piątek, 3 czerwca 2011

Jenny.

Stanął na progu jej letniego domu. Wiatr trzepotał kolorowym hamakiem na werandzie, za jego plecami. Gdzieś w oddali słychać było szum wodospadu. Drzwi, co wcale go nie zdziwiło, były otwarte na oścież. Barwa – bo najbliżsi tak na nią mówili, chyba nigdzie tak naprawdę nie czuła się zagrożona. Jakby manifestowała światu to, że jest bezbronna i ma to w dupie. Nawet tutaj, w samotnie stojącym domu gdzieś na skraju lasu, nieopodal plaży, nie robiła sobie nic z potencjalnego niebezpieczeństwa.

Zajrzał niepewnie do środka, zostawiając plecak i torbę przed wejściem. 

-Barwa? – zapytał niezbyt głośno. Nie chciał jej przecież przestraszyć, choć może to by ją czegoś nauczyło…  Spodziewał się zastać ją pochłoniętą jakąś czynnością tak bardzo, że bodźce zewnętrzne nie będą do niej docierać. 

W środku, w pokoju dziennym- jak sądził, znaczną część miejsca zajmował niski, prostokątny, bambusowy stolik. Stał na nim dzbanek z wodą, szklanka i półmisek owoców. Za stolikiem leżał ogromny materac w kształcie zbliżonym do gruszki, obleczony fioletowym materiałem. Wyglądał na bardzo wygodny. Na drewnianej podłodze porozrzucane były zeszyty, książki, długopisy, ulotki, notes i kilka luźnych kartek.

Cała Barwa.

Na ścianie zawieszona była półokrągła półka, na której stał otwarty laptop. Nie było na niej zdjęć ani plakatów a jedynie głośniki – w każdym rogu, każdego pokoju- był tego pewien. W ściennej wnęce stał niepozorny odtwarzacz.
Nie było telewizora. Barwa nigdy nie była telemaniaczką.
Gdzieś pod stolikiem leżała otwarta, skórzana torba.
Dużo Barwy, bez Barwy.

Z pokoju z materacem można było przejść bezpośrednio na taras, do którego prowadziły szklane, dwuskrzydłowe drzwi… również otwarte.

Gizmo wszedł niepewnie i udał się w tamtym kierunku. 

Barwa siedziała przy dużym, drewnianym stole, na którym rozstawiła kilka małych miseczek wypełnionych koralikami. Naplatała je na rzemyki albo kolorowe nitki. 
Zanim się do niej odezwał, stał chwilę w futrynie patrząc na to, co robi i jak wygląda.
Nie zmieniła się jakoś drastycznie, ale owszem – trochę. Miała na sobie długą koszulkę na ramiączkach. Na dredach widać było kolorowe koraliki – tylko kilka, nie lubiła przesadzać i dawało to dobry efekt. W uszach miała małe, drewniane kolczyki. Jej skóra – zazwyczaj blada, nabrała złotawego blasku.
-Cześć, Barwa. – odezwał się w końcu i z rozbawieniem obserwował jak ona kolejno, podskakuje z przerażenia, robi wielkie, zdumione oczy, rzuca mimowolnie przekleństwem a potem śmieje się z ulgą ale i nieukrywaną radością, a potem serdecznie go ściska.
- Cholera jasna, Gizmo, ale mnie przestraszyłeś!! Myślałam, że to ten stuknięty…co ty tutaj robisz?! – mówiła głośno, uśmiechała się szeroko i szczerze.- Miałeś być przecież...
-Na Alasce.- przerwał jej wiedząc, że ma niedokładne informacje. Była czasem chodzącym pomieszaniem z poplątaniem.
-Na Alasce..?- powtórzyła z niedowierzaniem.
- U Jenny.
-Co z nią?- w jej oczach zalśniła nieudawana troska. Spotkała się z Jenny tylko raz. To wystarczyło, żeby poczuła w niej bratnią duszę.
- Jej stan się poprawił.
- To cudownie!
- To chwilowe. Potem ma być już tylko gorzej – zauważyła, że przyjaciel markotnieje. Jego ciemne oczy zasnuły się mgłą. Wiedziała, że to nie jest dobry moment na drążenie tego tematu. Pytania musiały poczekać. Znała Gizma na wylot, zaskoczył ją niezapowiedzianą wizytą, wiedziała jednak, że dawno stracił szczeniacką beztroskę i musiał mieć powód, żeby przylecieć.
Szczególnie jeśli wcześniej był u Jenny…
Zaczęła się krzątać, uświadomiwszy sobie, że nie jest ubrana.
- Słuchaj, usiądź, albo się rozpakuj, tam są szklanki, tutaj woda, tam kuchnia, w kuchni w lodówce, zimne napoje - machała rękoma w różnych kierunkach jednocześnie wyciągając ubrania z wiklinowego kosza, co wyglądało trochę jak nieudolny taniec z prowizorycznymi szarfami. Peplała przy tym bez wytchnienia dopóki- …z resztą czuj się jak u siebie. – skończyła zamykając za sobą cicho drzwi do łazienki.

Gizmo zaśmiał się w duchu. Brakowało mu jej. W jakiś sposób kochał jej roztrzepanie, nieporadność i sprzeczność niektórych cech.  Była dla niego jak siostra.
Poszedł do kuchni z nadzieją, że znajdzie w niej coś do zjedzenia. Lodówka pełna była zimnych napojów, soków i piwa. Oprócz tego znalazł trochę warzyw i sporo jogurtów. W zamrażalce, jak mniemał, było kilka gotowych dań. Nie mylił się.
Szafki tej kiepsko zaopatrzonej kuchni, miały drewniane drzwiczki ozdobione kolorowymi wzorami – każda z nich inaczej, wszystkie zachowane w jednej tonacji. Ze smakiem- musiał przyznać. W jednej z nich znalazł całą masę szklanek, w drugiej kartony i torebki z musli, płatkami śniadaniowymi, suszonymi owocami i bakaliami. Wyjął kilka z nich, wsypał po trochę z każdej do miski i zalał to dwoma jogurtami naturalnymi [bo Barwa miała tylko 80 gramowe. a on był głodny jak wilk.] . Wyszedł ze swoim drugim śniadaniem na taras, usadowił się na ławce-huśtawce i podziwiał widoki.
Barwa w tym czasie próbowała ujarzmić chaos panujący w domu.
Z tarasu biegła wąska ścieżka wysypana piaskiem i kamyczkami, prowadząca na skraj kamiennych schodów biegnących w dół, w stronę lasu. Gizmo domyślał się, że prowadziły do wodospadu.
W okolicy tarasu rosło kilka krzaków z dużymi, czerwonymi i różowymi kwiatami i sumak – ulubione drzewo Barwy, którego gałęzie częściowo wchodziły już na taras.
- Widzę, że sobie poradziłeś – tym razem to ona go zaskoczyła. Stała w krótkich spodenkach i zielonej koszulce z nadrukowanym wielkim uśmiechem na przodzie. Usiadła przy stole i wróciła do ‘koralikowania’.
Nie odwracając wzroku od małych kółeczek, kamyczków, piórek i całej reszty kolorowych pierdów, wyjaśniła:
- To dla znajomych, Gizmo. Wracam za trzy tygodnie.
- Skończyłaś pisać książkę?
-Niezupełnie. – jej odpowiedzi były czasem tak niejasne, że aż irytujące.
- Jestem zmęczony…
-Prześpij się.
- Nie mogę spać od kilku nocy. Czasem drzemię w dzień, ale dręczą mnie koszmary.
Spojrzała na niego uważnie, lekko marszcząc brwi. Martwiła się o niego. Widział niepokój na jej twarzy. I czujność. Będzie miała na niego oko.
- Zrobię nam zieloną herbatę. – Jakby to miało być lekarstwem na wszystko.
Poszła do kuchni i chyba nie tylko do kuchni bo długo nie wracała.  Gizmo słuchał szumu wody i wiatru.
- W małym pokoju mam podwieszane, duże łóżko. Coś na kształt piętrowego tyle, że bez piętra niżej. – uśmiechnęła się lekko – tam będziesz  spał. Jest wygodne, przysięgam. Już wszystko gotowe, możesz się tam rozpakować.
-Dzięki – W jego głosie słychać było wdzięczność, ulgę i zmęczenie. Podała mu kubek z herbatą i usiadła obok. Zauważyła już, że Gizmo schudł. Jego twarz stała się bardziej pociągła, długie włosy krzyczały o podcięcie poniszczonymi końcami. Pod oczami miał cienie, które sięgały prawie policzków. Był bardzo blady. Wyglądał na wykończonego.
Pili w milczeniu, a było to dobre milczenie. Przerwał je brutalnie dzwonek telefonu dobiegający z wnętrza domu.

Barwa pobiegła w tamtym kierunku. Wróciła z kluczykami w dłoni – Muszę jechać do miasteczka. – bez zbędnych wyjaśnień – Wrócę późnym popołudniem, odpocznij. – i wyszła.

Nie zdążył zapytać po co jedzie, gdzie ma samochód i czy potrzebuje jego pomocy. Jak zwykle.
Po własnych ścieżkach, zawsze chodziła sama.

Wziął prysznic, rozpakował się w „małym” pokoju, który de facto był prawie dwa razy większy od „dziennego” i wyższy – sięgał samego dachu w odróżnieniu od innych pomieszczeń. Nad kuchnią, łazienką i „salonem” musiała być zatem dodatkowa przestrzeń, strych albo coś w tym rodzaju. Pozamykał drzwi – w odróżnieniu od Barwy był nieco wyczulony na tym punkcie i położył się w hamaku na werandzie.
Patrzył w niebo i myślał o Jenny.
Czekała ją ciężka chemioterapia. Kolejna, cholerna chemioterapia. Tym razem istniały znikome szanse, że ją przeżyje.
Powinien być teraz z nią, tymczasem on uciekł. Był na wyspie Duma Key, z dala od ukochanej, od pracy, rodziny, przyjaciół, szkoły tańca, którą miał otworzyć w Chicago razem ze światowej sławy, amerykańskim choreografem, z dala od obowiązków.
Potrzebował odpoczynku.
Musiał znaleźć siebie, żeby inni mogli odnaleźć jego. Nie mógł być dla nich wsparciem będąc słabym. 

Barwa też uciekała z tym, że ona prowadziła tutaj aktywne, drugie życie. Od dłuższego czasu nie była tu tylko turystką.
Była właścicielką miejscowej Galerii promującej miejscowych artystów, współudziałowcem jednego z ekskluzywnych ośrodków turystycznych i przede wszystkim, przyjaciółką mieszkańców – przyciągała do siebie ludzi jak magnes. Była przyjaciółką, ale nie miała tutaj przyjaciół.
Według gadatliwego taksówkarza, który przywiózł go do jej domu, Barwa ściśle współpracowała z miejscowym oddziałem policji a obecnie pomagała w rozbiciu groźniej szajki narkotykowej.
W to akurat nie wierzył, choć nie wykluczał, że Barwa pomagała w jakiś nieznaczny sposób policji.

Hamak bujał się lekko. Był szeroki, zrobiony z wytrzymałego materiału i wbrew oczekiwaniom, bardzo wygodny. Gizmo powoli odpływał. Przed oczami miał twarz Jenny – tę, którą poznał na długo przed chorobą. Uśmiechniętą, delikatną, otoczoną burzą niesfornych, drobnych loczków.
Była najpiękniejszą kobietą, jaką znał. Czarowała go każdym ruchem, każdym spojrzeniem, każdym słowem.
Była całym jego życiem.
Zasnął głęboko.

4 komentarze:

  1. Łucjo, zaskakujesz mnie! Każde twoje opowiadanie jest cholernie wciągające a po przeczytaniu jednego chciałabym sięgnąć od razu po następne! Jestem w szoku ;)

    Mączka ;>

    OdpowiedzUsuń
  2. Opisy! coś za co Cię uwielbiam- coś czego definitywnie nie potrafię!

    OdpowiedzUsuń
  3. "Była przyjaciółką, ale nie miała tutaj przyjaciół. " - zaczerpnęłam to z naszej rozmowy, z jednej z wymian maili :)

    Opisy-wcale nie wychodzą Ci źle!

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie się to czyta. Wciąga... i od razu chce się więcej. :)

    OdpowiedzUsuń