niedziela, 12 czerwca 2011

Wyruszyli.

Stała na drewnianym mostku, pod którym rzeka już dawno wzniosła się do chmur w postaci pary wodnej. Patrzyła na poruszane lekkim wiatrem liście.
Na ramionach miała ciężkie metalowe obręcze. W głowie mnóstwo informacji, które sprawiały, że swoiste kajdany lekko parzyły.
Gdzieś z góry patrzył na nią księżyc otoczony pomarańczową poświatą, przysłonięty delikatnymi chmurkami.

Usłyszała za sobą kroki. Nie od razu odwróciła wzrok w tamtym kierunku, niepewna co ma myśleć i w co wierzyć, wiedziała tylko, że nie może uciec.
W ciemności nie widziała jego twarzy, ale nie miała wątpliwości, że to właśnie on.
Powietrze wokół jego sylwetki wirowało i przybierało kolor fioletowo-malinowy.
Złość, determinacja, zawód.? Mogła się tylko domyślać, co nim kieruje.
Rozmawiali krótko, ale słowa były ciężkie jak ołowiane kulki, mimo to metalowe obręcze zdawały się być lżejsze.

Wsiedli razem do karocy, prowadzonej przez dwie niebiesko-srebrne ważki, która czekała na nich kilka kroków dalej, obok zielonej, rozświetlonej lampionami antany.

Wyruszyli we wspólną podróż do krain nieznanych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz