sobota, 27 sierpnia 2011

Filiżanka ziołowej mieszanki.

Był wieczór, po ciężkim dniu. Zaparzyła sobie filiżankę mocnej, ziołowej mieszanki, która miała pomóc Morfeuszowi ją odnaleźć.
Wypiła ją powoli, zerkając bezmyślnie w obrazy migające w telewizorze, myślami błądząc wokół tych samych tematów, w oczekiwaniu na działanie specyfiku.
Rzeczywiście, wszystko zrobiło się jakieś bardziej chaotyczne i niepewne a jednak wciąż drażniące. Umyła zęby i stwierdziła, że nadszedł czas na sen.

Zgasiła wszystkie światła i skierowała się w dół, po kamiennych schodach, w stronę sypialni. Ciemność zdawała się falować a stopnie lekko drgać, co dało jej pewność, że umysł jest na skraju i żegna się z tym wymiarem świadomości.
Weszła do pokoju, opierając się o framugę. Nie miała drzwi. Nie lubiła drzwi. Był tam tylko obudowany dookoła otwór.  Po prawej stało wielkie łóżko, nienagannie pościelone. Obok niego stał mały, nocny stolik z pokaźnym stosikiem książek, które czytała po kolei.
Oparła się plecami o ścianę, żeby przez chwilę popatrzeć na widok za oknami.
A okna miała naprzeciwko.  Okna wysokie od podłogi do sufitu, czyli na jakieś 3 metry. Szerokie na 1,5 m każde. Okna jak oczy pokoju, którymi mogła obserwować ogród na tyłach domu. Jej ulubiony zakątek, w którym rosły świerki srebrne i różne inne ciekawe iglaki, których nazw nie znała lub nie pamiętała.
Tworzyły swego rodzaju półkole, w którym stał jej leżak. Tam czytywała książki. Poza polem widzenia, ale wciąż w tamtym miejscu, w cieniu, stał potężny, drewniany stół. Tam pisała. Tam czasami jadła śniadanie, tam siadała z telefonem komórkowym w ręku, gdy musiała załatwić jakąś przykrą lub trudną sprawę.
Tam rosła kępa lawendy.
I ‘kuleczek’.
I bluszcz piął się po wierzbie.
To ją uspokajało.
Zrobiła kilka ostatnich kroków w stronę łóżka, wciąż idąc jak zoombie, chwiejnie, co jakiś czas wyciągając przed siebie ręce, wiedziona przekonaniem, że coś stoi na przeszkodzie, chociaż niczego przed nią nie było.
Wgramoliła się pod kołdrę i zastygła z przekręconym tułowiem, bo tak jej było wygodnie. Przez chwilę. Zmiana pozycji. Znowu źle… wierciła się jak grymaśne dziecko, wciąż czując dyskomfort.
W końcu zmusiła się do leżenia na wznak, zamknięcia oczu i próby wyłączenia myśli. Obrazy tak, głos nie. Ma być cicho.
Leżała i leżała, usilnie próbując wskoczyć w sen, aż w końcu pęcherz dał o sobie znać – jestem pełny! powiedział a ona, zła na niego, na siebie, na tę noc- wstała niezgrabnie i wróciła na piętro. 
Łazienka. I co dalej? Była wkurzona, była tak zmęczona, że ledwie trzymała się na nogach
No to co? No to znowu ziółka, a jakże.
Wstawiła wodę, naszykowała filiżankę.
Gdy zalała torebkę mieszanki, zapach wdarł się gwałtem w jej nozdrza. Zrobiło jej się niedobrze, ale zamknęła oczy i to minęło. Wzięła filiżankę do ręki i chciała przejść do wysokiego blatu, niedaleko. Filiżanka jakby ożyła, przechyliła się, zawarczała, oblała jej palce i nogę wrzątkiem.
To był moment graniczny.
Postawiła naczynie na blacie a jej oczy, w końcu wypuściły parę kropel łez. Nie z bólu. Z tego stanu. Z tego, że to już za dużo.
Zanim dotarło do niej, ze skóra piecze ją nieznośnie, wytarła podłogę i już szła w stronę fioletowej kanapy w salonie… zmieniła kierunek. Łazienka. Zimna woda.
Jak długo jeszcze będzie się szarpać z rzeczywistością, zanim w końcu odpłynie i złapie trochę ukojenia?
Nie wiedziała. Już niczego nie wiedziała.
Jak długo będę czekać…co usłyszę, dlaczego tak, dlaczego…CICHO. Krzyczała na siebie w myślach.
Tym razem udało jej się zignorować uczucie niewygody, tym razem wytrwała i udało jej się zasnąć.

Poranek był znowu irytująco  gorący.
Sen nie zakończył dygotu w środku. Telefon milczał, ale czas parł do przodu nieustannie. Będzie musiała podjąć próbę odseparowania swoich rozstrojów… będzie musiała trzymać to, co siedziało w środku – w środku. W ukryciu. Nie pozwolić wyleźć. Przez słowa, przez gesty, przez oczy. Nie wiedziała w jakim stopniu jej się to uda- pewnie w niewielkim i dobry obserwator bez trudu zauważy, że coś jest nie tak. Liczyła zatem, że nikt nie będzie bawił się w obserwowanie, a w powietrzu zalśnią tematy, na których będzie mogła się chwilowo skupić. I tak od chwili do chwili… jakoś to będzie.

3 komentarze:

  1. no popatrz... a ja dziś zapijam się zimną colą z cytryną, żeby tego Morfeusza odpędzić. co za ironia losu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam na mój blog i dodanie do obserwowanych :

    gdy-serce-rozkaze.blogspot.com

    pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Najgorsze są momenty, kiedy się wie, że sen przyniesie ukojenie, chwilowe i ulotne, ale zawsze ukojenie... i wtedy jak na złość Morfeusz nie przychodzi...

    Kiedyś odkryłam, że noc to najintensywniejsza pora dnia. Tak już zostało do dziś.

    OdpowiedzUsuń