poniedziałek, 27 czerwca 2011

Bezczelnie bądź sobą.


A zatem zepchnąć w czeluść,
  czy przygarnąć?
Zaprzepaścić wszystko, nie dać szansy,
  czy narazić się na ukąszenia?

Bądź sobą w sposób bezczelny.
Do szpiku kości zabarwiona swoim charakterem.
Malować rzeczywistość własnymi farbami, nie zmieniając barw przechodniów.
Egocentryzm?
Wchodzę w to tylko po kostki,
żeby trzymać się swojej drogi.
Pytanie tylko – jaka jest moja droga i dokąd prowadzi?
Nikt nie wie tego na pewno, przed rozpoczęciem wędrówki.

Skrzynia Zielonookiej.

Jakiś czas temu, wepchnęła do ogromnej skrzyni wszystkie melodie, wspomnienia…wszystko co wiązało się z Zielonooką. Jej sylwetkę też tam zagoniła.
Ciężko było. Wyrywała każdą myśl, każdy obraz i każdą nutę ze ścian przywiązania i przyzwyczajenia. Rozcinała cienkie pnącza zaufania niszcząc coś co nazywają Przyjaźnią. To była katorżnicza, długa i początkowo bezowocna praca, która przynosiła jedynie ból i pobojowisko.
Zaciskała zęby, podnosiła zmęczone „ja” i kontynuowała to, co uważała za słuszne. W strugach deszczu, w blasku błyskawic, raniąc delikatne części organizmu osobowości.
W końcu jej się udało. Wszystko szczelnie zamknięte w jednej, ogromnej skrzyni.
Odnalazła spokój, zaczęła porządkować wnętrze od nowa. Pojaśniało.
Z biegiem myśli, skrzynia odsuwała się z oświetlonego blaskiem miejsca, w cień.
Najpierw mozolnie, później coraz szybciej i szybciej.
Gdy wreszcie pogrążyła się w ciemności obrastając zapomnieniem, z jej wnętrza dobiegły znane dźwięki. Wyraźnie. W środku nocy, skrzynia Zielonookiej zaczęła o sobie przypominać.
Ktoś zapukał cicho w jej wewnętrzną ścianę.
Ta nikła, ale niezaprzeczalna obecność znowu frapuje, budzi pytania, na które nie ma jeszcze odpowiedzi.
Tęczówki zabarwiły się ostrożnością.

niedziela, 26 czerwca 2011

Łódka.

Szła lunatycznie w stronę ciemniej wody.
Na brzegu stała łódka, diabeł we fraku zapraszał do środka.
Na łódce napis czarną farbą, lśniący,
„Ukojenie”.
Diabeł wyszczerzony, podał dłoń w rękawiczce z jedwabiu.
Położyła się na plecach, oczy zamknęła z ulgą.
Było tak miękko, tak ciepło, tak duszno.
Łódka okazała się trumną.

piątek, 24 czerwca 2011

Cisza.

Po cichu się boję, po cichu idę,
w ciszy robię zdjęcia robakom, na zielonych liściach.

Moje serce bije mocno i głośno...
tylko ono.

Cicho się złoszczę i równie cicho uspokajam.

Wychodzę na dwór z książką w dłoni, i wracam szybko,
- deszcz zaczyna padać.

Cicho wykonuję kilka niekonstruktywnych czynności,
cicho nie robię tego, co być może powinnam.

Cicho wyłączam telefon z sieci i zostawiam go na stoliku.

Kot mruczy mi wprost do ucha, gdy siedzę z nim na kolanach,
w cichym pokoju.
Moje myśli szepczą, szemrzą, śpiewają.
Cicho.

I głowa boli też jakoś ciszej.

Jutro będzie sobota.
Po ciszy nie zostanie ani śladu, może jedynie w zakamarkach oczu...

Jak kurz, który po spotkaniu ze ścierką unosi się w powietrze,
a potem z powrotem opada na meble,
jej resztki przez chwilę utrzymają się w spojrzeniu.

Ta cisza schowa się pod miotłą,
i jak mysz zamilknie.

Odezwie się ponownie, gdy tylko szepnę - wróć.

czwartek, 23 czerwca 2011

Kulka ludzi.

Obudziłam się ok. 9.00. Piękna godzina, sen zdrowy, ani za długi,
ani za krótki..blablabla
sen sen sens en..? Sens en, ouh yeah.
W głowie miałam mnóstwo wesołych wspomnień, w całej sobie radość dziwną
i niepohamowaną. Otworzyłam oczy i śmiałam się do sufitu, do okna, do biurka,
do swoich żółtych, pidżamowatych spodni…

Czwartek, ach czwartek, czwartek...! :D
Chachawa MIOTA MNĄ JAK SZATAN  xD

"I ciągle mówią nam,  że nie wolno chwalić dnia przed zachodem słońca.
I choc w zenicie jest,
mogę chwalić go!

