środa, 24 sierpnia 2011

Efekt duchoty. - Jezioro.

Czy opowiadanie z serii ‘surfuję po swoim kolorowym wnętrzu’ coś da? Czy coś mi da?
Jak je zacząć? Ogród. Dlaczego ogród? Nie wiem, ale chyba ogród będzie dobrym miejscem…ogród i strusie.


Przechadzała się boso po rajskim ogrodzie Karmazynowego Króla. Wiatr zaplatał materiał jej zwiewnej sukni wokół talii i nóg. Długie włosy powiewały na wietrze. Szła spokojnie, żeby ukryć przed strażnikami Karmazynowego, że coś ją trapi.
Udawała, że przygląda się delikatnym kwiatom, muska ich płatki i schyla się, żeby napawać się ich trującym zapachem. W rzeczywistości, gdy tylko zbliżała nos do kolorowego kłębka róży, wstrzymywała oddech.  Znała sztuczki Karmazynowego. W jego królestwie wszystko było zdradliwe. Zapach kwiatów prawdopodobnie wywoływał halucynacje i przenosił do innych światów.
Nie miała ochoty na podróże.
Zastanawiała się gdzie podział się Szen. Zastanawiała się, w jaki sposób dostać się tam, gdzie był.
Karmazynowy był bardzo gościnny. Tak bardzo, że prośba o wysłanie jej do towarzysza, była co najmniej ryzykowna i śmieszna. Nigdy sam jej tam nie wyśle, chociaż wciąż ślinił się z życzliwości.
Bała się go. To, że znajdowała się w jego Królestwie nie przynosiło niczego dobrego. Nie mogła decydować o swoim losie, wkroczyła na teren tego, który władał. Wcale jej się to nie podobało. Nie mogła kontynuować poszukiwań Diamentowego Berła, nie miała pojęcia co dzieje się z Szenem. Czuła, że potrafił już sam tworzyć i niejako oddziaływać na rzeczywistość, w której się znajdował. Wiedział jak to robić, choć czasami dopadało go zwątpienie i rezygnacja.
Jej nieobecność nie była w żaden sposób pomocna. Zewsząd otaczały go różne istoty, pułapki, ślepe zaułki, które odwracały jego uwagę od poszukiwań, od niego samego, od niej, od wszystkiego.
Chciała się do niego dostać.
W głowie wciąż kołatał jej tylko jeden pomysł. – Oszukać Karmazynowego.
Wzdrygała się na myśl o konsekwencjach, z drugiej jednak strony wiedziała, że jakaś jego część, lubiła jej niepodporządkowanie. Była jedną z nielicznych Podróżniczek, które mu nie uległy mimo cudów, jakie im oferował. A oferował wiele. W jego Królestwie każda kobieta wyglądała tak, jak chciała wyglądać. Ona też- była wyższa, smuklejsza, jej ciało było ładnie wyrzeźbione i zgrabne. Piersi pełne, nogi długie, tyłek w sam raz. Wszystko idealnie.
Mogła przechadzać się ogrodami, uczestniczyć w wystawnych bankietach i mniej wystawnych, lubieżnych, głośnych imprezach w Podziemiach. Mogła obserwować życie wybranych osób, nieznacznie wpływać na losy Podróżników i gdyby zgodziła się zasiąść obok tronu Karmazynowego, mogłaby..a jakże, wiedziałaby gdzie jest Diamentowe Berło.
 Ceną byłaby jej dusza. Jej suwerenność, jej ciało, jej umysł, jej życie i jej wieczność.
Nigdy nie zgodzi się na taki układ.
Karmazynowy jednak wciąż wierzył, że wkrótce mu ulegnie.
Snując rozmyślania, przemierzała kolejne, kręte alejki ogrodu, trochę nieświadomie, w której jego części się znajduje.
Jezioro.
Usłyszała w głowie głos Szena i aż przystanęła, zapominając na chwilę o wszędobylskich trolach Karmazynowego. Udała, że ugryzł ją jakiś owad i poszła dalej.
Jezioro? Jakie jezioro na litość boską?
Idź
Za mną.
Głos w jej głowie był nikły, jakby dochodził z dużej odległości. Rozejrzała się dookoła, ale niczego szczególnego nie zauważyła. Strusie nadal przechadzały się po trawie między krzakami-kulkami, niebieskie wiewiórki o ‘’bombastrasznie ogeeeromnych’’ oczach,  wiecznie rozgorączkowane biegały po drzewach,  a włochate gąsienice wielkości kotów, pełzły leniwie wzdłuż ścieżek.
Wiatr zmienił kierunek i pchnął ją lekko w plecy.
Poszła przed siebie, mając nadzieję, że głos który słyszała nie jest efektem kwiatowych oparów. Kiedy chciała skręcić zgodnie ze ścieżką w lewo, wiatr uderzył ją właśnie z lewej – niespodziewanie mocno, i pchnął w objęcia krzaka Mruczały. Wpadła w gałęzie pstrokatych liści, które wydały z siebie charakterystyczne ‘’mrrrrrr’’ i objęły lekko jej ramiona.
