środa, 30 listopada 2011

Środa, 30 listopada 2011r.

Rzęziu, rzęziu.
Gitary, głos ochrypły, wykrzyczany żal, wyśpiewana myśl.
To nie ja, to nie ja.
To Nirvana.

Tak, tańczyłam na pomoście, ciepły wieczór oplatał moje ramiona, tańczyłam w białej, zwiewnej sukience, przyszedł z drinkiem, taki jasny, taki spokojny. Przyszedł z drinkiem, patrzył mi w oczy, patrzyliśmy na zachód słońca. Bardzo banalnie, ale ciepło i dobrze.  Objął mnie delikatnie, niepewnie. 
A potem pociemniało, zrobiło się zimno, wiatr zaatakował złym przeczuciem. I pojawił się ktoś jeszcze, ciemna postać, bardzo niewyraźna, niknąca. Stała gdzieś daleko i niedaleko jednocześnie.  Poczułam świadomość i jej ciężar. Zacisnęłam usta. Już się nie śmiałam, w oczach blask ustąpił miejsca mrokowi. Jasny znikał powoli, tracił kontury, bo musiałam skupić się na tym, żeby zniknąć z wizji ciemnej postaci. Skoro głowę zaprzątała mi ucieczka ze snu Rozstrojonego, Jasny znikał z mojego. Tak to właśnie działa.
A potem wszystko pokryło się granatem przechodzącym w czerń, zasnęłam na dobre. Więcej grzechów nie pamiętam.

Obudziłam się z bólem głowy pulsującym we wszystkie strony, obejmującym całe to moje głupowate podczasze.

Obejrzałam Kurt&Courtney, film dokumentalny..nie będę się rozpisywać. Zszokował, bo mam w sobie jeszcze sporo z dziecka, ta moja naiwna wiara w świat zawsze przysparza mi niejakiego rozdarcia, gdy nagle do głosu dochodzi prawda.
W którymś momencie, patrząc na ludzi skaczących pod sceną, pomyślałam ''to nie są normalni ludzie, a ja jestem wśród nich.''
Nieprzystosowalni. Niepasujący.
Obejrzyjcie, polecam.

‘’Prawda’’ w naszych czasach nie istnieje. To wszystko jest sztuczne.
Uczciwość? Uczciwość tkwi w pojedynczych chwilach, w delikatnych kwestiach, w małych rzeczach, globalnie nie ma już na nią miejsca.
Cicho, cicho.  Żyjmy zatem detalami.
Cicho, cicho… dlaczego? 

W zielonym, ciepłym swetrze, wyglądam jak skrzat, wiesz?
Chodź, napijemy się kawy i pogadamy o tym, co nas boli.
Albo pomilczymy, jak wolisz.



 [znowu nie potrafię dobrać etykiety.]

niedziela, 27 listopada 2011

Śpi teraz. Spokojna.

Leżałam na łóżku, w kolorowej bluzie i dresach,  na poły skulona, stopa przytulona do stopy, książka w półksiężycu nóg i tułowia. Szum wiatru zza okna zdawał się kierować płochymi myślami w mojej głowie.
Skończyłam „Autoportret z kobietą”, książkę, którą bez oporów nazwę przełomową dla mojego życia.
Ciało na granicy obolałości i nieodczuwalności, skrępowane osłabieniem zmuszam do najmniejszego ruchu. Długopis? Pisanie mnie przerasta. Jak na złość, przyszły tydzień należeć będzie do tych istotniejszych, szybszych nieco i bardziej wymagających, przynajmniej pod względem nauki. Studiowania. Studiowanie. Mój boże, studiowanie kojarzę z pasją i odkrywaniem. Nie…nie da się jednak odkrywać czegokolwiek co jest narzucone programowo, bo to traci swój smak i całą istotę. To przestaje być  odkrywane a zaczyna być powielane, czytane, przyswajane, uczone ale nie odczute.
Dzień ucieka szybko, niebo przybiera kolor skórki pomarańczy. Brzozowe gałęzie kołyszą się przed oczami mojego domu.
Nie czuję zimna, a zimno jest bez wątpienia.
Oczy łzawią niepłaczem. Bo to nie jest płacz, to mokre coś, to rozwodniona słabość, której mam aż nadto w organizmie.
Aspiryna, hasco-sept… medykamenty. Wydaje mi się, że cały czas śpię i rzeczywiście można chyba spokojnie powiedzieć, że jakaś część mnie jest uśpiona. Ta szybsza, ta co potrafi śmiać się do rozpuku tyłkując dywan i ta, która miota ripostami o zabarwieniu zaczepno-ironicznym ta, która zwraca uwagę, rzuca się w oczy mimochodem i kolory ciska na szare ściany.
Śpi teraz spokojna.

piątek, 25 listopada 2011

Nega-jebs.

Wszystko leci mi z rąk, makaron rozgotowany, szklanka stłuczona,
Krzyk uwiązł w gardle, nawet on nie chce się wydobyć jak trzeba.
Oczy łzawią, a wesoła muzyka jakoś wcale nie napędza.
Kyrwa.
Krzywa wykresu zalicza dołek.
Tak, wszystkiemu jestem winna ja.
Chodzę i niszczę. Spadaj, powiadam a potem wtulam się jak dziecko
w Twoje ciepło.

sobota, 19 listopada 2011

Kobieco i zabawnie :)

Czerwone, słodkie wino szumiało w głowie razem z myślami a może właśnie – jako myśli szybszy obieg? Szybszy i mniej wyraźny, to na pewno.
Co to były za dni…! Co za sny, co za ochotki!
Fioletowawe pazurki śmigały na klawiaturze notebooka, gdy lekko wstawiona, radosna i bardzo otwarta na wszelkie rozmowy, pisała na gg ze znajomymi. Nie było ich wielu, wszyscy normalni ludzie spędzali sobotnie wieczory w jakiś iście diabelsko, szalony sposób.
Ona?
Przed nią były dwie możliwości – mogła pójść spać, albo poczekać jeszcze dwie godziny i mieć nadzieję, że koleżanka, która wróci wtedy z pracy, rozkręci to wszystko i wpadną w śmiechawę przerywaną gryzącymi przemyśleniami.
Jeszcze nie wybrała.
Była w typowo kobiecym nastroju, kobiecym, lekko zadziornym niespełnieniu. Wiedziała czego jej trzeba, jak rzadko kiedy. Chciała patrzeć w błyszczące oczy faceta, który ją uwielbia.
Bo czy nie każda przedstawicielka płci pięknej tego pragnie?
Nie znała żadnej, która by temu zaprzeczyła.
Ojejjjjj! Komedia romantyczna lecąca w tv idealnie pasowała do tego wieczoru.
Kobiecy, babski nastrój.
W telefonicznych kontaktach całkiem sporo męskich imion. Koledzy, kumple, przyjaciele.
Krążą wokół niej, jak planety wokół Słońca, ograniczone orbitami, nigdy się nie zbliżą. No nie mogą, po prostu. Pewne znajomości nie ewoluują, nigdy nie będą niczym więcej z naturalnych powodów, których istnienia nikt nie zaprzeczy i nikt wyjaśnić nie potrafi.
No ona nie potrafiła, nie w tym stanie. Głębsze przemyślenia nie wchodziły w rachubę.
Potrzebowała nowości, zrywu.
 Szkoda, że sama potrzeba niczego nie gwarantuje.
Mimo wszystko daleko jej było do smętnego nastroju, nosiła w sobie coś bardzo pozytywnego, coś co wynikało z nie-wadomo-czego i przyćmiewało ewentualne negatywne przemyślenia.
Czuła się po prostu…zabawnie.

piątek, 18 listopada 2011

Łucko-Łódzkie.

