sobota, 3 września 2011

Olśniło.

Wróciła ze spaceru owiana wczesnowrześniowym, chłodnym wiatrem, zwiastującym jesień. Czuła się dobrze.
Względnie dobrze, zważywszy na wciąż niepokorne watahy myśli. Sięgnęła po szklany dzbanek z wodą, jednocześnie, drugą dłonią chwytając szklankę. Przechyliła większe naczynie ponad mniejszym...i nagle ujrzała,
oświeciło, dotarło wróciło.
ogromny pomnik. Złotawy barwą, choć niewątpliwie kamienny. Stała w jego cieniu, tak malutka w obliczu jego wielkości. Jej źrenice rozszerzały się, w miarę jak wzrok podążał w górę, wodząc po kształtach posągu.
Gdy już prześledziła splot palców, linie papilarne, i zastygłe jakby, mięśnie, dotarła do szczytu i omal nie pisnęła.
Ujrzała piękny, długi, środkowy palec wznoszący się dumnie i majestatycznie. Wysyłał światu prosty przekaz.
Cudem niepomiernym, z jej rozdziawionej gęby nie pociekła ślinka z tępego, autentycznego zachwytu, a oczy nie puściły soków z nagłego wzruszenia.
Jakby odnalazła zagubionego psiaka.
Coś w niej rosło i jaśniało.
W pierwszym odruchu
Jak mogłaś zapomnieć, osiołku?
skarciła się w myślach. Jak nieuważnego dzieciaka, czule i pobłażliwie.
Rzeczywiście, zapomniała. Zapomniała na całą wieczność, w jaki sposób szła przez niektóre części świata. W jaki sposób radziła sobie z atakiem mentalności, które były..zawadzające. Z nadmiarem uczuć. Z wybujałością, otóż to!
Zapomniała jak pięknie szła jej minimalizacja i odróżnianie tego, co ważne, od tego co męczące. Odsiewała mak z piasku jak maszyna, a potem coś się uszkodziło i przestała odsiewać w ogóle.
Ojj! Ty głupiutka!
A potem zobaczyła coś jeszcze. Siebie. Stała na środku drogi, tak wyraźna, taka pewna siebie. Uśmiechnięta i niezależna.
Pierdolić pierdoły.

*„żyj dniem i bierz, co przyniesie.”

Śmiała się od środka. Cieszyła się wewnętrznie, jeszcze chwila, a jej wątroba faktycznie nauczy się uśmiechać.

*S. King "Ręka Mistrza."




2 komentarze: