środa, 2 listopada 2011

Siedzę i kręćki wywijam.


Siedzę na przystanku i macham stopą.
Mrużę oczy i rozglądam się dookoła. Słonko rozświetla mi wszystkich doskonale.
Widzę panią w rozpiętym płaszczu, z kokiem puszystych, siwych włosów na głowie. Macha torbą równo z krokiem. Wydaje mi się, że jej się nie spieszy. Pewnie czeka na jakiś autobus. Póki jest do mnie odwrócona tyłem, mogę tworzyć bajki o tym, że jest szczęśliwą kobietą, ma wspaniałe dzieci, które radzą sobie w życiu, a jej myśli nie zaprzątają żadne przykre sprawy. Potem widzę jej twarz, bo skręca na stanowisko 8 i spogląda w moją stronę. Jest bardzo blada, a oczy ma podpuchnięte. Nie wygląda na człowieka szczęśliwego. W jej głowie multum trosk, które nie pozwalają spać.
Po mojej prawej, na jednej z żółtych ławek, siedzi pan, który wiąże białego adidasa. Jest jednym z kierowców, widać szykuje się do drogi. Reszta stoi obok w mały kręgu, większość ubrana jest na szaro. Rozprawiają o czymś głośno.
Długowłosy chłopak zerka na mnie ukradkiem. Ma pecha, przechwytuję jego spojrzenie jak piłkę w locie, i rzucam hen, hen, daleko.
Przede mną maszeruje pani w ładnych butach. Krok ma dynamiczny, szybki. Po niej nadchodzi kolejna, śmieszna taka – pulchniutka. W dżinsowym płaszczyku, wełnianym berecie i tych śmiesznych butach, co to przypominają ciżemki na obcasie. [Obie niewiele starsze ode mnie, tak na oko.]
Pejzaż rozświetla na chwilę, brodaty pan w kraciastej marynarce, pod którą ma czerwony sweterek. Kojarzę go z Panem Kleksem, brak mu tylko spodni z niezliczoną ilością kieszeni i złotego zegarka na łańcuszku.
Znika z pola widzenia.
Męczy mnie trochę ta obserwacja. Zastanawiam się, co ja sobą reprezentuję. Nie wiem. Chyba nic szczególnego, dzisiaj raczej nie przyciągam wzroku.
Jakoś nienaturalnie mocno chce mi się spać [albo właśnie, zgodnie z naturą, jeśli przyjmiemy, że jako niedźwiadek zbliża się pora mojego zimowego snu.]
Ziewam po raz kolejny, tym najgorszym z ziewnięć, które załzawia oczy i sprawia, że powieka górna do dolnej się klei z wzajemnością, a i rzęsy wydają się dążyć do zastygnięcia w uścisku, z tymi z naprzeciwka.
Siedzę i kręciki wywijam.
Stopą.

3 komentarze:

  1. każdy coś sobą reprezentuje. nawet niechcący ;) jako potwierdzenie weźmy spojrzenie długowłosego chłopaka skierowane w Twoją stronę. może on też obserwował? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też lubię patrzeć na ludzi. To całkiem fajne zajęcie, tylko muszę uważać, żeby z tego wszystkiego nie uciekł mi autobus ;) Bo różnie bywało. I chcąc nie chcąc wszyscy sobą coś reprezentujemy. Koleżanka z góry ma rację :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy wszystko poddajesz analizie?

    OdpowiedzUsuń