niedziela, 31 lipca 2011

Iskierki

Wyspana, naładowana, bum bum ciach-ciach pozytywnie
muzyka
książka
długopis
Coś tam w środku skacze i śmieje się natrętnie
Śmiechawa chce zabrzmieć.
idę, skaczę, biegnę.
Co robimy? Co dzisiaj robimy, gdzie się podzieję?
Tam, siam i tu.
Na obiad nadziewana cukinia.

Jaka to etykieta..? Brak etykiety.

wtorek, 26 lipca 2011

Kult snu

Brzozowe schody zaskrzypiały nieznacznie pod moimi bosymi stopami.
Zmęczone oczy mają dość patrzenia na znaną rzeczywistość. Na nieznaną też nie mają już dzisiaj ochoty. Chcą odpocząć od tego, co twarde bo realne; od światła, które tak ułatwia życie na jawie wolą ciemność pod powiekami. Ta ciemność jest ciepła i bezpieczna.

Skąd wzięło się skojarzenie ciemności z czymś złym? Przecież to ona daje ukojenie, zapomnienie, odpoczynek. Jest jak lek przeciwbólowy na trudy istnienia fizycznego. Albo-jak guzik resetu.
W zasadzie, w aspekcie mentalnym, też bywa pomocna. Pomaga uporządkować myśli, wszak nie bez przyczyny mówi się, że ‘z problemem trzeba się przespać’.
Kocham ciemność po każdym intensywnym i mniej intensywnym dniu, po płaczu, po wybuchach radości, złości, po walce…po kilkunastu godzinach ‘bycia’ czynnego, z rozkoszą wpadam w jej ramiona, pachnące biernością.

Kult  snu- widać go w niejednym moim poście.[choćby  : Dzień dobry, kochani ] Przez jakiś czas postanowiłam sobie stanowczo, że o śnie już pisać nie będę, bo ileż można? A jednak można. Ten temat cały czas do mnie powraca, tak jak cały czas powracają przykrótkie noce.
Sen nabrał wymiaru boskości, chyba głównie dlatego, że uporczywie przedwcześnie mnie opuszcza, lub zwleka z przyjściem, niczym niezdecydowany kochanek.
Noc o mnie zapomina.
Albo mnie woła – można to interpretować różnie, ja jednak stawiam na wariant pierwszy. Skąpi mi przywileju zdrowego wyspania się.
Tak też jest ostatnio. O przyczynę nie pytajcie, nie znam jej. Przestałam szukać. Czekam na ciąg nocy, które będą przespane w pełni. 

Znów ogarnia mnie bezsilna złość,
znowu  nie mogę patrzeć w lustro.
Cienie pod oczami.
Szarość skóry.
Niezdrowy błysk własnych źrenic odstrasza.
Idę w dzień nie mówiąc, jak niewiele mam sił.

A gdy o tym nie mówię i myśleć przestaję,
to czasem na chwilę zapominam
i wszystko wydaje się być w porządku, dopóki ktoś nie zapyta :
" Łucja, jak się dzisiaj czujesz?"

niedziela, 24 lipca 2011

Pochodnie.

Lubię swoje życie.
Ajj, jak to górnolotnie zabrzmiało.
Ostatnie lipcowe dni, wioną deszczem, atakują wilgocią, dawkują słońce do minimum.
Na razie mi to nie przeszkadza.
Beztroska – tym są te wakacje. Chcę znaleźć pracę, chcę, szukam, ciągle nie znalazłam, wiem, że takie lenistwo wydaje się być czymś złym. Może jest? Może.
W każdym razie, nie mam na co narzekać. Naprawdę. Nie ma takiego aspektu codzienności, który mógłby mnie choćby uwierać. Nieczęsto się to zdarza. Nie ludziom, których dni zapełnione są obowiązkami..mam świadomość tego, że taka beztroska nie będzie trwała wiecznie, że w gruncie rzeczy to, że mam ją teraz powinnam traktować jako świętość, to jest rzadkością i kto wie…może już nigdy nie zaznam jej w takiej ilości?
„Na zawsze i na wieczność, uczyńmy z życia święto, by będąc tu przez chwilę, wszystko zapamiętać”

Wejdziemy w szary tłum,
jarząc się jak pochodnie
Blaskiem szczęścia rażąc ich oczy
Ciepłem wnętrz budząc do życia kiełkującą, jadowitą zazdrość.
Tak słodcy, gorycz wywołamy na ich nieokiełznanych językach.
Będą gadać? Niech gadają.
A ta jasność niech trwa jak najdłużej.

czwartek, 21 lipca 2011

Miron.

