środa, 31 sierpnia 2011

Ojejuniu!


Upycham godziny.
Ciasnoszczelnie.
Upycham, dopycham, zapycham się różnymi czynnościami, żeby dzień minął szybciej.
I lepiej.
Jakościowo dni są lepsze.
Noce niekoniecznie, chociaż zapowiadało się tak dobrze, - już było dobrze.
Kilka nocy z rzędu spałam snem sprawiedliwego. Ostatnio nie pamiętam swoich snów.
Dzisiejszej nocy  nie. Dzisiejszej obudziłam się po trzech godzinach, myśląc – hej, znowu ci się coś poprzestawiało. Jest noc, to nie miała być popołudniowa drzemka a regenerujący, długi sen.
Do kogo ja tak sobie myślę? Do organizmu chyba.
Nie chce słuchać, przekornik.
Wstałam bez chwili wahania, zbyt trzeźwo myślałam jak na taką godzinę, nie było więc sensu męczyć się leżeniem.
Początkowo chciałam czytać, zajęłam się jednak pisaniem. Ostatnio w wolnych chwilach robię tylko to. Czytam lub piszę.
A generalnie to się motam. Z ludźmi się motam, z myślami się motam, taaka jestem omotana. I wciąż próbuję nauczyć się swobody.
Nauczyć się? Tego się nie da nauczyć. To trzeba poczuć.  Dobrze, a więc uczę się nie rozbijać wszystkiego w myślach, nie analizować tego, co niepotrzebne, zostawić.
„zostaw to.”
Choć nie wiem, czy to dobra metoda.
Hm, w każdym razie ojejuniu!, rozpamiętywanie tylko mnie wkurza, za to pogoda jest idealna, cieszy mnie, cieszy niezmiernie.
Chociaż po cichu.
Dokąd dzisiaj..?
‘’New thinking, new possiblities’’ bądź jak Hyundai.
Mistrzyni żartów ze mnie, co? Ych.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Słońce prześwieca przez liście.

-Wczoraj nagrałem .. [głos zanika, ona przestaje słuchać, ten początek przenosi ją gdzieś indziej, dryfuje na falach wyobraźni, pojedyncze obrazy tworzą historię, która nigdy nie miała miejsca.] - Judyta...?
-Ja też nie ogarnęłam. - mówi cicho, sięga pod nogi, wyrywa kępkę trawy i bawi się nią nieświadomie.
On patrzy na na nią zdumiony, czarne brwi podnosi wysoko, ale nie pyta. Nie pyta o nic, chociaż skręca go od środka. Wie, że to bez sensu.
-Przepraszam, o czym mówiłeś..? Chyba znowu odpłynęłam.- patrzy na niego już przytomnie i trzeźwo, ze smutkiem i zażenowaniem, bo tak jej głupio, że nie słuchała jego opowieści.
Patrzy na nią z lekkim uśmiechem, nieznacznie mruży oczy -Nie szkodzi, to nic ważnego.
-Powtórz, proszę.-niemal błagalnie.
On opiera brodę na dłoni i chwilę bada ją wzrokiem [ciemnobrązowym]. Stara się ocenić, czy tym razem go wysłucha, czy też znowu się zamyśli.-Dobrze, skup się.. - mówi z lekkim rozbawieniem a ona czuje ulgę i uśmiecha się  szeroko, przez chwilę.
-Nie uronię ani słowa, obiecuję. -kieruje na niego całą swoją uwagę.Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Bum-bum.

*"Uśmiechaj się wątrobą."
Jestem spętana. Sznury wbijają się moje nagie ciało.Wiszę nad przepaścią, oplątana trzema grubymi linami. Ciasno. Tak ciasno, że krew krąży z trudem.
Muszę się uwolnić.
Jak Harry Houdini.

Jestem ściśnięta. Wszystkie uczucia zmięte, zgniecione, zdeformowane.
Zbite w jedną kulkę.
Muszę je rozluźnić.
Nauczyć się swobody.
Tak od środka.

Muszę się uwolnić. Poznać siebie od nowa.
Zadbać, wyleczyć- czy zdążę?
Nieważne.
Grunt to spróbować. zacząć.
Zadziałać.!
W przeciwnym razie po prostu
   oszaleję.

To nie poszukiwania
to misja ratunkowa
operacja niecierpiąca zwłoki
moja osobowość leży na OIOMie.

Poprzednim razem, wszystko odbywało się inaczej...
Otworzyć oczy
i zobaczyć świat po raz kolejny, ale po raz pierwszy.

Chcę, żeby kolory znowu mnie słuchały.
Na razie rzucają się jak wściekłe psy.

**"Rzecz zawsze sprowadza się do dwóch możliwości. Zacząć żyć lub zacząć umierać."





* cytat z filmu "Jedz. Módl się. Kochaj"
** S. King "Skazani na Shawshank"

sobota, 27 sierpnia 2011

Filiżanka ziołowej mieszanki.

