piątek, 30 grudnia 2011

Moje kolory.

Płynęły po ulicach, wąskimi strumieniami,
wpadły do nabrzmiałej kałuży
a potem razem z wodą przemieszane,
spadały kaskadami
przez kratkę kanalizacyjną,
do kanałowych odmętów.
Moje kolory.

Wiem, wiem - świat nie kończy się tak łatwo.
Zasypiam z dziwnym uczuciem, śnię o pogoni, której nie widać,
o jakiejś walce na piórka chyba, bo wszystko jest takie delikatne.

W gruncie rzeczy, wszystko jest dobrze.
W gruncie rzeczy... cicho, to nieistotne.
Dajcie mi chwilę samotni, łyk nieduży, godzin kilka.
Będzie okej, będzie znośnie.

czwartek, 29 grudnia 2011

Niebieskookie chochliki.
Kawa, kawa, kawa!
Dużo tu wszystkich,
a jak już nie ma nikogo,
to i ja się odnaleźć nie potrafię, o.
Długopis ma czerwoną zatyczkę,
a każda książka, co najmniej setkę stron.
I co?
I nic!

Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się
Tego potwora zielonookiego,
Co pożerając ofiarę – z niej szydzi.

(William Shakespeare, „Otello”, akt III)

piątek, 23 grudnia 2011

Grudzień 2011r.

Trochę tu, trochę tam
biegam pomiędzy światami,
pomiędzy obowiązkami drobnymi lawiruję
jak baletnica.
[choć nigdy specjalnie zwinna nie byłam.
o uroku nie wspominając ;]
Czuję zapach grzybowej, i pierogi będę lepić, i już skrzyknęłam towarzystwo na święto pt. : Niespokrewnieni Najbliżsi Pod Jedną Choinką.
I cieszę się na to wszystko, chociaż myślę o XVwiecznej Francji, gotyckich katedrach i całej ich symbolice. Usiądę do wigilijnego stołu, żeby później uciec na Dziedziniec Cudów, żeby błądzić po paryskich uliczkach. Rano spojrzę na choinkę i pójdę na spacer, po leśnej, zaśnieżonej okolicy a potem będę szukać powiązań między średniowiecznym gotykiem a gotycyzmem, będę pisać o fenomenologii zjawiska, obiektywnie i bezpłciowo-bo tak trzeba, choć tak bardzo mi to nie w smak.
Za to w smak będą mi świąteczne obiady, rozmowy, śmiech.
To uwielbiam, tym się mogę rozkoszować
jak najlepszą na świecie, gorącą czekoladą.
Trochę tego, trochę tamtego...
W tym najbardziej rozleniwionym, beztroskim czasie, nie ma lenistwa.
Bo u mnie wszystko jest na odwrót.

Życzę Wam, moi wierni czytelnicy, koleżanki-bloggerki, kliko-stukacze,
zdrowych, wesołych, smacznych i przyjemnych świąt, hej! :)

środa, 21 grudnia 2011

Modrzew.

Mam taki świetny pomysł!
Wrócę do łóżka, będę spać.

nie, nie, nie.
Tak być nie może.
Bo wszyscy każą iść,
każą mi biec, gonić, wypełniać
dziwaczne obowiązki.
i te wszystkie cowypadajki.
bo to, bo tamto,
bo jesteś umówiona, bo tak się nie robi, tak nie można, bo tego-czy tamtego urazisz do głębi, bo co oni sobie o tobie pomyślą?!
-co oni sobie myślą?-
co myślą, jak śpiewają, czy potrafią tańczyć.
blablabla
Mam taki świetny plan...
przestanę marudzić, pójdę gdzie iść mam.
I wszystko znowu będzie dobrze.
  Dobrze, bobrze, modrzew.
Modrzew [?!]

Chyba powinnam stworzyć etykietę ''paplanina''.
Zatem, środa.
[choć jeszcze przed sekundą, byłam pewna, że poniedziałek.]

