środa, 28 września 2011

Szarpanina.

Szarpanina.
Bo się gryzą,  g r y z ą   się..!
mentalności.
Warczą, syczą rzucają się na siebie.
Niezdrowa atmosfera, dlatego trzeba…
Wychodzić. Uciekać. Szukać.
Bo tylko poza areną istnieje możliwość odnalezienia
siebie.

Krążą. W odległości. Naprzeciwko siebie.
Złowrogie spojrzenia, piana z ust.

Kiedy to się skończy?
Rozwiązanie jest tylko jedno.
Odległe.
Niepewne.
Czy uda się…? To szkoła cierpliwości.
To chodzenie po krawędzi.

wtorek, 27 września 2011

Wszystko zależy od podejścia.


Już wiem, dlaczego ludzie śpią z telefonami w zasięgu ręki, albo ustawiają zdjęcia najbliższych na pulpicie.
Skąd ta słabość?
Z odległości?
Otwórz ramiona, obejmując teraźniejszość i patrząc znad jej ramienia w przyszłość.
Nie zapomnij tylko ubrać koszulki, z nadrukowanym, środkowym palcem, na plecach – tak, żeby zwrócony był do przeszłości.

[Łódź; 18 września; godz. 03:39-notatka telefoniczna.]

Fajnie napisane, sama się pochwalę. Bezczelne to takie, małolatowe i generalizujące. Bo trzeba żyć w jako-takiej zgodzie ze wszystkimi trzema czasami. Wszak każdy jest każdym i chwila obecna już jest chwilą przeszłą, choć przed chwilą była przyszłością, czy nie?
Ależ tak.
Nie wiem co ‘należy’ a czego ‘nie należy’, wiem natomiast, że wkurza mnie niemiłosiernie, gdy ktoś żyje przeszłością i tonie w jej odmętach chorobliwie długo i męcząco, jakby napawał się emocjami, które przyniosła. To bez sensu. To jak wspominanie zapachu.
Nie lubię, jak ktoś snuje dalekosiężne plany, mój boże, ma już całą listę punktów, które musi-po-prostu-musi odhaczyć bo inaczej się ze…bo nie ma przepuść.
Grrr.
A lekkoduchy, żyjące ‘tu i teraz’? Co z nimi? W porządku, takie podejście jest mi bliskie, ale nie całkowicie i też nie skrajnie. Jakieś tam zarysy wypadałoby mieć. Z jakiś tam przeżyć wnioski wypadałoby wyciągnąć.
Tak mi się przynajmniej wydaje. ;)

niedziela, 25 września 2011

Wyjezdne i powrotne.

Włączyłam Worda. Pomyślałam – przepiszę przemyślenia z Łodzi. Nagłe impulsy, wylane potokiem słów na kartki notesu.
Przejrzałam je i …zaniechałam. Są pospieszne, to widać, są nagłe i może nawet nie totalnie bezsensu, ale jednak ściśle powiązane z tamtym ‘tu i teraz’ a raczej – ‘tam i wtedy’.
Przepiszę tylko jeden, ostatni zapis. [Z pozostałymi muszę zrobić porządek. Pewnie zamieszczę część z nich za jakiś czas, gdy ich treść przemówi do mnie na nowo.]
Zapis myśli, które krążyły wokół mnie ostatniego dnia, przy kawie, w Złotych Tarasach.

Espresso, mleczna pianka, lody śmietankowe
- jaką to nosi nazwę? Afffgano? Coś takiego.
„afgan Dobrej Mamy’’ – nawiązania do treści książek, same atakują.
Biorę niepewny, pierwszy łyk- gorzkie. Zatapiam lodową kulkę i mieszam wszystko delikatnie. Czuję się przy tym, jak skończony wandal, psując pierwotną kompozycję. Tak oto zielonkawą słomką dokonuję aktu totalnej profanacji. Jak nazywa się ta kawiarnia? Ice Cream Coffee. Niepozornie.
Na notes i moje włosy, padają promienie słońca. Z głośników napływa spokojna muzyka. Przeszklony sufit- bo siedzę pod jedną z fal Złotych Tarasów.
Ludzi jest niewielu, do dworca dwa kroki, peron blisko. Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy a potem schodkami w dół. Bilet spokojnie czeka w jednej z przegród portfela.
Kamienna fontanna wprawia wodę w ruch. A woda skacze wesołymi wiązkami, smukle. Tańczy w rytm muzyki, razem z moimi myślami.
Dobrze mi tu.
Po…? Niech policzę…po ośmiu dniach bycia w nowych otoczeniach,  wciąż z kimś, wciąż gdzie indziej – dopiero dotarło do mnie, jak bardzo te osiem dni różniło się od mojej codzienności.
Nieustannie wśród ludzi. Obserwacje innych wzorców zachowań, mierzenie się z różnymi systemami reakcji – mimochodem. Naturalnie – to dobre słowo. Wszystko było naturalne i niewymuszone. Zmieniłam się.
Nie wiem, czy pod wpływem Łodzi i Warszawy.
Może.
A może wcześniej? Może ten wyjazd dał mi tylko okazje do wyciągnięcia z kieszeni nowych ..? możliwości.
Bo tak, teraz widzę.- Tuż obok kawy, gdzieś pomiędzy szklanką a łyżeczką, leży kolejna porcja nowych cech.
Wracam spójniejsza.
To znacznie lepiej niż ‘’dobrze’’. 


[Sprawdziłam. To było 'affogato' ;]

środa, 21 września 2011

Skoknięta.

Była Łódź, jest Warszawa,  przemyśleń dużo, część już spisanych i wszystko super pięknie tylko czasu jakoś nie ma. Nie na internetowanie... ;)
Szacuję, że w poniedziałek wrócę już do swojej normalnej-normalności, do swojego oliwokowozielonego pokoju, i czterołapa, który nie pozwala mi zbyt głęboko się zaczytać... [kot, oczywiście, że kot. osoby zaglądające na Młodych Gniewnych wiedzą od razu do czego nawiązuję. ;]
Co mogę naklikać na szybko?
Na szybko mogę sklecić zdań kilka bez sensu większego, nie ogarnę w nich nawet ułamka historii, które zaistniały w ostatnim czasie.
Napisałam "skaczę do trochę innego świata"
jestem skoknięta, i humor fajny i ludzie ciekawi.

"Gdziekolwiek się zjawię, tam wszędzie mam dom.." - przypomniała się Disneyowska melodia [Księga Dżungli]
Jestem skoknięta.

Wśród ulic, które mnie nie znają,
omijam budynki zapadające w pamięć
a może to one mnie mijają..?
-ogarniam je spojrzeniem, chcąc zapamiętać jak najwięcej.

Na murach, uliczne graffiti, które zastanawia.
[bo nie wandalizm a artyzm w nim widzę. Łódzkiemu graffiti biję brawo w pierwszym rzędzie.]
okna bez szyb, trzepaki na smutnych podwórkach
światło gdzieś na wyższych piętrach kamienicy, którą widzę z balkonu mieszkania.
Wszystko wydaje się być czymś 'ponad',
czymś 'bardziej'.

Wszystko to nieme wspomnienia, których mogę się tylko domyślać.

Na szybko, wybaczcie. Dziękuję za wszystkie komentarze, już gdzieś tam w główce tli się wizja czytania Waszych postów, z kubkiem gorącej herbaty pod ręką. Muszę przejrzeć to i owo w sieci...sieć ma, na szczęście, to do siebie, że nie ucieka i nie ginie
Trzymajcie się ciepło! Przede mną jeszcze kilka dni skokniętości;)

czwartek, 15 września 2011

- Kiedy będziesz z powrotem?
-No wiesz...jak wrócę.

Kilka dni ciszy na blogu.
Skaczę do trochę innego świata ;)
Do rychłego!

Nie wywiązujesz się.

