środa, 14 września 2011

Jenny cz. II - Las.

[część I odnajdziesz klikając na etykietę]

Obudził się o bliżej nieokreślonej godzinie, chyba wcześnie nad ranem – co wywnioskował z koloru nieba, na które powoli wschodziło słońce.
Obudził się..a właściwie został obudzony. Wszystko za sprawą ssącej próżni, jaką stał się jego żołądek. Powieki miał zaropiałe wyschniętymi łzami. Czy płakał przez sen? Wiedział, że czasami mu się to zdarza. W codziennym życiu trzymał emocje na wodzy, nie zanosił się płaczem w szpitalnej poczekalni, nie trąbił ile wlezie tkwiąc w korku i nie wrzeszczał do słuchawki ilekroć rozmawiał z upierdliwą matką.
We śnie najwyraźniej nie był aż tak opanowany. Od wielu tygodni śnił o tym samym i wciąż nie potrafił się temu przeciwstawić.
Staruszku, czas coś przekąsić.
Pomyślał i zakołysał ciałem, żeby wstać z hamaka. Nie było to takie proste, w końcu jednak przechylił chudą nogę przez krawędź i jakoś się wygramolił. Plecy bolały go niemiłosiernie. Z resztą nie tylko plecy – cały był obolały i zziębnięty, bo poranki na Duma Key, szczególnie w pobliżu oceanu, nie należały do najcieplejszych.
Gizmo przeciągnął się, pokręcił trochę ramionami, rozluźnił nadgarstki i szyję, zrobił kilka skłonów, aż poczuł ciarki w zaspanym ciele i już miał się skierować do domku, gdy Słońce wychyliło się nad horyzont i zalało wszystko pomarańczowym, odległym blaskiem.
Piękny widok. Odruch fotografa nakazał mu biec po aparat, ale jakiś wewnętrzny głos przekonał go, że to nie ma sensu. Gdyby się odwrócił, straciłby ten widok na zawsze.
Stał tak dobrą chwilę, nie myśląc o niczym. Pustka w głowie, była czymś nowym, czymś kojącym. Pierwszy raz, od niepamiętnych czasów, zatracił się w czymś bezmyślnie. Nie gryzła go żadna z drapieżnych obaw. Nie szarpał nim strach, nie uciekał od wyciągniętych do niego, brudnych rąk…
Nieskalaną ciszę przerwało burczenie jego brzucha…brzmiało to tak groteskowo, że Gizmo aż się zaśmiał. To też było czymś nowym – nie śmiał się już dawno. Nie sam z siebie i nie szczerze, nie z trzewi, a zawsze z poczucia, że śmiać się powinien, żeby uspokoić zatroskanych rozmówców.
Czas zaspokoić ludzkie potrzeby.
Na boso poszedł do domku. Drzwi wciąż były zamknięte, wszystko jak wczoraj wieczorem. Na materacu w kształcie gruszki nie było nikogo. Przeszedł do pokoju, w którym miał spać, z nadzieją, że Barwa po prostu z przyzwyczajenia i zmęczenia, położyła się właśnie tam.
Pusto. Na werandzie? Nikogo.
Gdzie ona się podziewa do tej godziny?!