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Nie boimy się spać. Boimy się śnić.

Troszeczkę boimy się snów
- tych słów w obrazach.
Tych uczuć w wizji.
- tych wizji niestworzonych, tych treści niewypowiedzianych.
Tego, co było?
Nie, nie.
- My boimy się tego, co będzie.
Tego, co może być.
I tego, co jest
- ukryte.
Gdzieś w nas, daleko, daleko zepchnięte.
W podświadomości czeluściach
piętrzą się stosy tematów.

sobota, 17 grudnia 2011

Nie-huśtawka,


Nie wyrzuca do góry.
Nie nurza  w błocie.
Oscylacja codzienności zredukowana do minimum.
Stabilniej, i nudniej.
Jakoś…nieswojo.

czwartek, 15 grudnia 2011

Piwonia.


Kwiat nocy rozwinął już swoje senne płatki. Piwonia. Noc była lśniącą księżycowym blaskiem piwonią. Pachniała milczeniem i miarowymi oddechami. Jej zapach działał różnie, na różne umysły.
Zupełnie nie działał tej nocy na umysł Kai, i choć wdychała go głęboko, wprawiając tym samym, swoje kształtne piersi w rytmiczne falowanie, nie był w stanie ukoić jej nerwów.
Czekała.
Elektryczny zegarek stojący na szafce nocnej, pokazywał, że było trzydzieści minut po pierwszej w nocy.
Nasłuchiwała.
Dom był cichy. Dom już spał.
Usiadła na łóżku, postawiła stopy na panelach i po raz tysięczny przeanalizowała swoje zamiary. Od tygodni była nieustannie spięta, przepracowane mięśnie bolały wkurwiająco, przemęczenie odbierało zdrowy rozsądek.
Było blisko, bliziutko, bliziuteńko.
Należało coś z tym zrobić.
Wyszła z pokoju, pospiesznie przemierzyła krótki korytarz, usilnie nie patrząc na żółte drzwi i obrazki wiszące na ścianach. Zacisnęła pięści, zacisnęła zęby, dotarła do przedpokoju. Z półki zgarnęła klucze, trzymając je mocno w dłoni, żeby nie brzęczały.
Szła szybko i cicho.
W przedpokoju zarzuciła kaptur na głowę, włożyła kurtkę i wygrzebała z dna szafy stare, poczciwe adidasy.
…dlaczego ich nie wyrzucisz? My nie możemy chodzić w zniszczonych butach!
Zasznurowała je energicznie.
Wyszła.
Kot sąsiadów siedział na jednym ze słupków ogrodzenia i gapił się na nią swoimi wszechwidzącymi i wszechwiedzącymi, wielkimi ślepiami. Pod ciężarem tego spojrzenia, przez chwilę czuła się niezręcznie. -To tylko kot głupia, stara babo…-mruknęła do siebie i wsiadła do samochodu.
Wszystko czego potrzebowała, było już w bagażniku.
Jechała bardzo szybko, licząc na to, że żaden pijaczyna nie będzie miał przyjemności skończyć żywota pod kółkami jej wozu.
Jechała asfaltową drogą, biegnącą pomiędzy ścianami lasu iglastego.
Po jakiś 25 km, droga zaczęła marnieć, przechodząc z asfaltowej, w żwirową a potem w iście polną, która de facto wiodła przez i w głąb polnych krajobrazów.
Gdzieś na jej poboczu, kiedyś stał dom. Przy nim prosperowało[ kiedyś] całkiem spore gospodarstwo pradziadka, a potem dziadka Kai. Teraz stały tam ruiny domu, gospodarstwo dawno przestało istnieć.
W ciemnościach prawie ominęła to miejsce.
Wysiadła z samochodu. Otworzyła bagażnik, wyjęła z niego torbę, z której wysypywały się kartki. Szkice. Kopniakiem wyważyła nadpróchniałe drzwi. Wrzuciła wszystko do środka. Wróciła po resztę.
 I tak kilkakrotnie. Wracała, wrzucała, wracała...Szkice, książki, pudełka, pamiętniki.
Wszystko leżało w bezładzie na drewnianej podłodze starego kiedyś-domu.
Z samochodu wzięła też butelkę wódki. Pociągnęła najdłuższy łyk jaki potrafiła i patrząc na wszystko, czego tak nienawidziła, powiedziała głośno:
-Mam dość.
Tak zaczęła rozmowę ze ścianami. Mówiła do nich. Mówiła głośno to, o czym myślała. Kopała kartki, deptała kartki, chodziła po kartkach, biegała po kartkach. Zaczęła krzyczeć, potem wrzeszczeć, szarpać, targać, płakać w furii.
Chwiejnym krokiem poszła do samochodu, żeby włączyć muzykę. Miała w tym swoim autku naprawdę niezłe głośniki, robota jej przyjaciela – mechanika. Włączyła płytę Slayera. O taaak. Włączyła ją i zaczęła tańczyć, szalony, obłąkany taniec desperata. Rzucała się. Przewracała, obijała, znowu płakała. W którymś momencie, chichocąc histerycznie, złapała kanister benzyny i zaczęła rozlewać ją dookoła, kręcąc się wokół własnej osi, dopóki nie upadła. Było jej niedobrze. Zwymiotowała. Zarzygała materialne dowody ciężaru tajemnic, który dźwigała codziennie na swoich barkach, artefakty myśli, które nie dawały jej spokoju i wszystkie swoje koszmary.

Wstała, wyciągnęła z kieszeni zapałki…
***
Dom płonął. Obserwowała jak ogień wspina się po lichej konstrukcji. Słuchała jak drewno trzaska pod wpływem nieubłaganego żywiołu.
Zastanawiała się, co powiedziałby na to Dziadziuś…Dziadziuś, który przecież też miał swoje sekrety. Dziadziuś, który był żałośnie słaby, dlatego wyżywał się na rodzinie. Dziadziuś, który trafił do zakładu psychiatrycznego. Z małą pomocą.
-Nie musisz dziękować, dziadku. – powiedziała do płonącego domu i przekręciła kluczyk w stacyjce.
***
Czuła się lepiej. Po wejściu do domu, do razu przeszła do łazienki. Gorący prysznic pomógł jej zmyć z ciała smród dymu i alkoholu. Wyglądała jak śmiertka, co nawet trochę ją bawiło, ale tylko przez chwilę. Przypudrowała twarz, wysuszyła włosy.
Usiadła przy kuchennym stole. Była 6.00. Włączyła notebooka, przejrzała pocztę, poszperała w internetowych nowinkach. Ok 7.00 wstawiła wodę na herbatę. Cały czajnik.
I poszła do żółtych drzwi. Tym razem nie chciała ich uniknąć, tym razem obejrzała nawet wszystkie obrazki, które wisiały na ścianach. Tosia lubiła rysować morskie stworzonka, Olek – wyścigi samochodowe.
Uśmiechnęła się do tych dziecięcych dzieł sztuki.
Weszła do pokoju. Dzieciaki spały jak aniołki. Tośka wyciągnęła ręce gdzieś za głowę,  twarz miała zakrytą miękkimi, falowanymi włosami. Olek zrzucił kołdrę, a poduszkę jakimś cudem wyeksportował pod stopy. Kaja uśmiechnęła się na ten widok. Okryła łobuza, pocałowała go w czoło i szepnęła wprost do ucha – pora wstawać, książę.
Tak samo obudziła Tosię z tym, że ją nazwała księżniczką.
***
Ok 9.00 zadzwoniono do niej z komisariatu, informując o pożarze. Wyraziła zmartwienie, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie jest żądna krwi i nie domaga się śledztwa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Znam odpowiedzi.

Choć do ideału dobra i piękna jest mi daleko i rzeczywiście - wcale do niego nie dążę ,nie jestem tak złą osobą, za jaką mnie masz.

Tuż przy tęczówce rozbryzg krwi, żyłki buuum!
Zdenerwowanie wznosi się do gardła z błahych powodów,
orientuje się, zanim rozbryźnie wokół
-jak farba, na paintballowym polu walki.
 Już nie zadaję pytań, znam odpowiedzi.
Od jutra.
Nowy dzień.
Nowy tydzień.
ZPINOM.

Luna.

Wielki i okrągły.
świecił mi prosto w okno, prosto w oko, wprost do głowy.
Przez chwilę widziałam w śnie Ozzego Osbourne`a.

piątek, 9 grudnia 2011

Przydziel mi kogoś na przeciętne wieczory, coby przeciętne być przestały.
Tadaaauuu!
Tom wymyśliła, hej!

środa, 7 grudnia 2011

Dobrra!

Sprawy przybrały nieco lepszy obrót, właściwie w ogóle, w obrót nareszcie wprawione zostały, jedna nieprzespana noc i tyle zmian w odbieraniu.
Zaskakujące.
Choć mimo wszystko, typowe.

Nieprzespana noc, potem duża, czarna, fusiasta, do fusiastej telefon, słów rozgrzewająco-motywujących kilka, obietnica drożdżowego pieroga [taak? czy znowu coś pokręciłam?] i ''hey-ho let`s go'' nagle wszystko zrobiło się na powrót nieskomplikowane.
Torba na ramię, słuchawki w uszy, Żamesowe ''what don`t kill ya make ya more strong'', Łucja nadchodzi!

Nadeszła, wskoczyła w dresik, z rozbawieniem stwierdziła, że po raz kolejny jest na tym swoim tenisie [ZIEMNYM! bez frajerstwa ;D] jedyną przedstawicielką płci piękniejszej i proszbarc pobiegała sobie trochę za zieloną piłką. W międzyczasie dołączyła koleżanka,[ której-imienia-nie-pamiętam] ale jak już zaczęło się grać z kolegą, tak  z kolegą się grać skończyło.
Rzucałam się na każdą, nawet absurdalnie lecącą piłką, nieprawidłowo, nie w polu, nieważne!
Zryw. Bieg. Odbicie. Zryw. Bieg. Odbicie. Zryw, bieg...obdarte kolano ale..ODBICIE! Hellyeah!

Na uczelni - plik notatek zeszłotygodniowych, jedno z dobrych dziewcząt wręczyło mi ksero, jutro będę to ogarniać.
[Jutro. Bo dzisiaj to już nieee.]
Wykład z filozofii...humor dopisywał, więc i wykład brzmiał jakoś ciekawiej.
Filozof: .. a więc człowiek jest najwyższym zwierzęciem.
Łucja : jak to najwyższym? A żyrafa?!

Ciężko mi było powstrzymywać się od ..uwaga!, trudne słowo made by San&Łuc ''podśmiechujkowania''. Uff.-dałam radę.

''So what now, where go I...?''
Tego w dalszym ciągu nie wiem, ale to jest chwilowo nieważne. Znowu ucieknę, w salwy śmiechu.

Poważne podsumowanie, kilka autowniosków, zamknięcie gdzieś w umyśle pewnych gryzących kwestii- to mam za sobą. Na jakiś czas, dopóki nie wpadnę w nowe roztereczki, to wystarczy.
Dobrze.
Co robimy dzisiaj?
Co jutro?

I tym sposobem powracam do pewnego rodzaju normalności, i odpowiadam na pytanie InnaM ''a jak na studiach?'' ot, tak. Bieganiu za zieloną piłką oddaje się najbardziej.

Sandra - dzięki za zaciśnięcie moich pasów.
Melube- weekend jest nasz i niemamocnych.

A świąt nie czuję zupełnie.

Sokocola wciąż aktualna?

***
San: a co jesz na śniadanie?
Ł: tosty.
San: no jak to..?! :( ja przecież jadłam jajecznicę!
Ł: haha, jak Ty jesz jajecznicę, to ja też powinnam?
San: no wiesz, myślałam, że zadziała jakaś telepatia czy coś.

Telepatycznie do Ciebie zacieszam!

niedziela, 4 grudnia 2011

Uważaj na ''Malwy''.

* Jak w każdym opowiadaniu, w którym występuje Scott, kluczem do pełnego zrozumienia  jest książka S. Kinga ''Historia Lisey'' .

Spotkali się w ogrodzie, na tyłach jakiegoś domu. To pewnie był jego dom. Dom Scotta. Wyszedł z niego boso, ubrany w szary dres, z dwoma kubkami kawy w dłoniach. Czekała na niego na drewnianej ławce, ubrana w idiotyczną, kwiecistą sukienkę. Musiało być wcześnie rano, bo trawa
wciąż była zroszona, a powietrze tak charakterystycznie rześkie. Zgadywała, że jest lato.
Podał jej jeden kubek. Biały, bez wzorów.
- Znowu się spotykamy.
Spojrzała mu w oczy potwierdzająco. Upiła łyk kawy i od razu poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele.
W ogrodzie, oprócz pięknych kwiatów, wśród których dominowały smukłe lilie koloru pomarańczowo-czerwonego, rosło sporo drzew. Wierzby szumiały przyjemnie, przepuszczając światło słońca przez swoje drobno plecione warkocze. Magnolie i jaśmin czarowały zapachami.
Tym razem nie byli nad morzem, zastanowiło ją to.
- Scott, gdzie my jesteśmy?
- Ty pytasz o to  m n i e? – wyciągnął nogi przed siebie, twarz skierował do słońca, zamknął oczy. Wiatr bawił się jego długimi, falowanymi włosami, których kosmyk jak zwykle wydostał się z objęć frotki i opadł na białe czoło.
Wydał jej się starszy niż poprzednio.
- Dlaczego mam na sobie tę debilną sukienkę?
- Nie wiem. Taka wizja.
To było już trzecie zdanie, jakie padło z jego ust. W porównaniu do poprzednich spotkań, był nad wyraz wylewny.
Patrzyła w niebo poprzecinane wstęgami chmur wyglądającymi jak roztarta, biała kredka pastelowa.
W ślad za Scottem zamknęła oczy. Próbowała skupić myśli, zebrać odczucia. Nie widziała żadnych konkretnych sytuacji, nie dryfowała wśród wspomnień ani przeczuć. Tym razem na wierzch wylazły koszmary, strach... Słabość, przede wszystkim. Stała się żałosna i słaba. Co gorsze, trwało to dłużej niż w przypadku chwilowego spadku formy. Trwało to dłużej i już za długo. Przyszła tu po ukojenie. Nie czuła go.
I nagle coś w niej pękło. Rozpłakała się. Nie- pełną piersią.
Bez szlochów i spazmów. Rozpłakała się pojedynczymi łzami spływającymi po policzkach. Jedna po drugiej, zostawiały na jej twarzy mokre ścieżki
i spadały na szyję i w dekolt. Jedna po drugiej, szybciej i szybciej, aż schowała głowę między ramiona, które oparła na udach. Nie mogła tego powstrzymać.
Scott patrzył na jej drżące łopatki, na zaciśnięte w pięści dłonie, którymi obejmowała głowę. Pochylił się tak, że ustami prawie dotykał jej ucha, położył dłoń na jej plecach i zanim zniknął, powiedział tylko:
- Uważaj na ‘’Malwy’’.
Gdy nie rozumiem, tracę rezon.
Nie rozumiem niczego.