Małe mieszkanie na Retkińskiej, jasna kuchnia, niebieskie kapcie, kubek ciepłej kawy.
Czuję się jak u siebie, czy to źle? Czy to coś nienaturalnego?
Łódź, może nie: ładna, czysta, supernowoczesna, jednak ma coś w sobie. Inne powietrze.
Uśmiechnięci ludzie. Trzeźwe spojrzenia, brak tu typowo częstochowskiej ociężałości.
I  jest tu coś takiego, jakaś atmosferyczna prawidłowość, że wszystko wydaje się prostsze, czasu zawsze jest więcej a sen, choćby krótki, zawsze jest wystarczający. :)

środa, 16 listopada 2011

Z notatek telefonicznych:

[muszę je usuwać, zbyt duża ich ilość mnie przytłacza, najnowszą ostatnia]:

* Przemierzam gąszcz słów rozmowy, wypatrując drapieżcy.
Nie znam terenu, próbuję odgadnąć, co kryje się za kolejnym metrem drogi.
Zaglądam w oczy i nie wiem czego się spodziewać. 
Wiem natomiast, że muszę być ostrożna. Muszę uważać na to co i w jaki sposób mówię. 
Swoboda nie jest wskazana.

* Jestem pod kreską, na kreskę biorę dobre samopoczucie.


*A ja myślę, że oboje żyjemy bajkami.

 
* I rzeczywiście. Pojawia się odraza. Kiełkuje nieśmiało, w stronę twoich wad i mojej naiwności.
Nie będę jej pielęgnować, bo mogłaby rozrosnąć się za bardzo i zdominować cały ogród.
Nie zamierzam jej też traktować jak chwast.
Odgrodzę ją przed żarłocznym barankiem Małego Księcia i będę obserwować jej rozwój, jak w podstawówce, gdy opisywaliśmy wzrost grochu.
Może dzięki tej małej roślince zachowam trzeźwiejsze spojrzenie na to wszystko?
Te relacje mają tendencję do zachorowań.

niedziela, 13 listopada 2011

Miękkawo.


Siedziała na łóżku, z nogami ułożonymi w typowy dla siebie sposób, z książką leżącą na poduszce.
Siedziała wyciszona jak ściany studia nagraniowego, czytała dopóki umysł domagający się snu dawał radę przetwarzać tekst na obraz, myśl i odczucie. Po kilku rozdziałach przestał sobie radzić, więc włożyła między strony zakładkę i spojrzała w okno.
Na dworze poszarzało, niebo zlało się kolorystycznie z mgłą w międzydrzewiu, musiało być zimno w ten nieprzyjemny, wilgotny sposób, ale chwilowo miała to gdzieś.
Cały dzień miała gdzieś to, co działo się poza obszarem jej obecności.
Dzisiaj liczyło się to, że było jej ciepło, miękko i wygodnie.  Dresy, bluza z kapturem, kubek ciepłej kawy, kawałek książki, kawałek muzyki, trochę ciszy.
Nie była w stanie zrobić niczego, co wymagałoby jakiegoś wysiłku.
Gdybym miała umrzeć dzisiaj, byłabym zawiedziona przebiegiem ostatniego dnia mojego życia.-przeszło jej przez myśl ulotnie. Wzruszyła ramionami i wróciła do drobnych czynności.

sobota, 12 listopada 2011

W barw pomieszanie zawrotne!

Mogę być Twoim kolorem
Mogę jaśnieć w Twoim wnętrzu
Mogę być ciepłem
Mogę być gorącem!
Mogę być zawirowaniem, które przynosi delikatne trzęsienie ziemi
i przyjemne mrowienie
Możesz mnie czuć podskórnie
Mogę być wszędzie i wszystkim!

Wysokie ciśnienie rozsadza mnie pozytywnie, jestem naładowana, chce mi się śmiać, gadać, tańczyć...
Skaczę jak kangur, rwę się do biegu, tylko do kogo, do kogo?
W czyją stronę pędzić na złamanie karku?
Wybiegnij do mnie!
Lećmy razem gdzieś w przestworza, w barw pomieszanie zawrotne.



wtorek, 8 listopada 2011

3 strony opowiadania? Z przyjemnością!
3 strony referatu...ekhm.

Pozytywniejsza nuta, krok raźniejszy, sen trwały
[ale o śnie nie będziemy mówić]
sen jest jaki jest, bezsenności nie ma.
Kometa przetnie nieboskłon,
może akurat wstanę na siku,
a może dopiero położę się spać?
I jest jak jest, i zawsze może być lepiej
- ale zawsze mogło być gorzej.

Potrzebuję motywacji, poszukam jej w sobie,
a potem może znajdę ją w Was.
I jak będzie? Nie wiem, więc nie powiem,
póki potrafię śmiać się głośno, jest wcale nienajgorzej.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Intensywności deficyt.

Budzę się, przez okno złote oko jesieni mruga do mnie zaczepnie.
Uśmiecham się, oczywiście, w odpowiedzi.
Myślę już o smaku kawy, bo do tego dnia, kawa pasuje jak najbardziej
- mimo, że nie jest sennie.

W środku popłoch, który ostatnio nie chce mnie opuścić.
Popłoch staram się odgonić wspomnieniem wczorajszego wieczoru,
pozytywnymi obrazami.
Przez chwilę działa.

Ciągle mam dwie lewe ręce.
I chyba mam dość pisania i myślenia o tym tak uparcie.
Czy to mi coś daje?
Czy to coś zmienia?
Liście zaczerwieniły się wściekle.
- intensywności deficyt uwiera i drapie
jak wełniany sweter.


piątek, 4 listopada 2011

''Czy Ci się tutaj uda, czy Ci się nie uda? Czy Cię byt zaciekawi, czy Cię strawi nuda?''


Siedzę, radio gra…
radio- Open Fm, 100 % Metallicy. [tak, ja też zagłuszam ciszę muzyką. Ciszę- bo rumor myśli już niekoniecznie, nie daje się ;]
W głowie pomysł na opowiadanie, który czeka w kolejce do zrealizowania.
Na dysku kilka jesiennych zdjęć, cykniętych dzisiaj w wolnej, 30 minutowej chwili, w Parku Jasnogórskim.
Szału ni ma, ale park całkiem sympatyczny, trzeba przyznać.






Szłam alejkami nie bardzo wiedząc, na której z ławek posadzić dupę [koniec-końców, przełaziłam].  Torba przepełniona książkami, ciążyła nieznośnie.  Para zakochańców stała na mostku, inna siedziała na ławce, kawałek dalej. Dziewczyna z profesjonalnym aparatem okupowała jedno z miejsc, szukając obiektów do sfotografowania [wkrótce zorientowała się, że siedząc zbyt wielu nie znajdzie i zaczęła się przechadzać.],  dzieciaki szalały na placu zabaw, starszy pan gdzieś się spieszył a zakonnice śmiały się głośno [pierwszy raz spotkałam się z takim zjawiskiem!].
Patrzyłam chwilę na brudną wodę jednego ze stawów. Stawów? Większych oczek wodnych, może tak. Staw to zbyt duże słowo.
Znalazłam fajny, żółciutki listek, kontemplowałam przybrudzone czubki własnych butów i co jakiś czas zerkałam na zegarek.
Kątem oka dostrzegłam postać w długim płaszczu. Skórzanym płaszczu, sięgającym prawie kostek, wysokiego ciemnoblondyna z plecakiem.
Też robił zdjęcia. Szedł tak śmiesznie wolno, ostrożnie jakby. Przystanął nad białymi kwiatami, potem zajął się drzewami.
[No tak, cóż single mogą robić innego w parku, gdy zimno nie pozwala na siedzenie i np. czytanie książki..?]

Wróciłam do domu i zaraz z niego wyszłam. Nie, bynajmniej nie na imprezę, niestety. Czekały mnie poszukiwania kurtki, no w czymś trzeba chodzić. Znalazłam! Znalazłam szybko, ale wróciłam późno, bo te zakupy to nie takie hop-siup, tralala.

A teraz siedzę i buszuję w Internecie, bo tylko na to mnie jeszcze stać.
Na jednym z photoblogów, natknęłam się na zdjęcia z okien pociągu.
O jakże mi się spodobały!
Motyw podróży ciągle siedzi, lśni, woła.
‘’przestrzeń woła, woła nas’’ – atakuje mnie od razu wspomnienie małego radyjka z tesco, grającego w jasnej kuchni, jednego  z łódzkich mieszkań.
A potem od razu brzmi melodia ‘’Tutaj jestem’’ G. Turnaua.
Na chwilę wyłączam radio, żeby wsłuchać się w nią po raz ochnastokrotny:




środa, 2 listopada 2011

Siedzę i kręćki wywijam.


Siedzę na przystanku i macham stopą.
Mrużę oczy i rozglądam się dookoła. Słonko rozświetla mi wszystkich doskonale.
Widzę panią w rozpiętym płaszczu, z kokiem puszystych, siwych włosów na głowie. Macha torbą równo z krokiem. Wydaje mi się, że jej się nie spieszy. Pewnie czeka na jakiś autobus. Póki jest do mnie odwrócona tyłem, mogę tworzyć bajki o tym, że jest szczęśliwą kobietą, ma wspaniałe dzieci, które radzą sobie w życiu, a jej myśli nie zaprzątają żadne przykre sprawy. Potem widzę jej twarz, bo skręca na stanowisko 8 i spogląda w moją stronę. Jest bardzo blada, a oczy ma podpuchnięte. Nie wygląda na człowieka szczęśliwego. W jej głowie multum trosk, które nie pozwalają spać.
Po mojej prawej, na jednej z żółtych ławek, siedzi pan, który wiąże białego adidasa. Jest jednym z kierowców, widać szykuje się do drogi. Reszta stoi obok w mały kręgu, większość ubrana jest na szaro. Rozprawiają o czymś głośno.
Długowłosy chłopak zerka na mnie ukradkiem. Ma pecha, przechwytuję jego spojrzenie jak piłkę w locie, i rzucam hen, hen, daleko.
Przede mną maszeruje pani w ładnych butach. Krok ma dynamiczny, szybki. Po niej nadchodzi kolejna, śmieszna taka – pulchniutka. W dżinsowym płaszczyku, wełnianym berecie i tych śmiesznych butach, co to przypominają ciżemki na obcasie. [Obie niewiele starsze ode mnie, tak na oko.]
Pejzaż rozświetla na chwilę, brodaty pan w kraciastej marynarce, pod którą ma czerwony sweterek. Kojarzę go z Panem Kleksem, brak mu tylko spodni z niezliczoną ilością kieszeni i złotego zegarka na łańcuszku.
Znika z pola widzenia.
Męczy mnie trochę ta obserwacja. Zastanawiam się, co ja sobą reprezentuję. Nie wiem. Chyba nic szczególnego, dzisiaj raczej nie przyciągam wzroku.
Jakoś nienaturalnie mocno chce mi się spać [albo właśnie, zgodnie z naturą, jeśli przyjmiemy, że jako niedźwiadek zbliża się pora mojego zimowego snu.]
Ziewam po raz kolejny, tym najgorszym z ziewnięć, które załzawia oczy i sprawia, że powieka górna do dolnej się klei z wzajemnością, a i rzęsy wydają się dążyć do zastygnięcia w uścisku, z tymi z naprzeciwka.
Siedzę i kręciki wywijam.
Stopą.