Złapał się na tym, że kiełkuje w nim panika i gniew. W pierwszym odruchu, chciał wybiec z domu na oślep i szukać jej pod każdym liściem mijanej rośliny. A przecież Barwa jest dorosła, ma tutaj mnóstwo spraw do załatwiania, nie musi się ani tłumaczyć, ani wracać do domu, gdy nie ma na to ochoty.
Prawda? Prawda, więc się uspokój i poczekaj do południa zanim cokolwiek zrobisz.
Brzuch znowu zamruczał.
Gizmo znalazł w zamrażarce lasagne w paczce, wsadził ją do mikrofali i czekał, czekał, czekał…a potem zjadł całą, niebotyczną porcję, bez chwili na dokładne przeżucie kęsów.
Popił ciężkostrawne śniadanie szklanką pepsi i od razu poczuł się lepiej. Powieki znowu zaczęły mu ciążyć.  Przed kolejną drzemką, postanowił jednak uchwycić poranek Dyma Key. Pierwszy poranek na wyspie.
Wygrzebał z torby swojego Nikona, włożył treki, na grzbiet zarzucił softshela i wyszedł.
Początkowo chciał pokręcić się w okolicach domku, wcale nie miał zamiaru zapuszczać się gdzieś dalej, nie znając okolicy.
Hm, jednakże, jak to zwykle bywa, niezamiary nijak się mają do późniejszych decyzji.
Zszedł kamiennymi schodkami w stronę lasu. Nie znał roślin, które w nim rosły. Drzewa były wysokie i niemal w całości porośnięte różnymi odmianami bluszczu i czymś, co przypominało Dinseyowskie liany..  Tarzan powinien w trakcie przeskakiwania z drzewa na drzewo, rzucać ich nazwami w locie.
Byłoby  prościej.
Gizmo szedł ostrożnie, chociaż nie czuł strachu. Barwa na szczęście nie zdążyła opowiedzieć mu o żyjących tu zwierzętach.
Szedł przez gęstwinę, po wąskiej, ale wyraźnie wydeptanej ścieżce. Nie zdziwiłby się, gdyby była to jedna z osobistych ścieżek Barwy.
Zgodnie z oczekiwaniami, dotarł nad wodospad. „Nad” to dobre słowo, bo stanął tuż obok jego krawędzi. Rzeka płynęła zakolami, gdzieś z odleglejszych terenów, a potem docierała tu – pod jego stopy, i spadała kaskadami w dół. Gizmo ocenił wysokość na jakieś 15-20 metrów, nie więcej.
Woda uderzała z hukiem w taflę swoistego jeziora, które kusiło przejrzystością.
Gizmo stał jak urzeczony, dopóki przestrzeń nie zafalowała lekko przed oczami. Zmęczenie? Czyżby chciało wyjść z niego całe-calutkie zmęczenie ostatnich miesięcy?
Nie miał nic przeciwko, pod warunkiem, że będzie wychodziło, gdy jego ciało spocznie wygodnie i bezpiecznie w domku Barwy, nie w tropikalnym lesie.
Wracał szybszym krokiem.

Na tyłach domu, czyli w pierwszej części jaką zobaczył po wejściu na schody, stała oparta o framugę Barwa. Miała na sobie jasną, długą koszulkę. Stała z rękoma splecionymi na piersiach w geście cichego gniewu. Przestraszył się jej. 
A potem przestraszył się tego, że się przestraszył.
Znał ją przecież tak długo, tak dobrze. Nie może się bać kogoś, dla kogo byłby w stanie umrzeć
Bez chwili zawahania. A  jednak zląkł się tej smukłej postaci, czekającej na jego przyjście.
Rzeczywiście, gdy napotkał jej wzrok, uderzyło w niego, jak bardzo napiętą ma twarz, jak wiele złości kryje się w tych oczach. Przez jedną, krótką chwilę miał wrażenie, że zaraz upadnie.
Musiała to zauważyć, bo rozplotła ręce, a jej spojrzenie złagodniało.
- Gizmo, nigdy nie chodź sam do lasu. – szorstko i stanowczo. Bez „dzień dobry.” Od razu przeszła do sedna.
- Dlaczego? Barwa, chciałem Ci tylko przypomnieć, że to Ty zostawiłaś mnie na skraju gąszczu na całą noc, bez uprzedzenia. – nie wiedział dlaczego to powiedział. Chciał się odgryźć. Tylko po co? Zabrzmiał ostrzej niż chciał.
Rzuciła mu przeciągłe spojrzenie pt. co ty odpierdzielasz? Ale nie zmieniła swojej postawy:
–Przysięgnij. – powiedziała to tak dobitnie, że Gizmo całkiem zgłupiał.
- Barwa, o co chodzi z tym lasem..?
Zamknęła oczy i westchnęła z rezygnacją.- Przysięgnij, błagam. Opowiem ci później, to była ciężka noc. – już prawie szeptała, a do niego dotarło jak musi być zmęczona. Cienie pod oczami, szarawy odcień skóry. Musiała mieć niezły młyn, a do tego wszystkiego dołożył się on, swoim spacerkiem o brzasku.
Zrobiło mu się głupio. Cholernie głupio i przykro.
- Pozwól ..- wziął ją na ręce. Była zaskakująco lekka i jeszcze bardziej zaskakująco uległa. Nie protestowała, bo już nie miała siły.
Położył ją na materacu-gruszce, przykrył cienkim kocem i pocałował w czoło.-Przepraszam. – pauza i – Przysięgam.
Zamrugała trzykrotnie, kąciki ust lekko się podniosły a potem zasnęła.

Głaskał ją po dłoni, patrząc jak zaczyna wolno, rytmicznie oddychać, jak zastyga w sennym rozluźnieniu. Nie znał jej takiej. Zawsze była pełna życia. Gdy impreza się kończyła, szła na spacer, bo nie mogła spać. Wkurzało ją to, że była wtedy sama, bo już nikt nie miał siły..na nic. Zawsze pierwsza, zawsze do przodu, tymczasem – śpi. Śpi spokojnie jak dziecko.
Czy na pewno? Gizmo, pacanie, to nie jest spokojny sen. To sen z wycieńczenia. Spójrz w jakiej pozycji leży. Skulona. Widzisz? Dłonie przy twarzy, w geście obronnym. To nie jest dobry sen, bynajmniej.
Znowu dopadło go poczucie winy. Nie wiedział dlaczego Barwa już nie wyglądała jak  j e g o  Barwa.
Nie miał zielonego pojęcia o tym, co robi i jak żyje. Zaniedbał kontakt. Oboje zaniedbali, ale on bardziej, bo wciąż łudził się, że akurat ona pozostanie niezmienna do samego końca. Jakby nie była człowiekiem, tylko jakąś..?
Wróżką? Rzucił okiem na koraliki w dredach
Szamanką.
- Mamy wiele do nadrobienia, słońce.już nie wiem…już nic nie wiem. Chcę ci pomóc.- szepnął a ona podrapała się przez sen w policzek i zmarszczyła brwi.
Idioto, chcesz ją obudzić?
Nie chciał.
Wziął świeże ciuchy i poszedł pod prysznic.  Nie wiedział, co zrobić ze sobą dalej. Może zrzuci od razu zdjęcia na laptop?
Może w końcu się rozpakuje..? Chyba zaczynał wierzyć, że zostanie na wyspie na dłużej.
Prysznic był niczym zbawienie.
Gizmo nareszcie poczuł się po prostu dobrze. Powyjmował z torby część rzeczy. Ciuchy zostawił w plecaku. Zorganizował sobie mniej/więcej nową przestrzeń ‘małego’ pokoju i rozciągnął się na łóżku.
Sen przyszedł od razu.

6 komentarzy:

  1. Baaardzo dobrze piszesz. I świetnie się zapowiada to opowiadanie. :) No, super! Oby tak dalej! :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. ładne opowiadanie:))

    Miłego dzionka po bladym świcie, z całego serca tego Ci życzę,.. uśmiechu dużo no i radości na twarzy Twojej niech dziś zagości...)..Milutkiego Dnia życzę

    OdpowiedzUsuń
  3. dziękuję za odwiedziny dam sobie do obserwowanych blogów jestem codziennie

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurde Łucuś! Tylko obiecaj, że będziesz to opowiadanie pisać dalej! ja ci go nie dam skończyć tak w połowie! No! ;P

    Mączka :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Obiecuję, skoro już mi tak Załucusiowałaś ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Drugi rozdział równie dobry jak pierwszy.
    Zapowiada się naprawdę ciekawie. :)

    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    P.S. Ale nie każ czekać za długo. ;p

    OdpowiedzUsuń