Musisz się mną opiekować.
Twoim obowiązkiem jest przychodzić do mnie i dawać mi ukojenie.
Twoim zadaniem jest rozluźnienie,
twoim zadaniem jest przeniesienie.
Masz przenosić mnie na drugą stronę;
Spychać z krawędzi świadomości w słodką ciemność.
W inne światy.
W kierowaną umysłem, wyobraźnię.
Masz umożliwić mi regenerację.
Tymczasem, wciąż mnie zawodzisz...
Zawodzisz, bo nie przychodzisz .Czekam  na ciebie wściekła i zrozpaczona,
jak żona, która łudzi się, że mąż wróci z pracy lada moment,
choć tak naprawdę wie, że poszedł w tango.
Ogarnia mnie rozpacz, gdy nie ma cię przez kilka nocy z rzędu.
Przyzwyczajenie? Dobre sobie!, nie umniejsza niedostatku jaki mi fundujesz.
Morfeuszu…
proszę, opamiętaj się nareszcie.



[Nie wiem dlaczego, ale pod Jenny cz. II nie wyświetliły się dwa komentarze. Od użytkownika A. i Ani :( przeczytałam je i dziękuję, następna część będzie! myślę, że niebawem. Na szczęście wszystkie komentarze przychodzą na maila. ;)]

środa, 14 września 2011

Jenny cz. II - Las.

[część I odnajdziesz klikając na etykietę]

Obudził się o bliżej nieokreślonej godzinie, chyba wcześnie nad ranem – co wywnioskował z koloru nieba, na które powoli wschodziło słońce.
Obudził się..a właściwie został obudzony. Wszystko za sprawą ssącej próżni, jaką stał się jego żołądek. Powieki miał zaropiałe wyschniętymi łzami. Czy płakał przez sen? Wiedział, że czasami mu się to zdarza. W codziennym życiu trzymał emocje na wodzy, nie zanosił się płaczem w szpitalnej poczekalni, nie trąbił ile wlezie tkwiąc w korku i nie wrzeszczał do słuchawki ilekroć rozmawiał z upierdliwą matką.
We śnie najwyraźniej nie był aż tak opanowany. Od wielu tygodni śnił o tym samym i wciąż nie potrafił się temu przeciwstawić.
Staruszku, czas coś przekąsić.
Pomyślał i zakołysał ciałem, żeby wstać z hamaka. Nie było to takie proste, w końcu jednak przechylił chudą nogę przez krawędź i jakoś się wygramolił. Plecy bolały go niemiłosiernie. Z resztą nie tylko plecy – cały był obolały i zziębnięty, bo poranki na Duma Key, szczególnie w pobliżu oceanu, nie należały do najcieplejszych.
Gizmo przeciągnął się, pokręcił trochę ramionami, rozluźnił nadgarstki i szyję, zrobił kilka skłonów, aż poczuł ciarki w zaspanym ciele i już miał się skierować do domku, gdy Słońce wychyliło się nad horyzont i zalało wszystko pomarańczowym, odległym blaskiem.
Piękny widok. Odruch fotografa nakazał mu biec po aparat, ale jakiś wewnętrzny głos przekonał go, że to nie ma sensu. Gdyby się odwrócił, straciłby ten widok na zawsze.
Stał tak dobrą chwilę, nie myśląc o niczym. Pustka w głowie, była czymś nowym, czymś kojącym. Pierwszy raz, od niepamiętnych czasów, zatracił się w czymś bezmyślnie. Nie gryzła go żadna z drapieżnych obaw. Nie szarpał nim strach, nie uciekał od wyciągniętych do niego, brudnych rąk…
Nieskalaną ciszę przerwało burczenie jego brzucha…brzmiało to tak groteskowo, że Gizmo aż się zaśmiał. To też było czymś nowym – nie śmiał się już dawno. Nie sam z siebie i nie szczerze, nie z trzewi, a zawsze z poczucia, że śmiać się powinien, żeby uspokoić zatroskanych rozmówców.
Czas zaspokoić ludzkie potrzeby.
Na boso poszedł do domku. Drzwi wciąż były zamknięte, wszystko jak wczoraj wieczorem. Na materacu w kształcie gruszki nie było nikogo. Przeszedł do pokoju, w którym miał spać, z nadzieją, że Barwa po prostu z przyzwyczajenia i zmęczenia, położyła się właśnie tam.
Pusto. Na werandzie? Nikogo.
Gdzie ona się podziewa do tej godziny?!

