stacyjce.
***
Czuła się lepiej. Po wejściu do domu, do razu przeszła do łazienki. Gorący prysznic pomógł jej zmyć z ciała smród dymu i alkoholu. Wyglądała jak śmiertka, co nawet trochę ją bawiło, ale tylko przez chwilę. Przypudrowała twarz, wysuszyła włosy.
Usiadła przy kuchennym stole. Była 6.00. Włączyła notebooka, przejrzała pocztę, poszperała w internetowych nowinkach. Ok 7.00 wstawiła wodę na herbatę. Cały czajnik.
I poszła do żółtych drzwi. Tym razem nie chciała ich uniknąć, tym razem obejrzała nawet wszystkie obrazki, które wisiały na ścianach. Tosia lubiła rysować morskie stworzonka, Olek – wyścigi samochodowe.
Uśmiechnęła się do tych dziecięcych dzieł sztuki.
Weszła do pokoju. Dzieciaki spały jak aniołki. Tośka wyciągnęła ręce gdzieś za głowę,  twarz miała zakrytą miękkimi, falowanymi włosami. Olek zrzucił kołdrę, a poduszkę jakimś cudem wyeksportował pod stopy. Kaja uśmiechnęła się na ten widok. Okryła łobuza, pocałowała go w czoło i szepnęła wprost do ucha – pora wstawać, książę.
Tak samo obudziła Tosię z tym, że ją nazwała księżniczką.
***
Ok 9.00 zadzwoniono do niej z komisariatu, informując o pożarze. Wyraziła zmartwienie, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie jest żądna krwi i nie domaga się śledztwa.

4 komentarze:

  1. Jejku Łucka nienawidzę Cię za to! Znaczy się za to, że nie dokańczasz nigdy tych historii. Zaczynają się super, wciągają i... i dupa bo końca nie widać! No uduszę cię kiedyś za to! :P

    Mączka! ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja z kolei lubię takie niedopowiedziane historie.
    Jak napiszesz kiedyś książkę, to żądam egzemplarza z autografem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ona nie napisze książki, chyba, że będzie to zbiór wstępów do opowiadań :P
    Łucja, zepnij się w sobie i napisz mi coś jeszcze:D

    Mączka ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Działasz na wyobraźnię. Kojąco.

    OdpowiedzUsuń