wtorek, 26 lipca 2011

Kult snu

Brzozowe schody zaskrzypiały nieznacznie pod moimi bosymi stopami.
Zmęczone oczy mają dość patrzenia na znaną rzeczywistość. Na nieznaną też nie mają już dzisiaj ochoty. Chcą odpocząć od tego, co twarde bo realne; od światła, które tak ułatwia życie na jawie wolą ciemność pod powiekami. Ta ciemność jest ciepła i bezpieczna.

Skąd wzięło się skojarzenie ciemności z czymś złym? Przecież to ona daje ukojenie, zapomnienie, odpoczynek. Jest jak lek przeciwbólowy na trudy istnienia fizycznego. Albo-jak guzik resetu.
W zasadzie, w aspekcie mentalnym, też bywa pomocna. Pomaga uporządkować myśli, wszak nie bez przyczyny mówi się, że ‘z problemem trzeba się przespać’.
Kocham ciemność po każdym intensywnym i mniej intensywnym dniu, po płaczu, po wybuchach radości, złości, po walce…po kilkunastu godzinach ‘bycia’ czynnego, z rozkoszą wpadam w jej ramiona, pachnące biernością.

Kult  snu- widać go w niejednym moim poście.[choćby  : Dzień dobry, kochani ] Przez jakiś czas postanowiłam sobie stanowczo, że o śnie już pisać nie będę, bo ileż można? A jednak można. Ten temat cały czas do mnie powraca, tak jak cały czas powracają przykrótkie noce.
Sen nabrał wymiaru boskości, chyba głównie dlatego, że uporczywie przedwcześnie mnie opuszcza, lub zwleka z przyjściem, niczym niezdecydowany kochanek.
Noc o mnie zapomina.
Albo mnie woła – można to interpretować różnie, ja jednak stawiam na wariant pierwszy. Skąpi mi przywileju zdrowego wyspania się.
Tak też jest ostatnio. O przyczynę nie pytajcie, nie znam jej. Przestałam szukać. Czekam na ciąg nocy, które będą przespane w pełni. 

Znów ogarnia mnie bezsilna złość,
znowu  nie mogę patrzeć w lustro.
Cienie pod oczami.
Szarość skóry.
Niezdrowy błysk własnych źrenic odstrasza.
Idę w dzień nie mówiąc, jak niewiele mam sił.

A gdy o tym nie mówię i myśleć przestaję,
to czasem na chwilę zapominam
i wszystko wydaje się być w porządku, dopóki ktoś nie zapyta :
" Łucja, jak się dzisiaj czujesz?"

1 komentarz:

  1. Rozumiem Cię bardzo dobrze.
    Od grudnia nocy, w których przespałam więcej jak 5 godzin mogę policzyć na palcach jednej dłoni.

    Najpierw nie umiałam się pogodzić z tym, że mój dzień trwa 20 godzin (a czasem i więcej). Godzina snu, dwie, rzadko kiedy 3. Trudno było się zgodzić na kradzież godzin, które były wytchnieniem.

    A dziś, dziś twierdze, że przewrotny los pozwala mi w ten sposób nadrabiać życie, które czasem przecieka mi między palcami.

    Mój dzień zaczyna się gdy zapada zmierzch. Wtedy zaczynam funkcjonować, myśleć kreatywnie, ale nie koniecznie realnie.

    OdpowiedzUsuń