Złapał się na tym, że kiełkuje w nim panika i gniew. W pierwszym odruchu, chciał wybiec z domu na oślep i szukać jej pod każdym liściem mijanej rośliny. A przecież Barwa jest dorosła, ma tutaj mnóstwo spraw do załatwiania, nie musi się ani tłumaczyć, ani wracać do domu, gdy nie ma na to ochoty.
Prawda? Prawda, więc się uspokój i poczekaj do południa zanim cokolwiek zrobisz.
Brzuch znowu zamruczał.
Gizmo znalazł w zamrażarce lasagne w paczce, wsadził ją do mikrofali i czekał, czekał, czekał…a potem zjadł całą, niebotyczną porcję, bez chwili na dokładne przeżucie kęsów.
Popił ciężkostrawne śniadanie szklanką pepsi i od razu poczuł się lepiej. Powieki znowu zaczęły mu ciążyć.  Przed kolejną drzemką, postanowił jednak uchwycić poranek Dyma Key. Pierwszy poranek na wyspie.
Wygrzebał z torby swojego Nikona, włożył treki, na grzbiet zarzucił softshela i wyszedł.
Początkowo chciał pokręcić się w okolicach domku, wcale nie miał zamiaru zapuszczać się gdzieś dalej, nie znając okolicy.
Hm, jednakże, jak to zwykle bywa, niezamiary nijak się mają do późniejszych decyzji.
Zszedł kamiennymi schodkami w stronę lasu. Nie znał roślin, które w nim rosły. Drzewa były wysokie i niemal w całości porośnięte różnymi odmianami bluszczu i czymś, co przypominało Dinseyowskie liany..  Tarzan powinien w trakcie przeskakiwania z drzewa na drzewo, rzucać ich nazwami w locie.
Byłoby  prościej.
Gizmo szedł ostrożnie, chociaż nie czuł strachu. Barwa na szczęście nie zdążyła opowiedzieć mu o żyjących tu zwierzętach.
Szedł przez gęstwinę, po wąskiej, ale wyraźnie wydeptanej ścieżce. Nie zdziwiłby się, gdyby była to jedna z osobistych ścieżek Barwy.
Zgodnie z oczekiwaniami, dotarł nad wodospad. „Nad” to dobre słowo, bo stanął tuż obok jego krawędzi. Rzeka płynęła zakolami, gdzieś z odleglejszych terenów, a potem docierała tu – pod jego stopy, i spadała kaskadami w dół. Gizmo ocenił wysokość na jakieś 15-20 metrów, nie więcej.
Woda uderzała z hukiem w taflę swoistego jeziora, które kusiło przejrzystością.
Gizmo stał jak urzeczony, dopóki przestrzeń nie zafalowała lekko przed oczami. Zmęczenie? Czyżby chciało wyjść z niego całe-calutkie zmęczenie ostatnich miesięcy?
Nie miał nic przeciwko, pod warunkiem, że będzie wychodziło, gdy jego ciało spocznie wygodnie i bezpiecznie w domku Barwy, nie w tropikalnym lesie.
Wracał szybszym krokiem.

Na tyłach domu, czyli w pierwszej części jaką zobaczył po wejściu na schody, stała oparta o framugę Barwa. Miała na sobie jasną, długą koszulkę. Stała z rękoma splecionymi na piersiach w geście cichego gniewu. Przestraszył się jej. 
A potem przestraszył się tego, że się przestraszył.
Znał ją przecież tak długo, tak dobrze. Nie może się bać kogoś, dla kogo byłby w stanie umrzeć
Bez chwili zawahania. A  jednak zląkł się tej smukłej postaci, czekającej na jego przyjście.
Rzeczywiście, gdy napotkał jej wzrok, uderzyło w niego, jak bardzo napiętą ma twarz, jak wiele złości kryje się w tych oczach. Przez jedną, krótką chwilę miał wrażenie, że zaraz upadnie.
Musiała to zauważyć, bo rozplotła ręce, a jej spojrzenie złagodniało.
- Gizmo, nigdy nie chodź sam do lasu. – szorstko i stanowczo. Bez „dzień dobry.” Od razu przeszła do sedna.
- Dlaczego? Barwa, chciałem Ci tylko przypomnieć, że to Ty zostawiłaś mnie na skraju gąszczu na całą noc, bez uprzedzenia. – nie wiedział dlaczego to powiedział. Chciał się odgryźć. Tylko po co? Zabrzmiał ostrzej niż chciał.
Rzuciła mu przeciągłe spojrzenie pt. co ty odpierdzielasz? Ale nie zmieniła swojej postawy:
–Przysięgnij. – powiedziała to tak dobitnie, że Gizmo całkiem zgłupiał.
- Barwa, o co chodzi z tym lasem..?
Zamknęła oczy i westchnęła z rezygnacją.- Przysięgnij, błagam. Opowiem ci później, to była ciężka noc. – już prawie szeptała, a do niego dotarło jak musi być zmęczona. Cienie pod oczami, szarawy odcień skóry. Musiała mieć niezły młyn, a do tego wszystkiego dołożył się on, swoim spacerkiem o brzasku.
Zrobiło mu się głupio. Cholernie głupio i przykro.
- Pozwól ..- wziął ją na ręce. Była zaskakująco lekka i jeszcze bardziej zaskakująco uległa. Nie protestowała, bo już nie miała siły.
Położył ją na materacu-gruszce, przykrył cienkim kocem i pocałował w czoło.-Przepraszam. – pauza i – Przysięgam.
Zamrugała trzykrotnie, kąciki ust lekko się podniosły a potem zasnęła.

Głaskał ją po dłoni, patrząc jak zaczyna wolno, rytmicznie oddychać, jak zastyga w sennym rozluźnieniu. Nie znał jej takiej. Zawsze była pełna życia. Gdy impreza się kończyła, szła na spacer, bo nie mogła spać. Wkurzało ją to, że była wtedy sama, bo już nikt nie miał siły..na nic. Zawsze pierwsza, zawsze do przodu, tymczasem – śpi. Śpi spokojnie jak dziecko.
Czy na pewno? Gizmo, pacanie, to nie jest spokojny sen. To sen z wycieńczenia. Spójrz w jakiej pozycji leży. Skulona. Widzisz? Dłonie przy twarzy, w geście obronnym. To nie jest dobry sen, bynajmniej.
Znowu dopadło go poczucie winy. Nie wiedział dlaczego Barwa już nie wyglądała jak  j e g o  Barwa.
Nie miał zielonego pojęcia o tym, co robi i jak żyje. Zaniedbał kontakt. Oboje zaniedbali, ale on bardziej, bo wciąż łudził się, że akurat ona pozostanie niezmienna do samego końca. Jakby nie była człowiekiem, tylko jakąś..?
Wróżką? Rzucił okiem na koraliki w dredach
Szamanką.
- Mamy wiele do nadrobienia, słońce.już nie wiem…już nic nie wiem. Chcę ci pomóc.- szepnął a ona podrapała się przez sen w policzek i zmarszczyła brwi.
Idioto, chcesz ją obudzić?
Nie chciał.
Wziął świeże ciuchy i poszedł pod prysznic.  Nie wiedział, co zrobić ze sobą dalej. Może zrzuci od razu zdjęcia na laptop?
Może w końcu się rozpakuje..? Chyba zaczynał wierzyć, że zostanie na wyspie na dłużej.
Prysznic był niczym zbawienie.
Gizmo nareszcie poczuł się po prostu dobrze. Powyjmował z torby część rzeczy. Ciuchy zostawił w plecaku. Zorganizował sobie mniej/więcej nową przestrzeń ‘małego’ pokoju i rozciągnął się na łóżku.
Sen przyszedł od razu.

wtorek, 13 września 2011

Stoję w samym środku. I na obrzeżach.