- Mam na imię Miron – przemówiła do niej postać ukryta w cieniu, gdzieś w bramie. Pomyślała – co jest?
- Acha.- Zamiast iść dalej, zatrzymała się kilka kroków od postaci.
- A Ty?
- Ja?
- Jak masz na imię? – w jego głosie słychać było nutkę rozbawienia, ale nie upojenia alkoholowego.
- Honorata.
- Może być. – to ją trochę przestraszyło, cofnęła się o krok, odwróciła a on powiedział – oczywiście nie jest to Twoje prawdziwe imię. Nie miałem nic złego na myśli.
- Muszę już iść.
- Rozumiem. Powodzenia, Honorato. – powiedział to tak spokojnie, tak pewnie, tak jakby wiedział dokładnie gdzie się wybiera i co zamierza zrobić.
Poszła nie odwracając wzroku. Miron. To pewnie też było wymyślone imię. Dziwny typ. Świr? A może znajomy, którego nie poznała w mroku…? Nie, raczej nie.
Weszła w wąską uliczkę biegnącą między ścianami obskurnych, starych kamienic. Czuła obrzydzenie do tego miejsca, za każdym razem gdy tu przychodziła. Nieczęsto.
Mimo późnej pory i mgły, odnalazła właściwe drzwi- przez chwilę zastanawiała się, do którego mieszkania zadzwonić, - domofon nie był podpisany.
W końcu wybrała trzeci guzik, przycisnęła, przytrzymała, poczekała. Ktoś podniósł słuchawkę dopiero po chwili – pewnie wyglądał przez okno, żeby sprawdzić kto go odwiedza…albo dzwoni do kumpla, który mieszka w kamienicy za jej plecami, żeby obczaił przybysza. Jeśli tak, trafiła pod dobry adres.
Nikt się nie odezwał, usłyszała tylko dźwięk otwieranych drzwi.
Weszła powoli, na klatce schodowej było ciemno jak w…bardzo ciemno. Przesunęła ręką po ścianie, z której farba złaziła dużymi płachtami. Skrzywiła się z niesmakiem czując ją pod palcami. Znalazła włącznik światła.
Weszła po schodach na 4 piętro, stanęła przed niebieskimi drzwiami – niepasującymi do otaczającej jej szarości.
Nie musiała dzwonić, ktoś otworzył je, gdy tylko podniosła dłoń.
- Jesteś gotowa? – niski, znużony głos. Przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech – zachciało jej się śmiać, bo poczuła się przez to jak bohaterka komiksu. – Tak. – odpowiedziała krótko i weszła do środka.

Wyszła stamtąd trzy dni później – trzy dni czasu normalnego, w jej odczuciu minęły trzy lata. Wyszła starsza, zmieniona, bogatsza…Wyszła nie pamiętając, co działo się w dziwnym mieszkaniu. W głowie miała strzępy wspomnień. Widziała wiele osób,  najlepiej zapamiętała wysokiego, bladego chudzielca z trzema dredami z tyłu głowy. Był w czarnych bojówkach, kończących się za kolanami. Z boku spodni zwisał ciężki łańcuch. Na łopatce miał wytatuowanego orła.
Wiedziała, że zdobyła dużą kasę, wiedziała, że zdobyła ją nielegalnie…nie do końca wiedziała jak. Miało to związek z cyberprzestrzenią..czuła się jak po zbudzeniu z dziwnego snu. Zero szczegółów, tylko krótkie wspomnienia, których nie była w stanie połączyć w logiczną całość. Mało prawdopodobne wspomnienia.
W kieszeni spodni znalazła kartkę z jednym słowem. „Miron”.
Gapiła się na nią dobrą chwilę, w uszach zabrzęczało jej głośno, krótko, nieznośnie. Upadła na kolana łapiąc się za głowię. Wszystko ucichło równie szybko jak rozbrzmiało. Przed oczyma miała spotkanie z dziwnym nieznajomym. Właśnie wyczyszczono jej pamięć.

Wyszła z kamienicy. Spojrzała na domofon i już wiedziała – taki był plan.
Nagle poczuła ulgę z powodu tej całej wspomnieniowej pustki. Oprócz kartki, miała w kieszeni pen driver`a  z plikiem video, na którym chudzielec nagrał jej … alibi. Trzy dni. Mimo wszystko zadbali o to, żeby nie były to trzy dni, o których nie będzie umiała opowiedzieć.
Pieniądze czekały już na jej koncie bankowym...na jednym z fałszywych kont.

środa, 20 lipca 2011

I na co tak patrzysz?