Cholera jasna, co jest grane?
Idź
Za
Mną
Znowu głos Szena. Dałby se spokój z niejasnościami, no naprawdę.
Przeszła przez krzak i znalazła się na trawiastym skwerku.  Strusie gapiły się na nią przez chwilę tak, że aż ciarki ją przeszły, a potem wróciły do majestatycznego przechadzania się.
Zgodnie z przewodnictwem podmuchów, szła na przełaj przez ogród, aż w końcu zatrzymała się przy zarośniętej grocie, przy ogrodowym wodospadzie.
Wiatr zaczął wiać jakby od dołu.
Z ciemnego otworu wyszedł koń. Jak mamę kocham koń w Karmazynowym Królestwie!
Niebieski koń. Bardzo stary, zmęczony, niebieski koń z blizną zamiast prawego oka i złamanym rogiem rosnącym pomiędzy uszami.
Coś ścisnęło jej wnętrzności na ten widok. Pogłaskała zwierze po pysku, a z kącika jej oka popłynęła łza.
Koń patrzył na nią jednym okiem, przepełnionym wdzięcznością i bólem.
Wszedł do groty, a wiatr kazał jej iść za nim.
Gdy tylko zrobiła krok ku ciemności, jak zwykle, w tym dziwnym świecie, spadła w dół.
Spadała bardzo szybko, aż w końcu runęła do wzburzonej wody. Fale były wściekłe, skały ostre – została rzucona na jedną z nich, wystającą z wody niebezpiecznie. Plecy przeszył ból. Nie zdążyła się niczego złapać. Szara woda porwała ją znowu, podtopiła, rzuciła dalej.
Z trudem łapała oddech, gdy tylko znalazła się ponad powierzchnią obłąkanego żywiołu.
Wtem coś złapało ją za kostki. – jak w starych horrorach. Oślizgłe dłonie – bo bez wątpienia czuła na sobie zaciskające się palce, ściągnęły ją pod powierzchnię.
Ściągnęły i nie zamierzały puścić. W głowie nie słyszała już głosu Szena, teraz czuła w niej gniew Karmazynowego. Jej oczom ukazała się egzekucja jakiej dokonał na jednej z oddanych Podróżniczek na wieść o tym, że ona uciekła.
To był szybki obraz. Karmazynowy w furii chwycił tamtą kobietę za gardło, podniósł wysoko i jakby nieświadomie zaciskał dłoń coraz mocniej, po czym rzucił ciało pięknej blondynki Groulowi – swojemu pupilowi o niezliczonej ilości zębów ostrych jak szpilki, który wyglądem przypominał wielką, czarną plamę z jamą gębową.
Sunąc tak w toń, ciągnięta przez niewidzialne ręce, czuła, że dłużej nie uda jej się wstrzymywać oddechu. Zachłysnęła się wodą i straciła przytomność.
Obudziła się na czymś miękkim. Było jej ciepło, i chociaż bolała ją głowa, już po jednym świadomym wdechu czuła, że jest bezpieczna.
Czuła jego zapach i to wystarczyło. Otworzyła oczy niepewnie – nieopodal stała półkula, lśniąca bladym, błękitnym światłem, które dawało ciepło.
Ktoś pogłaskał ją po głowie i plecach, delikatnie.
- Śpij. Jeszcze troszkę. Wszystko jest dobrze, jestem przy tobie.
Dostała całusa w kark i to rozluźniło ją kompletnie. Zasnęła ponownie, śniąc o wspólnych poszukiwaniach. Zanim jednak umysł odpłynął, wydawało jej się, że Szen mówi cicho – Spotkałem Scotta. Zostawił nam bafy, Lil. To są dobre bafy.

·         Karmazynowy Król – S. King „Bezsenność”
·         Scott, bafy, ‘bombastrasznie ogeeromne’ – S. King „Historia Lisey”

5 komentarzy:

  1. Czytujesz Kinga? Swego czasu pochłonęłam wszystkie pozycje tego autora dostępne w mojej miejskiej bibliotece. Hehe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczytałam się dziś na Twoim blogu.Pozdrawiam i zapraszam do siebie....:):):)sylviiart

    OdpowiedzUsuń
  3. Karmazynowy Król? A mnie to się od razu King Crimson kojarzy...
    Dla Ciebie
    http://www.youtube.com/watch?v=QGQHL0t_uyU

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne to było, dobrze się czytało...
    No i mam nieodpartą ochotę na więcej! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Będzie więcej. Nie wiem czy pociągnę tę konkretną historię. To druga część jakby, pierwszą był Efekt deszczu-Diamentowe Berło. ;) W każdym razie coś tam naklakam na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń