wtorek, 21 czerwca 2011

Mi compadre.

Już wystarczy.
Podniosłą głowę, nasłuchując. Wiatr bawił się jej włosami. Chciałaby być wiatrem.
Chciałaby sunąć w przestworze, prędko i daleko, tulić trawę do ziemi, wprawiać w taniec liście, szeleścić, gwizdać, świszczeć
Czasem straszyć.

Już wystarczy – powtórzyła w myślach. Kąciki oczu zalśniły od łez. Wokół było cicho. Szła boso przez zapuszczoną łąkę. Poranna rosa koiła ból zmęczonych stóp. Krew na zadrapanych łydkach powoli krzepła. Szła w kierunku jeziora, modląc się o chwilę wytchnienia.

Usiadła na pomoście, nad taflą ciemnozielonej wody. Wokół unosiła się mgła, słońce wznosiło się nad horyzont gdzieś za jej plecami. 

Delikatne fale wprawiały ją w swoisty trans. Patrzyła tylko w wodę, woda zdawała patrzeć się na nią. Powoli schodziła w ciemność…ciemność powoli dostawała się do jej głowy. 

Falująca ciemność zasnuła wszystko.

Gdy otworzyła oczy była już gdzie indziej. Musiała chwilę stać oparta rękoma o kolana, z głową w dół, żeby pozbyć się tego falowania.

Nowe miejsce zaatakowało kolorami – pod jej nogami wściekle czerwona kostka, którą został wybrukowany plac przed ogromną neogotycką świątynią, zbudowaną z jakiegoś szafirowego kamienia. 
Na niej samej – długa, sztywna, czarna suknia z gorsetem, dzięki któremu zyskała talię osy.
Na szyi niespodziewanie ciężka, diamentowa kolia
Diamentowe Berło...

Wciąż jednak była na boso. [na widok swoich stóp skrzywiła się z dezaprobatą,- jak można do takiego stroju nie dodać butów?! Ktoś przeoczył ważny element.]

Nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą począć, skierowała się do świątyni, której koniec ginął gdzieś w chmurach. 

Na pierwszym stopniu, ciągnących się chyba w nieskończoność, wąskich schodów, siedział złotowłosy młodzieniec.

Siedział po turecku, najwyraźniej oddając się kontemplacji. 

Miał na sobie całkiem współczesny, ciemnozielony dres, który kontrastował z delikatnymi, niemal dziewczęcymi, a jednocześnie bardzo męskimi rysami twarzy i burzą złotych loków opadających z wdziękiem na ramiona.

Wyglądał trochę jak skrzyżowanie podblokowego dresiarza z Kupidynem.

Patrzyła z zainteresowaniem, studiując wygląd nieznajomego, zanim tamten otworzył oczy i raczył do niej przemówić.

A oczy jego miały wściekle fioletowy kolor, trójkątne źrenice przeszywały ją na wskroś niemal boleśnie, tak, że na chwilę, która zdawała się być wiecznością, straciła oddech.

Wyobraźnia podsunęła jej obraz spiczastych zębów, które kryją się pod malinowymi usteczkami Złotowłosego.

Jego zęby nie wyglądały jednak w żaden sposób nadzwyczajnie, jego głos, choć niski i wibrujący, nie kruszył kamieni i nie wprawiał serca w arytmie, czego się spodziewała.

W ogóle Złotowłosy okazał się mało elokwentny. Spojrzał na nią, westchnął ze znużeniem
- Acha, to Ty. – i pstryknął palcami lewej dłoni, po czym ona znalazła się tuż przed wejściem do klasztoru.

Odwróciła się, żeby spojrzeć ilu schodów zdołała uniknąć i od razu dostała mdłości.- nie było widać ich początku. Ostatnie widoczne tonęły w obłokach… najwyraźniej była gdzieś w niebiosach. 

Na wrotach przyklejona była żółta fiszka [mało elegancko jak na taki budynek.]  z powściągliwą notatką „Hasłem je otworzysz, wędrowcze”, napisaną najwyraźniej pospiesznie i bardzo niedbale.

Jakim hasłem?

Jakim hasłem? – powtórzyła głośno, ale nic i nikt jej nie odpowiedział.

Pomyślała, że to musi być coś bardzo banalnego, inaczej na fiszce znalazłaby się chyba jakaś porada, tudzież zagadka.

- Przybyłam!
Nic.
- Oto jestem, u wrót Twoich stoję.
Nic.
- Sezamie otwórz się?
Nic.  Może trzeba tak po prostu, jak do człowieka...
- Strudzona podróżą, pragnę wejść do środka, zamiary moje czyste.
Nic. Nie tak patetycznie?
- Cholera jasna, otwórzcie!!

Po 100 próbie, usiadła zrezygnowana, opierając się  o nieubłaganie, wytrwale i uporczywie WCIĄŻ zamknięte, cholerne wrota bez klamek.

Zaczęła ponownie, wciąż dryfując pomiędzy prostymi sformułowaniami i ckliwymi przemowami, w końcu przeklinając jak szewc.

Po upływie… nużąco długiego czasy, wstała, poprawiła włosy, otrzepała tyłek [choć schody lśniły czystością] i na odchodnego, zła jak nigdy dotąd, burknęła tylko – Dupa.

Nie zdążyła zrobić jednego kroku w dół, gdy wrota zaczęły się podnosić. Nie wierząc własnym oczom, stała z rozdziawioną gębą na progu.
Stałaby tak dłużej, gdyby ktoś brutalnie nie wepchnął jej do środka, mówiąc przy tym
- No właź wreszcie! – co utożsamiła z głosem Złotowłosego.

Ocknęła się w wodzie.
Na dnie wody.
Tkwiąc nieruchomo,  z uczuciem niesamowitego dyskomfortu.
W czym się znadjo…muszla? Czyżby była…ŚLIMAKIEM?! Zaczęła szamotać się nieporadnie z rozpaczy. Była morskim ślimakiem.
Naszło ją obrzydzenie do samej siebie,  ale szybko zorientowała się, że coś jest nie tak, bo ślimak się rusza a ona nie..więc..?
Patrzyła na ślimaka przed sobą. Co za ulga, to nie ona nim była.
W takim razie..?
Była zaplątana w oślizgłe wodorosty, ręce ciasno przylegały do tułowia, całe ciało miała unieruchomione, nie licząc głowy.
I co teraz? Karmazynowy trochę przegina.

Po chwili podpłynęła do niej [irytująco] piękna syrena. Spojrzała nań bławatkowymi oczętami, na jej twarz wypłynął zawadiacki uśmiech, pokazała jej język i bezczelnie odpłynęła.

Wspaniale.

Spętane nadgarstki słabły, nogi drętwiały z bólu a głowa miała chyba zamiar wybuchnąć.
Pociemniało jej w oczach.

Obudziła się w znanym sobie miejscu- na białym, ciepłym piasku. Obok siedział blady jak zawsze Scott., - tym razem włożył słomianą panamę, czym przypominał Wiremana.
- On byłby tutaj właściwszy.
- Dziwne sformułowanie.
Nadal patrzył w dal.
- Nie możesz wciąż tam uciekać.
- Dlaczego?
- Już Ty dobrze wiesz, dlaczego, mi compadre.- puścił jej oko i zniknął.
„Zacznij od tego, co znasz, a potem wymyśl to na nowo.” To był już głos Wiremana.

1 komentarz:

  1. Abstrakcja ja tak chyba nie potrafię- szukam znanej tylko Tobie logiki

    OdpowiedzUsuń