Był wieczór, po ciężkim dniu. Zaparzyła sobie filiżankę mocnej, ziołowej mieszanki, która miała pomóc Morfeuszowi ją odnaleźć.
Wypiła ją powoli, zerkając bezmyślnie w obrazy migające w telewizorze, myślami błądząc wokół tych samych tematów, w oczekiwaniu na działanie specyfiku.
Rzeczywiście, wszystko zrobiło się jakieś bardziej chaotyczne i niepewne a jednak wciąż drażniące. Umyła zęby i stwierdziła, że nadszedł czas na sen.

Zgasiła wszystkie światła i skierowała się w dół, po kamiennych schodach, w stronę sypialni. Ciemność zdawała się falować a stopnie lekko drgać, co dało jej pewność, że umysł jest na skraju i żegna się z tym wymiarem świadomości.
Weszła do pokoju, opierając się o framugę. Nie miała drzwi. Nie lubiła drzwi. Był tam tylko obudowany dookoła otwór.  Po prawej stało wielkie łóżko, nienagannie pościelone. Obok niego stał mały, nocny stolik z pokaźnym stosikiem książek, które czytała po kolei.
Oparła się plecami o ścianę, żeby przez chwilę popatrzeć na widok za oknami.
A okna miała naprzeciwko.  Okna wysokie od podłogi do sufitu, czyli na jakieś 3 metry. Szerokie na 1,5 m każde. Okna jak oczy pokoju, którymi mogła obserwować ogród na tyłach domu. Jej ulubiony zakątek, w którym rosły świerki srebrne i różne inne ciekawe iglaki, których nazw nie znała lub nie pamiętała.
Tworzyły swego rodzaju półkole, w którym stał jej leżak. Tam czytywała książki. Poza polem widzenia, ale wciąż w tamtym miejscu, w cieniu, stał potężny, drewniany stół. Tam pisała. Tam czasami jadła śniadanie, tam siadała z telefonem komórkowym w ręku, gdy musiała załatwić jakąś przykrą lub trudną sprawę.
Tam rosła kępa lawendy.
I ‘kuleczek’.
I bluszcz piął się po wierzbie.
To ją uspokajało.
Zrobiła kilka ostatnich kroków w stronę łóżka, wciąż idąc jak zoombie, chwiejnie, co jakiś czas wyciągając przed siebie ręce, wiedziona przekonaniem, że coś stoi na przeszkodzie, chociaż niczego przed nią nie było.
Wgramoliła się pod kołdrę i zastygła z przekręconym tułowiem, bo tak jej było wygodnie. Przez chwilę. Zmiana pozycji. Znowu źle… wierciła się jak grymaśne dziecko, wciąż czując dyskomfort.
W końcu zmusiła się do leżenia na wznak, zamknięcia oczu i próby wyłączenia myśli. Obrazy tak, głos nie. Ma być cicho.
Leżała i leżała, usilnie próbując wskoczyć w sen, aż w końcu pęcherz dał o sobie znać – jestem pełny! powiedział a ona, zła na niego, na siebie, na tę noc- wstała niezgrabnie i wróciła na piętro. 
Łazienka. I co dalej? Była wkurzona, była tak zmęczona, że ledwie trzymała się na nogach
No to co? No to znowu ziółka, a jakże.
Wstawiła wodę, naszykowała filiżankę.
Gdy zalała torebkę mieszanki, zapach wdarł się gwałtem w jej nozdrza. Zrobiło jej się niedobrze, ale zamknęła oczy i to minęło. Wzięła filiżankę do ręki i chciała przejść do wysokiego blatu, niedaleko. Filiżanka jakby ożyła, przechyliła się, zawarczała, oblała jej palce i nogę wrzątkiem.
To był moment graniczny.
Postawiła naczynie na blacie a jej oczy, w końcu wypuściły parę kropel łez. Nie z bólu. Z tego stanu. Z tego, że to już za dużo.
Zanim dotarło do niej, ze skóra piecze ją nieznośnie, wytarła podłogę i już szła w stronę fioletowej kanapy w salonie… zmieniła kierunek. Łazienka. Zimna woda.
Jak długo jeszcze będzie się szarpać z rzeczywistością, zanim w końcu odpłynie i złapie trochę ukojenia?
Nie wiedziała. Już niczego nie wiedziała.
Jak długo będę czekać…co usłyszę, dlaczego tak, dlaczego…CICHO. Krzyczała na siebie w myślach.
Tym razem udało jej się zignorować uczucie niewygody, tym razem wytrwała i udało jej się zasnąć.

Poranek był znowu irytująco  gorący.
Sen nie zakończył dygotu w środku. Telefon milczał, ale czas parł do przodu nieustannie. Będzie musiała podjąć próbę odseparowania swoich rozstrojów… będzie musiała trzymać to, co siedziało w środku – w środku. W ukryciu. Nie pozwolić wyleźć. Przez słowa, przez gesty, przez oczy. Nie wiedziała w jakim stopniu jej się to uda- pewnie w niewielkim i dobry obserwator bez trudu zauważy, że coś jest nie tak. Liczyła zatem, że nikt nie będzie bawił się w obserwowanie, a w powietrzu zalśnią tematy, na których będzie mogła się chwilowo skupić. I tak od chwili do chwili… jakoś to będzie.

piątek, 26 sierpnia 2011

fioletowo-różowe.

Przerzucił ją sobie przez ramię, przekręcił i puścił
zawisła nieruchomo w powietrzu.
gruchnie z łomotem
czy zostanie złapana z powrotem?

Skylar Grey - Dance Without You

Słabsza z Silniejszą. Bo rozbieżności mieszają się we mnie jak w mikserze.
Upał.
Duchota.
A w środku nieprzyjemny chłód.
i pustka. pustynia. zostanę tak-tam..? nie chcę.

środa, 24 sierpnia 2011

Efekt duchoty. - Jezioro.

Czy opowiadanie z serii ‘surfuję po swoim kolorowym wnętrzu’ coś da? Czy coś mi da?
Jak je zacząć? Ogród. Dlaczego ogród? Nie wiem, ale chyba ogród będzie dobrym miejscem…ogród i strusie.


Przechadzała się boso po rajskim ogrodzie Karmazynowego Króla. Wiatr zaplatał materiał jej zwiewnej sukni wokół talii i nóg. Długie włosy powiewały na wietrze. Szła spokojnie, żeby ukryć przed strażnikami Karmazynowego, że coś ją trapi.
Udawała, że przygląda się delikatnym kwiatom, muska ich płatki i schyla się, żeby napawać się ich trującym zapachem. W rzeczywistości, gdy tylko zbliżała nos do kolorowego kłębka róży, wstrzymywała oddech.  Znała sztuczki Karmazynowego. W jego królestwie wszystko było zdradliwe. Zapach kwiatów prawdopodobnie wywoływał halucynacje i przenosił do innych światów.
Nie miała ochoty na podróże.
Zastanawiała się gdzie podział się Szen. Zastanawiała się, w jaki sposób dostać się tam, gdzie był.
Karmazynowy był bardzo gościnny. Tak bardzo, że prośba o wysłanie jej do towarzysza, była co najmniej ryzykowna i śmieszna. Nigdy sam jej tam nie wyśle, chociaż wciąż ślinił się z życzliwości.
Bała się go. To, że znajdowała się w jego Królestwie nie przynosiło niczego dobrego. Nie mogła decydować o swoim losie, wkroczyła na teren tego, który władał. Wcale jej się to nie podobało. Nie mogła kontynuować poszukiwań Diamentowego Berła, nie miała pojęcia co dzieje się z Szenem. Czuła, że potrafił już sam tworzyć i niejako oddziaływać na rzeczywistość, w której się znajdował. Wiedział jak to robić, choć czasami dopadało go zwątpienie i rezygnacja.
Jej nieobecność nie była w żaden sposób pomocna. Zewsząd otaczały go różne istoty, pułapki, ślepe zaułki, które odwracały jego uwagę od poszukiwań, od niego samego, od niej, od wszystkiego.
Chciała się do niego dostać.
W głowie wciąż kołatał jej tylko jeden pomysł. – Oszukać Karmazynowego.
Wzdrygała się na myśl o konsekwencjach, z drugiej jednak strony wiedziała, że jakaś jego część, lubiła jej niepodporządkowanie. Była jedną z nielicznych Podróżniczek, które mu nie uległy mimo cudów, jakie im oferował. A oferował wiele. W jego Królestwie każda kobieta wyglądała tak, jak chciała wyglądać. Ona też- była wyższa, smuklejsza, jej ciało było ładnie wyrzeźbione i zgrabne. Piersi pełne, nogi długie, tyłek w sam raz. Wszystko idealnie.
Mogła przechadzać się ogrodami, uczestniczyć w wystawnych bankietach i mniej wystawnych, lubieżnych, głośnych imprezach w Podziemiach. Mogła obserwować życie wybranych osób, nieznacznie wpływać na losy Podróżników i gdyby zgodziła się zasiąść obok tronu Karmazynowego, mogłaby..a jakże, wiedziałaby gdzie jest Diamentowe Berło.
 Ceną byłaby jej dusza. Jej suwerenność, jej ciało, jej umysł, jej życie i jej wieczność.
Nigdy nie zgodzi się na taki układ.
Karmazynowy jednak wciąż wierzył, że wkrótce mu ulegnie.
Snując rozmyślania, przemierzała kolejne, kręte alejki ogrodu, trochę nieświadomie, w której jego części się znajduje.
Jezioro.
Usłyszała w głowie głos Szena i aż przystanęła, zapominając na chwilę o wszędobylskich trolach Karmazynowego. Udała, że ugryzł ją jakiś owad i poszła dalej.
Jezioro? Jakie jezioro na litość boską?
Idź
Za mną.
Głos w jej głowie był nikły, jakby dochodził z dużej odległości. Rozejrzała się dookoła, ale niczego szczególnego nie zauważyła. Strusie nadal przechadzały się po trawie między krzakami-kulkami, niebieskie wiewiórki o ‘’bombastrasznie ogeeeromnych’’ oczach,  wiecznie rozgorączkowane biegały po drzewach,  a włochate gąsienice wielkości kotów, pełzły leniwie wzdłuż ścieżek.
Wiatr zmienił kierunek i pchnął ją lekko w plecy.
Poszła przed siebie, mając nadzieję, że głos który słyszała nie jest efektem kwiatowych oparów. Kiedy chciała skręcić zgodnie ze ścieżką w lewo, wiatr uderzył ją właśnie z lewej – niespodziewanie mocno, i pchnął w objęcia krzaka Mruczały. Wpadła w gałęzie pstrokatych liści, które wydały z siebie charakterystyczne ‘’mrrrrrr’’ i objęły lekko jej ramiona.
Cholera jasna, co jest grane?
Idź
Za
Mną
Znowu głos Szena. Dałby se spokój z niejasnościami, no naprawdę.
Przeszła przez krzak i znalazła się na trawiastym skwerku.  Strusie gapiły się na nią przez chwilę tak, że aż ciarki ją przeszły, a potem wróciły do majestatycznego przechadzania się.
Zgodnie z przewodnictwem podmuchów, szła na przełaj przez ogród, aż w końcu zatrzymała się przy zarośniętej grocie, przy ogrodowym wodospadzie.
Wiatr zaczął wiać jakby od dołu.
Z ciemnego otworu wyszedł koń. Jak mamę kocham koń w Karmazynowym Królestwie!
Niebieski koń. Bardzo stary, zmęczony, niebieski koń z blizną zamiast prawego oka i złamanym rogiem rosnącym pomiędzy uszami.
Coś ścisnęło jej wnętrzności na ten widok. Pogłaskała zwierze po pysku, a z kącika jej oka popłynęła łza.
Koń patrzył na nią jednym okiem, przepełnionym wdzięcznością i bólem.
Wszedł do groty, a wiatr kazał jej iść za nim.
Gdy tylko zrobiła krok ku ciemności, jak zwykle, w tym dziwnym świecie, spadła w dół.
Spadała bardzo szybko, aż w końcu runęła do wzburzonej wody. Fale były wściekłe, skały ostre – została rzucona na jedną z nich, wystającą z wody niebezpiecznie. Plecy przeszył ból. Nie zdążyła się niczego złapać. Szara woda porwała ją znowu, podtopiła, rzuciła dalej.
Z trudem łapała oddech, gdy tylko znalazła się ponad powierzchnią obłąkanego żywiołu.
Wtem coś złapało ją za kostki. – jak w starych horrorach. Oślizgłe dłonie – bo bez wątpienia czuła na sobie zaciskające się palce, ściągnęły ją pod powierzchnię.
Ściągnęły i nie zamierzały puścić. W głowie nie słyszała już głosu Szena, teraz czuła w niej gniew Karmazynowego. Jej oczom ukazała się egzekucja jakiej dokonał na jednej z oddanych Podróżniczek na wieść o tym, że ona uciekła.
To był szybki obraz. Karmazynowy w furii chwycił tamtą kobietę za gardło, podniósł wysoko i jakby nieświadomie zaciskał dłoń coraz mocniej, po czym rzucił ciało pięknej blondynki Groulowi – swojemu pupilowi o niezliczonej ilości zębów ostrych jak szpilki, który wyglądem przypominał wielką, czarną plamę z jamą gębową.
Sunąc tak w toń, ciągnięta przez niewidzialne ręce, czuła, że dłużej nie uda jej się wstrzymywać oddechu. Zachłysnęła się wodą i straciła przytomność.
Obudziła się na czymś miękkim. Było jej ciepło, i chociaż bolała ją głowa, już po jednym świadomym wdechu czuła, że jest bezpieczna.
Czuła jego zapach i to wystarczyło. Otworzyła oczy niepewnie – nieopodal stała półkula, lśniąca bladym, błękitnym światłem, które dawało ciepło.
Ktoś pogłaskał ją po głowie i plecach, delikatnie.
- Śpij. Jeszcze troszkę. Wszystko jest dobrze, jestem przy tobie.
Dostała całusa w kark i to rozluźniło ją kompletnie. Zasnęła ponownie, śniąc o wspólnych poszukiwaniach. Zanim jednak umysł odpłynął, wydawało jej się, że Szen mówi cicho – Spotkałem Scotta. Zostawił nam bafy, Lil. To są dobre bafy.

·         Karmazynowy Król – S. King „Bezsenność”
·         Scott, bafy, ‘bombastrasznie ogeeromne’ – S. King „Historia Lisey”

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bzdurzanki

mówię ‘hop’ przed zachodem słońca
chwalę dzień przed skokiem
tańczę z diabłem pod aureolą
gdy siedzę to biegnę
a gdy biegnę to leżę
nie, nigdy nie postrzelę się z łuku w plecy
ale kiedyś być może skoczę
z mostu.
do rzeki?
zawirowania zawirowanka nieprawidłowości w normie
hopy hapy [happy] achy i chichy choć nie ciągle i nie zawsze
spokój
bardzo nie lubię upałów
i duchoty

sobota, 20 sierpnia 2011

Niwelator [czyjegoś] znużenia.

So-bo-ta.
‘Historia Lisey’ Stephena Kinga znowu wciągnęła. Czytam ją po raz drugi- z tym samym zaciekawieniem, ale mniej łapczywie. Teraz skupiam się na szczegółach, wtedy po prostu ją pochłonęłam.  Ta książka, tak odbiegająca od wszystkich jakie czytałam, jest ..! Właśnie taka „..!”
Polecam.

Wracają do Soboty – gubię wątki, i myśli moje są nieskładne, poplątane choć brak w nich niepokoju,  dylematów, wielkich rozkmin czy problemów.
Wokół mnie wciąż wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi ,zrozumiałam jednak, że nie mogę wyprzedzać biegu wydarzeń bo to burzy całą chronologię i porządek mojej codzienności. Zupełnie jakbym biegnąc w sztafecie, nagle znalazła się przed dwoma dziewczynami, które miały przejąć pałeczkę. Strefa zmiany została pominięta, odcinki zmieniły miejsca, zniknęły, żeby pojawić się nie tam, gdzie trzeba, wszystko źle.
Tak nie można. Jak już biec, to po swoim torze[ chociaż ‘zamieszanie’ to chyba jeden z moich przymiotów.]
W każdym razie – przez chwilę stawiam na krótkowzroczność w pewnych kwestiach, nie bawię się w jasnowidza a przeczucia, może nie tyle odpycham, co odkładam na margines.
Do tej pory, większość z nich rosła do niebotycznych rozmiarów, zasłaniając mi rzeczywista sytuację i całkowicie odcinając mnie od własnego udziału w danej sprawie.
Piszę głupoty.
Mimo pięknej pogody czuję się dzisiaj jakbym..a może inaczej? Może znów w III osobie, w formie opowiadania?

 ***
Po niedługim, ale i nie całkiem krótkim spacerze, usiadła w altance, twarzą w stronę słońca. Nieważne. Promienie właziły jej do oczu, ale to jej nie przeszkadzało. Była wypompowana. Tylko czym? Tego nie mogła pojąć. Cienie pod oczami pojawiły się znikąd. Noc była przespana, dzień wcale nie wymagał od niej jakiegoś nadmiernego wysiłku, skąd więc ten brak energii?
Ręce skrzyżowała na stole, patrząc na piękny ogród. Część kwiatów już przekwitała, mimo to wciąż wyglądał pięknie.
Głowa dołączyła do rąk, na drewniany, solidny blat. Zamknęła oczy.
Czuła się tak, jakby przejmowała czyjeś zmęczenie. Zmęczenie osoby, której dzień jest bardzo intensywny. Tak intensywny, że wysysa z niej wszystkie siły, wymaga ciągłej aktywności, stałego przypływu energii. Była jak ..?
Nie mogła znaleźć porównania. Jak magazyn, jak niwelator znużenia.
Jakkolwiek to brzmiało, tak właśnie się czuła. Przez chwilę nierealny pomysł wydał jej się jedynym wytłumaczeniem dziwnego stanu. Złapała się nawet na tym, że szuka w głowie osób, z którymi była silnie związana mentalnie, a którym mogłaby ulżyć… Co więcej, przypomniała sobie jak poprzedniego wieczoru szepnęła „złe sny biorę na siebie.” Choć nie powiedziała tego głośno i zaniechała dodania tego zdania do smsa, tak właśnie pomyślała. To było głupie, więc uśmiechnęła się nawet pod nosem. Wtedy i teraz. Z resztą jak się mają złe sny do...dostała czymś po głowie. Szeleszczącym. To gałązka rododendronu , z na wpół uschniętymi kwiatami. Nietypowa dość forma budzenia, czy też przywoływania do porządku, była autorstwem jej młodszej kuzynki. Podniosła więc ciążącą głowę i niemniej ciążące powieki, zdobyła się nawet na jakiś żart i ponownie postanowiła sobie dotrwać godnie do końca tego dziwnego dnia.
Cieszyło ją to, że go nie zmarnowała, nie przesiedziała w domu, nie dała się lenistwu, i dzielnie walczyła z oczami, które łapały ostrość jak jej aparat kompaktowy w trybie makro.
Miała nadzieję, że osobliwy stan jutro ulegnie zmianie.

środa, 17 sierpnia 2011

Zanim będzie za późno.


Zapomniałaś dokąd idziesz a chodzenie stało się już czynnością mechaniczną. Noga za nogą, tempem nierównym, niestałym, niepewnym.
W kapturze na głowie, przemierzasz kolejne przestrzenie nie patrząc jak wiele omijasz przez tę obojętność.
W końcu wpadasz w kałużę, dostajesz od ścieżki nowy bodziec. Musisz na chwilę przystanąć, choćby po to, żeby przekląć i to jest właśnie moment, w którym uświadamiasz sobie, że chodzisz w kółko.
Jak zmusić krajobraz do zmiany?

Otrząśnij się,
Zawiąż dobrze sznurówki,
Zadzwoń po kogoś, może potrzebne ci wsparcie?
Samemu trudno przerwać milczenie.
W tłumie milczenie się pogłębia.
Nie pozwól by ogarnęło Cię zdumienie, gdy nie zauważysz jak to wszystko znika.
Obudzisz się, gdy już niczego nie będzie.
Niech ktoś przerwie agonię.
Przerwij ją sama.
[zanim będzie za późno.]

sobota, 13 sierpnia 2011

My Riot - Ulice pragną - audio teaser



" Nocą płynę,
nocą, szukam i żyję.
Nocą przelewam myśli i czekam na,
na iskrę i na płomień,
w ciemności tonę."

Czekam na tę płytę. Premiera 13 września! Cholerra, ja chcę już.!

Złość.


W trzyszklankowej serii rozprysło się szkło w zetknięciu ze ścianą garażu. Rzucała szybko, bez słowa, z zaciśniętymi zębami i zmarszczonymi brwiami.
Jedna, druga, trzecia. Jeb, jeb, jeb.
Usiadła krzyżując nogi, gapiła się odłamki, skubała trawę i czekała, aż złość albo się ukierunkuje na coś konkretnego, albo minie.
Zaczęło grzmieć.
Ta burza. Ode mnie dla Ciebie.
Od Ciebie, dla mnie.
W kłębiastych chmurach buczało, mruczało, ale jedna nawet kropla nie chciała spaść.
Stare garaże- w nocy, jedna z większych melin, w dzień – w dzień też z tym, że nikt tam nie pił. To była melina mentalna, to była furia i rozpacz.
Kręciło jej się w głowie od ciężkiego, burzowego powietrza i miesiączkowego krwawienia. Chciało jej się pić, ale nie miała przy sobie wody. Chciało jej się spać, ale spanie gdzieś przy miejskich garażach i to w deszczu nie było chyba najlepszym pomysłem.
Wstała i poszła w stronę przystanku tramwajowego.
Wszystko ją wkurwiało. Stary pijak z wózkiem na złom, rozczochrany, brudny kundel, śmieci na chodniku i pieprzone wrony.
Tramwaj. Tramwaj też ją denerwował. Skrzypiący, trzeszczący gruchot był już bardziej zagrożeniem dla życia pasażerów, niż bezpiecznym gwarantem dotarcia do domów.
Wsiadła z odrazą, naładowana jak akumulator. Gdyby złość wydawała jakieś dźwięki, pewnie właśnie zaczęłoby jej bzyczeć niebezpiecznie z uszu.
Zwarcie, zwarcie!
Patrzyła na szarość przemijającą za oknem.

Deszcz zaczął występ od pojedynczych, ciężkich kropel.

Jak to jest z tą harmonią? Seria pytań.


Postanowienia wypowiedziane głośno, najczęściej się nie spełniają.
Należy je powtarzać cicho gdzieś w środku, mieć je w sobie jak świecące lampki i dać im kierować.
Wtedy może się uda.
Może uda się coś zmienić na zasadzie samodoskonalenia, nie przez sytuacje, czy ludzi z zewnątrz.
A zmienić swoje przyzwyczajenia...to jest sztuka.
Zdecydowanie łatwiej jest wpaść w złe nawyki, niż wdrożyć w życie te dobre.

Czasem zastanawia mnie, jak dużo emocji może pomieścić w sobie jeden człowiek..?
Czy istnieje jakiś limit? Jakaś granica..? Chyba istnieje, skoro ludzie czasem cierpią na choroby zwane psychicznymi.
A może to się wcale a wcale nie łączy?

Zmiany.
Zmodyfikujmy nastrojowo ten dzień, zmieńmy to, co w nas złe, wymarzony obraz siebie przywołajmy po raz kolejny. Wytapetujmy nim wnętrze naszego umysłu tak, żeby nie zapominać do czego się dąży.
Jak nie popaść w skrajny egoizm?
Czy istnieje recepta,
na osiągnięcie harmonii? 
A może harmonia jest tylko wymysłem, słowem, który opisuje stan, którego człowiek nie jest w stanie osiągnąć?
Jak to jest z tą harmonią?
Czy można lubić w sobie WSZYSTKO? Każdy aspekt, każdy detal, każdą wadę zmienić w atut?

Zignorować czy poprawiać?

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Nocą.

Szła chodnikiem wyłożonym czerwoną i szarą kostką brukową, wzdłuż ruchliwej ulicy.
Szła pod sznurem latarni, w kierunku parku.
Omijali ja inni piesi, kilku rowerzystów,  i rolkarze- o ile można użyć takiego określenia.
Człowiek z gitarą.
Człowiek ze sztalugą.
W parku mimo późnej pory biegało kilkoro amatorów-sportowców, starsze małżeństwo spacerowało z psem a para zakochanych prowadziła przyciszoną rozmowę na jednej z ławek.
Taak -poświęcała sporo uwagi na obserwację tego, co działo się wokół, zostawiała część obrazów w pamięci, jak fotografie pobudzające wyobraźnię.Jak motywy, z których mogła później czerpać.
Zapatrzyła się we własne trampki, wsłuchała w swoje kroki a z każdy kolejnym, jej myśli uciekały niesfornie do tematów różnych.
Głębokie zamyślenie podczas spaceru nocą po mieście, nie należało do najrozsądniejszych.
Przez chwilę broniła się przed zapadnięciem w myślowy trans.
Przez chwilę nawet jej się to udawało.
W końcu jednak wpadła. Po raz kolejny.
-w delikatną sieć lekkich przemyśleń i luźnych obrazów.
W jej głowie budziły się scenariusze i nowe historie bohaterów, których nie znała.
Ktoś potrącił ją gwałtownie biegnąc szybko w przeciwnym kierunku.
Zachwiała się zaskoczona i przestraszona.
Potrącacz był już daleko. Zawróciła.
w drodze powrotnej zadzwoniła do dobrej znajomej [nawet w myślach ciężko przychodziło jej nazwanie kogoś 'przyjacielem'].
Wbrew pozorom rozmowa przez telefon wzmagała jej czujność. Głos w słuchawce nie pozwala odpłynąć.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Na tarasie państwa K.

Czubki drzew wyznaczające linią falowaną, horyzont.
Ściana lasu.
Górski krajobraz zamyka przestrzeń.
- daje poczucie bezpieczeństwa jak ściana [znowu to słowo. nie lubię powtórzeń, dzisiaj jestem już jednak na tyle senna..po prostu wybaczcie.], do której z jednej strony przylega łóżko.
Blokuje paranoiczne strzępy myśli.
Zabija chore obawy.
Wycisza i uspokaja.
Wiatr zdaje się mówić - jest dobrze, wszystko w porządku,
a ja śmieję się ze swoich wybujałych odczuć. Mam ochotę plasnąć się w czoło.
Wbijam dłonie w kieszenie spodni, kiwam głową z niedowierzania i rozbawienia
[Łucjo, jesteś czasami taka głupiutka] i idę dalej.

Chciałaby wsłuchać się w rytm Dunajca nocą,
zobaczyć jak jego wartki nurt rozbija i pieni wodę.
Tymczasem, pora wracać.

piątek, 5 sierpnia 2011

Jestem uciekinierką.

Jestem uciekinierką,
-szaloną i zdesperowaną, która przemyka pod osłoną nocy przed wizjami przyszłości, ukrywając się za wzgórzami błahostek teraźniejszości.
Skradam się desperacko i robię uniki, jak przed rozprzestrzeniającymi się płomieniami.
Zasłaniam oczy, żeby nie widzieć nic w perspektywie.
Czołgam się pod tematami, które należy przemyśleć i omijam wszystko, co z góry przesądzone.
Jestem jak obłąkany żołnierz na polu minowym, który poświęca resztki energii na omijanie życiowych decyzji, które trzeba podjąć.
Jestem jak złodziej, który gna co sił w nogach przed zmorami dni jutrzejszych.
Jestem jak dziecko, które widzi pod łóżkiem lub w szafie, sylwetki potworów.
Jestem jak staruszek, który boi się zasnąć w obawie, że już się nie obudzi.
Jestem...
Opanowana przez lęk przed przyszłością.

I nie jest mi z tym dobrze.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Usiadłam.

(...)
Usiadłam w leżaku w biało-zielone pasy.
Usiadłam pod drzewem.
Rzemyk wokół przegubu.
Książka na kolanach.
Butelka wody pod ręką.

Marzę o ciepłej nocy brzmiącej świerszczami,
o rześkim powietrzu.
o wietrze, który świeżym podmuchem przewieje z wnętrza cały kurz.
o silnym ramieniu, o które mogłabym się wtedy oprzeć.
o gładkości słów.

Zielono-żółte spojrzenie.

W oczach miliony rozgrzanych szpilek,
pod oczami - cienie, które bardziej czuję niż widzę.
Czterołap idzie w moją stronę
-zawsze raźniej leżeć obok kogoś.
Jego kocia mentalności dogaduje się w jakiś sposób z moją, choć z drugiej strony trochę ją drażni,
jak źdźbło trawy smyrające łydkę.
To głupie, ale siedząc tak, trącana białymi łapkami [no pogłaszcz mnie! no pobaw się ze mną troszkę] i lustrowana jego zielono-żółtym spojrzeniem, odnoszę wrażenie, że oto patrzy na mnie istota będąca chodzącą, nieprzeniknioną tajemnicą.
Kot.
Koty,
to bardzo
dziwne
stworzenia, których nie sposób poznać.
W relacji człowiek - kot, dominuje...kot.

środa, 3 sierpnia 2011

Chciała zmyć z siebie brud przegranej.

Weszła do łazienki boso. Rozgrzane ciało zareagowało na zimno płytek ulgą 
w postaci przyjemnych dreszczy i rozluźnienia.
Przez ramię przewiesiła duży, szary ręcznik. Czuła jak gorąco uderza jej do twarzy, mięśnie drżą lekko po wysiłku a ubrania kleją się do spoconego ciała nieznośnie. Czuła własny smród – dwie godziny intensywnych ćwiczeń, po dwutygodniowej przerwie, robi swoje.
Do odpływu pachnącej mleczkiem czyszczącym umywalki, wsadziła korek 
na srebrnym łańcuszku. Puściła z kranu trochę ciepłej i zdecydowanie więcej, zimnej wody.
Twarz w lustrze była czerwona, zmęczona, lekko podpuchnięta. Krótkie włosy strąkami opadały na czoło i kark.
Szum brzmiał nieco drażniąco, wzmagał uczucie słabości.
Zakręciła kurki i zanurzyła dłonie w chłodnawej wodzie, po czym chlusnęła nią sobie w twarz. Raz, drugi, piąty.
Skóra wydawała się kurczyć i napinać, zmęczenie ustępowało. Oparła dłonie na masywnej, marmurowej obudowie umywalki. Głowę skierowała w dół. Stała tak chwilę, po czym podniosła ją powoli, pozwalając wodzie spływać po twarzy na szyję i w dekolt. Spojrzała w lustro uważnie, przysuwając twarz tak blisko jego tafli, że gdyby istniała jakaś jego druga strona, już by tam wpadła.

Spojrzała badawczo na kobietę w odbiciu- wciąż to widać, Madlen, Przez oczy prześwieca twoja tchórzliwość. Jesteś słaba, jesteś żałosna. Nie potrafisz walczyć o to, co jest dla ciebie ważne. Porażka rozkłada cię na łopatki i przygniata kolanem tak, że nie jesteś w stanie…nie próbujesz nawet wyrwać się z tego uścisku. Zraniona duma zamiast motywować do podjęcia kolejnej próby, ciąży jak przywiązana do nogi, kotwica.
W lustrze widziała tylko zamyśloną, smutną dziewczynę.
Nie mogła na siebie patrzeć, odwróciła wzrok, wyszła na chwilę z łazienki, wzięła łyk lemoniady i wróciła, żeby wziąć prysznic. Nie patrzyła już w lustro. Zrzuciła z siebie przepocone ciuchy i weszła pod strumień letniej wody. Chciała zmyć z siebie brud przegranej. Chciała zmyć z siebie tę bezsilną rozpacz pomieszaną z bezcelowym buntem. Bo co się w niej buntowało i przeciwko czemu? Honor przeciwko świadomości, że należy spróbować ponownie? Należy wrócić na ring i zacząć walkę od nowa, dokupić kilka godzin treningu... Tak, życie przypominało sport.
Zapłakała a łzy zmieszały się z wodą i spłynęły po jej ciele cicho.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

''Nie, mnie nie zrozumie pan"

Na dworze szarawo, mokrozielono, ciemnawo tak jakoś i chłodno.
No nic, nie szkodzi, ja idę.
Zawsze idę, prawda? A jak zawsze to dzisiaj też.
Ale gdzie ja tak zawsze chadzam? No gdzieś tam sobie, na spacer, na pierdoły. W zależności od kierunku wiatru. No to teraz wieje w stronę domu Majki,tak mi się wydaje, a potem hm potem to pewnie kogoś przywieje do mnie.

- Co powie Pani na kawę?
- z mlekiem?
- wedle życzenia.
- rozpuszczalna, jacobs velvet...?
-jeśli taką Pani pija...wybiorę najładniejszą z filiżanek.
- nie! piję kawę w kubku.
-w ..kubku?
-w jak największym.

"Tak bym chciała damą być,
  ach, damą być, ach, damą być
  l na wyspach bananowych
  dyrdymały śnić." ;)