Stoję w samym środku
i na obrzeżach
kręgu.
Dobrze jest ‘być’.

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jestem ‘panią i władczynią’ bez względu na sytuację. To nieprawda. Nie wiem czy kiedykolwiek będę tak silna we wszystkich sferach życia. Byłoby wspaniale, jednak na razie wciąż mam mnóstwo przywar, z którymi sobie nie radzę tak świetnie, jak powinnam. – bo powinnam je wyeliminować. Nie potrafię…ojj źle to zabrzmiało – wciąż próbuję.
Nadal mam w sobie mnóstwo cech, które ‘w odpowiednich warunkach’ szybko prowadzą do solidnego rozchwiania. Ciągle jestem słaba.
A mimo to silniejsza.
Jak to brzmi dla postronnego czytelnika? Pewnie nijak. Sęk w tym, że ‘bycie sobą’ nie jest tak łatwe jak być powinno. Nie jest łatwo być mną. – brzmi obrzydliwie wzniośle i bufoniasto, nie sądzisz..?
Hm, jak mam to rozjaśnić? Czuję się stabilniejsza.
Płacz i rozdygot zamieniłam na złość.
Czyli w chwilach naprawdę kiepskich, miotam piorunami, ale hola-hola, miotam nimi tylko jak ktoś mnie sprowokuje [dobra, przyznaję prowokacją może być sama obecność.] , więc wtedy staram się być sama.
Muzyka znowu staje się lekarstwem. [że ja naprawdę zapomniałam o tych wszystkich metodach..!] Krzyczy za mnie.
Sen nie dręczy, choć przemawia. Przemawia i daje do myślenia, znowu zwiastuje. Całe szczęście nie wplata w fabułę osób trzecich. Znowu chodzi tylko o mnie. To prostsze, mniej stresu.
A ja jako ja? Ja jako ja, staram się coś znaczyć. Ale nie w świecie jako takim. Staram się być dla najbliższych.  Obecność w ich życiu, w chwilach dobrych i złych – to stało się moim…? Moją misją? Moim zadaniem?
„Żyj tak, żeby po twojej śmierci przyjaciołom zrobiło się nudno”
Chcę być dla nich tak ważna, jak oni są dla mnie, to wszystko. Chcę dać im tyle dobra, ile sama dostałam. Chcę być. I wydaje mi się, że owszem j e s t e m.

Wcześniej często miałam etapy pt. odcina. Może za często. Byłam zagubiona. Jak mogłam więc pomagać odnaleźć się innym? Nie mogłam. Teraz znowu potrafię.

To wszystko brzmi bardzo…
nie bierzcie mnie za zarozumialca, proszę.

A jeśli spotkam cię na swojej drodze...

A jeśli spotkam cię na swojej drodze zmarzniętego, przemokniętego, przestraszonego i zagubionego, -jak porzuconego psiaka, w środku lasu
wiedz, że się zatrzymam.
Nie przejdę obojętnie, mimo, że coś będzie odciągać od ciebie mój wzrok. To ‘coś’ pozwoli mi wysłuchać cię z zachowaniem pewnej dozy rozsądku. Z przewagą rozsądku, bądźmy szczerzy.
I kiedy zawołasz mnie spojrzeniem,
skupię na tobie całą swoją uwagę, chociaż ‘coś’ będzie szukać w tym wszystkim fałszu.
Zarzucasz mi wyrachowanie i obojętność, ale to nie tak. To nie w ten sposób. Na powrót panuję nad wszystkimi mechanizmami reakcji.
Dobra, inaczej – potrafię nad nimi zapanować.

sobota, 10 września 2011

Spaliłam ten dzień.

Czyhało, czaiło się
dopadło.
To był zły dzień.
Od początku, do końca.
Zaczął się pretensją podaną do porannej herbaty.
Przebiegł bardzo nieciekawie,
zakończył się kiepsko.
To był zły dzień,
jeden z tych, których nienawidzę,
bo nienawidziłam.
pierdół. siebie. szelestu. pstrykania.
wystarczyła iskra, żeby wybuchnął płomień.
Płomienie.
Spaliłam ten dzień doszczętnie.

Ka-tet.

wśród tłumu i samotnie
przywódca i wojownik
na czele i wśród oddziałów
w biało-różowym świetle zaufania
Kręgi nigdy nie były mocniejsze.


A znaczy to tyle, co - mam swój ka-tet.
[ka-tet to osoby powiązane ze sobą przeznaczeniem. zespół ludzi, których losy się w jakimś stopniu splatają]
I hopaj-siup, jesteśmy młodzi, piękni, gniewni, szurnięci... dobrze nam z tym, hej!

Wrzesień.
Ten wrzesień jest bardzo...niebezpieczny.
Czyha. Czai się.
Jest złym fioletem.



ka-tet - zaczerpnięte z cyklu 'Mroczna Wieża" S.Kinga

sobota, 3 września 2011

Olśniło.

Wróciła ze spaceru owiana wczesnowrześniowym, chłodnym wiatrem, zwiastującym jesień. Czuła się dobrze.
Względnie dobrze, zważywszy na wciąż niepokorne watahy myśli. Sięgnęła po szklany dzbanek z wodą, jednocześnie, drugą dłonią chwytając szklankę. Przechyliła większe naczynie ponad mniejszym...i nagle ujrzała,
oświeciło, dotarło wróciło.
ogromny pomnik. Złotawy barwą, choć niewątpliwie kamienny. Stała w jego cieniu, tak malutka w obliczu jego wielkości. Jej źrenice rozszerzały się, w miarę jak wzrok podążał w górę, wodząc po kształtach posągu.
Gdy już prześledziła splot palców, linie papilarne, i zastygłe jakby, mięśnie, dotarła do szczytu i omal nie pisnęła.
Ujrzała piękny, długi, środkowy palec wznoszący się dumnie i majestatycznie. Wysyłał światu prosty przekaz.
Cudem niepomiernym, z jej rozdziawionej gęby nie pociekła ślinka z tępego, autentycznego zachwytu, a oczy nie puściły soków z nagłego wzruszenia.
Jakby odnalazła zagubionego psiaka.
Coś w niej rosło i jaśniało.
W pierwszym odruchu
Jak mogłaś zapomnieć, osiołku?
skarciła się w myślach. Jak nieuważnego dzieciaka, czule i pobłażliwie.
Rzeczywiście, zapomniała. Zapomniała na całą wieczność, w jaki sposób szła przez niektóre części świata. W jaki sposób radziła sobie z atakiem mentalności, które były..zawadzające. Z nadmiarem uczuć. Z wybujałością, otóż to!
Zapomniała jak pięknie szła jej minimalizacja i odróżnianie tego, co ważne, od tego co męczące. Odsiewała mak z piasku jak maszyna, a potem coś się uszkodziło i przestała odsiewać w ogóle.
Ojj! Ty głupiutka!
A potem zobaczyła coś jeszcze. Siebie. Stała na środku drogi, tak wyraźna, taka pewna siebie. Uśmiechnięta i niezależna.
Pierdolić pierdoły.

*„żyj dniem i bierz, co przyniesie.”

Śmiała się od środka. Cieszyła się wewnętrznie, jeszcze chwila, a jej wątroba faktycznie nauczy się uśmiechać.

*S. King "Ręka Mistrza."




piątek, 2 września 2011

Słodkocierpkość.

Słodkocierpkość wypełnia moją gębę
i gardziel,
gdy przechylam szklankę, dnem wznosząc ją w górę
Do dna, panowie i panie!
Do dna!, a niech to...
Bum-bęc i już.
"Ike wraca do domu.
Ike wrócił do domu z bamu i wszystko było świetnie.
BAF! Koniec!"
Sok pomarańczowy.
Wraca do mnie jako zachcianka w chwilach trudnych - no naprawdę.
Zawsze na zwątpienie.
Sssmak.
Smak pomaga określić i zrozumieć.
Taniec myśli.
Kolor myśli.
Smak myśli.
Yeap. Dalej, dalej, w kółeczko! Hip-hip sto lat!

co u mnie?