I na co tak patrzysz, tępym wzrokiem, ludziku, z kartki papieru?
Czego ode mnie oczekujesz?
Och..! nie mogę znieść tych Twoich oczek.
Dwie kropki. A tak wymowne.
Wiem, wiem. Muszę odpowiedzieć sobie na parę pytań.
Tak, wiem. Sporo rzeczy, a jeszcze więcej…
Dobra, przestań. Nie migam się, daj mi tylko chwilę.
Nie gap się, błagam, mam ochotę zapaść się pod ziemię.
Spacer. Sssspacer. Jutro.
Ile kroków minie, zanim będę wiedziała co powiedzieć?
Zanim będę pewna swoich myśli?
Ile kroków, ile minut, ile nieodebranych telefonów..?
.. offline moim przyjacielem.
Umowa? Dasz mi zasnąć, czy będziesz jawił mi się pod zamkniętymi powiekami ilekroć zamknę oczy?
Ludzik na kartce papieru. Jak wyrzut sumienia.
W słuchawkach Motorhead…a potem Korn.

Chyba mam nierówno... chyba złość na samą siebie wzrasta [złość na kogoś jest zdecydowanie prostsza.]
I to poczucie... nieważne. Te moje poczucia, odczucia, uczucia blablabla zostawiam sobie.
Blog nie jest dobrym miejscem na wszystkie rozterki.



wtorek, 19 lipca 2011

Bulwarem półistnienia.

Spójrz jak idą, ze wzrokiem roziskrzonym,
głodni, żądni, choć nieobecni.
Idą bulwarem półistnienia,
w korowodzie ułudy.

Wyciągają półprzejrzyste dłonie, łapiąc coś w powietrzu
I snują, snują…
nić intrygi.

Idą, choć tak naprawdę stoją w miejscu.
Ich pozorny ruch – pogoń za sensacją,
substytutem prawdziwego życia.

Nieuformowani wewnętrznie
nieudolni, zaślepieni, leniwi..?
Śledzą poczynania innych, bawiąc się przy tym jak przy dobrym filmie,
próbują jednocześnie być reżyserami.

O tak, uwielbiają wprowadzać swoje poprawki.
Tworzą własne wersje zaistniałych sytuacji, przekonani o swojej nieomylności.



Jest mi…przykro. Nie widzą jak tracą czas na zajmowanie się wszystkim i wszystkimi poza sobą.

Może świat naturalnie dzieli się na aktorów i widzów?
Na biednych i bogatych, na złych i dobrych, na głupich i mądrych…bzdura.
To kim jesteśmy, na pewnym etapie życia, zależy wyłącznie od nas. System wartości jakiego nas nauczono, w pewnym wieku zaczyna być przez nas widziany obiektywnie. Poddajemy analizie i obserwacji każdy jego element, wyciągamy własne wnioski, samodzielnie zdobywamy doświadczenie. Nikt nie musi już prowadzić nas za rękę,  sami możemy ocenić co jest dla nas ważne.
(…)
Niektórzy, z ‘braku laku’, w czasie wolnym od narzuconych przez świat obowiązków, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić, nie znając siebie, nie mając pasji, zainteresowań, niczego [choć brzmi to abstrakcyjnie, tacy ludzie się zdarzają…i to częściej niż można by przypuszczać] wybierają życie innych.
Śledzą, komentują, prowokują, wtrącają się, mieszają.
Czyhają na każde słowo, każdy gest, każdy przejaw aktywności, którym mogliby nasycić swoje chore wyobraźnie i zająć myśli. (…)
Rzeczywistość w pojęciu globalnym w ogóle dla nich nie istnieje. Wszystko oceniają do bólu subiektywnie zapominając o prostej zasadzie – tyle światów ilu ludzi- która jednak utrudniłaby wszystko, ponieważ kierując się nią, należałoby dobrze poznać każdą osobę, zaniechać uogólnień, włączyć myślenie…ale to jest przecież taaakie męczące!
Kończąc swój wywód, będący właściwie tylko rozwinięciem zamieszczonego wyżej a`la wiersza, napiszę tylko…nie. Już nic nie napiszę. Wystarczy.

·        * Przemyślenia zainicjowane rozmową z Jakubem, wyciągnięte częściowo z pamiętnika.

wtorek, 12 lipca 2011

Potrzebują siebie.

Cicho, cicho
Uspokajam wewnętrzny dygot.
Cicho, cicho…
Usypiam rozpacz nagłą i niepohamowaną
Cichutko…
Naciskam miejsce, pod którym jątrzy się rana.
Wszystko jest dobrze, wszystko w porządku.
Przytulam się wewnętrznie.
Mała istotka ma zaszklone oczy. Patrzy na mnie z usteczkami wygiętymi w podkowę. Siedzi skulona, trzyma się za kolana, które przyciągnęła do brody.
Głaskam ją delikatnie po głowie, a ona odwraca wzrok. Nie chce pocieszenia. Znowu się odsuwa. Mówię do niej długo, aż w końcu na chwilę zapomina…nie,-ona na chwilę pozwala mi uwierzyć, że zapomniała. Udaje, że wszystko jest dobrze,że już nie będzie płakać, że już się z tym uporała.
W efekcie to ona pociesza mnie. A przecież to ja miałam ją chronić.

Bo każdy z nas ma w sobie tę silniejszą i tę słabszą stronę. Silniejszą pokazujemy światu, na co dzień obnosimy się z nią jak z tarczą. Ta słabsza siedzi głęboko i odzywa się rzadko...odzywa się, gdy sytuacja wymyka się silniejszej spod kontroli. Tarcza pęka. Silniejsza ucieka do środka. Spotyka Słabszą, mija wiele czasu zanim uda im się nawzajem pozbierać. Jedna zależna od drugiej. Jedna nad drugą sprawuje opiekę. Kiedy obie są zachwiane...nie ujrzysz żadnej. Potrzebują ciszy. Potrzebują siebie.

Chodnikowy szyk.

Chodnikowy szyk i spacer slalomem z gracją pijaka,
po scenie przegranych.
Dziurawy cylinder ze sztuczną stokrotką, przekrzywiony trwa niepewnie na głowie,
która zaćmiona promilami porażki sprawia, że świat wokół wiruje.
Widownia-kilka przysypiających na trójnogich krzesłach, osób;
ziewa chóralnie z braku pomidorów.
Niezdarny obrót, histeryczny śmiech i bełkot – nawałnica słów niespójnych przeprosin.
Chudzielec w żółtych pantalonach wpada na mnie lunatycznie.
Oboje lądujemy na deskach estrady.
Ktoś bije brawo, ktoś inny włącza muzykę.
Grupa ludzi zaczyna śpiewać podniesionymi głosami.
Chyba pęknę od tego hałasu.
Exodos.
Czas ruszać dalej.
Wsiadam do cyrkowego wozu, zakopując się w stosie minstrelowych łachów.
‘Niepowodzenie’ jest przedstawieniem zgoła niespektakularnym.



*To właśnie przyczyna mojej niedokończonej nocy. Zaświtało, zapisałam, sen uciekł. Zatem zamieszczam. O czym piszę? O tym, że nie dostałam się do Krakowa, o tym, że gdy coś się nie uda, miotamy się chwilę jak w amoku, co przywodzi na myśl…ale to już przecież przeczytaliście.;)
[wyolbrzymione – jak wszystko co dostaje się w łapska fantazji.]

Minstrelowie- wędrowni śpiewacy, poeci, w swoich utworach często podejmowali tematykę legend i ballad.

Wieloskładniokowy koktajl emocjonalny.

Gęsty, kwaśny jogurt zwątpienia jako baza.
Strachuskawki, stresajody, frustreczki i garść złościogrestowych kulek.
Szczypta ucieczki i odrobina odrętwienia.

Potem, podarowany niespodziewanie – łyk otwartości i kilku słów, 
jak lekarstwo na chandrę,
mus z wiary i przekonania, że wszystko się uda.
Dostałam przepis na wydobycie smaku satysfakcji.
Na ciastko samozadowolenia.
Zabiorę się do pieczenia – może w niegastronomicznej formie kucharzenia, okażę się lepsza..?



*Wczorajszy dzień, po skosie, przecięło mi przesympatyczne spotkanie Życzę sobie takich jak najwięcej. Dzięki i pozdrawiam!

sobota, 9 lipca 2011

Drzemka?

Gdzie moja moc?!

Pod łóżkiem,
pod kołdrą,
w poszewce od poduszki,
-jej nie ma.

W ulubionym kubku,
na stoliku,
pod gazetą,
- jej nie widzę.

Za oknem, wśród liści,
na płocie,
nad wodą,
-nie wisi.

Gdzie moja energia..?

W Was. We wczorajszym nieprzespaniu, w zbyt wczesnym poranku,
w godzinach snu, których zabrakło.
Trzeba wyrównać tę dysproporcję!
Drzemka? O taaak!

wtorek, 5 lipca 2011

Oczyszczalnia myśli. Zamęt.

Życie ma blask,
ale tylko wtedy, gdy on płynie z nas.

Jestem głodna tego blasku-
Śmiechu,
błysku w oczach,
żartów,
spojrzeń,
rozmów.
Blisko. Daleko.

Mam w sobie zamęt.
Mam w sobie mętną wodę, w której różności zlazły się w jedną, szarą, wirującą substancję.
Powinnam to wszystko oczyścić, ale na razie nie jestem w stanie dostrzec,
jakie kolory się ze sobą pomieszały
Bo kolor to wizualizacja uczucia.
Kształt- ograniczenie przestrzeni.
[czyt. Zabawa w malarza] .

Potrzebuję sprawnego systemu oczyszczającego.
Oczyszczalnia ścieków.
Oczyszczalnia myśli.
Odseparować, rozdzielić, zarządzić.
Hah. Przede wszystkim – nazwać.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wypłoszyli.

A dzisiaj…
A dzisiaj wszystko wydaje się być takie, jakie być powinno.
Wesołe.
Wesołe błyski w oczach, gdy śmiech rozbrzmiewał w wielu barwach i o różnej częstotliwości, śmiech szczery, oczyszczający, śmiech kumpli, którzy spotkali się w końcu na pierdołach.
Którzy odwiedzili tę, która przed marazmem uciekała ;)
 [szerszy opis na Młodzi-Gniewni]
Wypłoszyli potworka, po marazmie śladu nie ma, apatii nie ma, senności nie ma, poczucia beznadziei też NIE MA!
I niechaj tak już zostanie.
Jest spokój, ale radosny taki.
Opowiadanie. Napisałabym opowiadanie. Nie wiem o czym, o czymś, o kimś…hm. Jak już impuls trzepnie we mnie jako ten grom z jasnego nieba, coś wystukam. Ciekawe. Strzeli?
Dzięki za miłe słowa w komentarzach! :)

niedziela, 3 lipca 2011

Chcę już wrócić.

Dlaczego tu tak cicho?
Tak pusto
Tak…walecznie?
Kawałkiem życia żyję.
Kawałki zbieram i czekam, czekam aż wszystko poskłada się znowu w spójną całość.

Chciałam coś napisać.  Ale co? Co mogę napisać? Nic. Wracam powoli do siebie. Rozstrojona wewnętrznymi procesami powrotu do zdrowia.
Rozstrojona.
Wykluczona z działania, walczę kolejno z kichaniem, schodami, nocą bez tabletki przeciwbólowej.
Codziennie nowe wyzwanie. Codziennie małe zwycięstwa.
Mimo to, czuję jak marazm…marazm czyha pod łóżkiem, pod stołem, za krzesłem. Wszędzie próbuje mnie dopaść ukradkiem. Czai się cicho w każdym kącie. Ucieka, gdy nie jestem sama.
Marazm to przekonanie o niemożności działania. Hm. U mnie to nie ‘przekonanie’ a po prostu niemożność.
Głupi wyrostek. Raz, ciach, godzinka na sali operacyjnej i po sprawie. Acha. Teraz trzeba jakoś znieść ból. Ból na szczęście z każdym dniem maleje.
Brakuje mi Was.
Brakuje mi siebie.
Nienawidzę się za takie chwile słabości. Nie wyprę się ich. Mogę schować, przemilczeć, ale nie jestem w stanie ich wyeliminować.
Chcę już wrócić.

piątek, 1 lipca 2011

Miałam bardzo złe sny.

Miałam bardzo złe sny
- w obu, my.
Wyraźne, dynamiczne, niepokojące.
Kolory wypełniły moją głowę,
Złe przeczucie wiodło dalej i dalej, w głąb nierealnej sytuacji,
Ku jej finałowi.
Wodospad.
Patrzyliśmy jak spada i jak jego język wściekle pieni się w zetknięciu z taflą wody.
Mówiłeś, a mnie z każdym Twoim słowem ogarniała rezygnacja.
Ból.
„Może i ja skoczę? Jak wszystkie to wszystkie”
Desperacko.
Przechyliłam się i zaczęłam spadać.
Głową w dół. Szafirową sukienkę szarpał wiatr.
Wiatr? Czyżby? Rozpacz, bezsilność, strach.
Stałeś tam cicho, gdy uderzyłam całym ciałem w wodę,
gdy się z niej wynurzyłam
gdy płynęłam do brzegu płacząc,
czego nie widziałeś.

„Jak wszystkie to wszystkie”
Z tym, że ja w pojedynkę.
Miałam bardzo złe sny...


Sny na szczęście są tylko snami. 
Wierzę i ufam.
Drżę gdzieś w środku.