I tak mam piękne dni, i nie na złość tym,
którzy zazdrość noszą w sercach.
Lecz by nie ranić ich już więcej,
moim szczęściem...
Cicho powiem

Ach, jaki piękny dzień! "

wtorek, 21 czerwca 2011

Mi compadre.

Już wystarczy.
Podniosłą głowę, nasłuchując. Wiatr bawił się jej włosami. Chciałaby być wiatrem.
Chciałaby sunąć w przestworze, prędko i daleko, tulić trawę do ziemi, wprawiać w taniec liście, szeleścić, gwizdać, świszczeć
Czasem straszyć.

Już wystarczy – powtórzyła w myślach. Kąciki oczu zalśniły od łez. Wokół było cicho. Szła boso przez zapuszczoną łąkę. Poranna rosa koiła ból zmęczonych stóp. Krew na zadrapanych łydkach powoli krzepła. Szła w kierunku jeziora, modląc się o chwilę wytchnienia.

Usiadła na pomoście, nad taflą ciemnozielonej wody. Wokół unosiła się mgła, słońce wznosiło się nad horyzont gdzieś za jej plecami. 

Delikatne fale wprawiały ją w swoisty trans. Patrzyła tylko w wodę, woda zdawała patrzeć się na nią. Powoli schodziła w ciemność…ciemność powoli dostawała się do jej głowy. 

Falująca ciemność zasnuła wszystko.

Gdy otworzyła oczy była już gdzie indziej. Musiała chwilę stać oparta rękoma o kolana, z głową w dół, żeby pozbyć się tego falowania.

Nowe miejsce zaatakowało kolorami – pod jej nogami wściekle czerwona kostka, którą został wybrukowany plac przed ogromną neogotycką świątynią, zbudowaną z jakiegoś szafirowego kamienia. 
Na niej samej – długa, sztywna, czarna suknia z gorsetem, dzięki któremu zyskała talię osy.
Na szyi niespodziewanie ciężka, diamentowa kolia
Diamentowe Berło...

Wciąż jednak była na boso. [na widok swoich stóp skrzywiła się z dezaprobatą,- jak można do takiego stroju nie dodać butów?! Ktoś przeoczył ważny element.]

Nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą począć, skierowała się do świątyni, której koniec ginął gdzieś w chmurach. 

Na pierwszym stopniu, ciągnących się chyba w nieskończoność, wąskich schodów, siedział złotowłosy młodzieniec.

Siedział po turecku, najwyraźniej oddając się kontemplacji. 

Miał na sobie całkiem współczesny, ciemnozielony dres, który kontrastował z delikatnymi, niemal dziewczęcymi, a jednocześnie bardzo męskimi rysami twarzy i burzą złotych loków opadających z wdziękiem na ramiona.

Wyglądał trochę jak skrzyżowanie podblokowego dresiarza z Kupidynem.

Patrzyła z zainteresowaniem, studiując wygląd nieznajomego, zanim tamten otworzył oczy i raczył do niej przemówić.

A oczy jego miały wściekle fioletowy kolor, trójkątne źrenice przeszywały ją na wskroś niemal boleśnie, tak, że na chwilę, która zdawała się być wiecznością, straciła oddech.

Wyobraźnia podsunęła jej obraz spiczastych zębów, które kryją się pod malinowymi usteczkami Złotowłosego.

Jego zęby nie wyglądały jednak w żaden sposób nadzwyczajnie, jego głos, choć niski i wibrujący, nie kruszył kamieni i nie wprawiał serca w arytmie, czego się spodziewała.

W ogóle Złotowłosy okazał się mało elokwentny. Spojrzał na nią, westchnął ze znużeniem
- Acha, to Ty. – i pstryknął palcami lewej dłoni, po czym ona znalazła się tuż przed wejściem do klasztoru.

Odwróciła się, żeby spojrzeć ilu schodów zdołała uniknąć i od razu dostała mdłości.- nie było widać ich początku. Ostatnie widoczne tonęły w obłokach… najwyraźniej była gdzieś w niebiosach. 

Na wrotach przyklejona była żółta fiszka [mało elegancko jak na taki budynek.]  z powściągliwą notatką „Hasłem je otworzysz, wędrowcze”, napisaną najwyraźniej pospiesznie i bardzo niedbale.

Jakim hasłem?

Jakim hasłem? – powtórzyła głośno, ale nic i nikt jej nie odpowiedział.

Pomyślała, że to musi być coś bardzo banalnego, inaczej na fiszce znalazłaby się chyba jakaś porada, tudzież zagadka.

- Przybyłam!
Nic.
- Oto jestem, u wrót Twoich stoję.
Nic.
- Sezamie otwórz się?
Nic.  Może trzeba tak po prostu, jak do człowieka...
- Strudzona podróżą, pragnę wejść do środka, zamiary moje czyste.
Nic. Nie tak patetycznie?
- Cholera jasna, otwórzcie!!

Po 100 próbie, usiadła zrezygnowana, opierając się  o nieubłaganie, wytrwale i uporczywie WCIĄŻ zamknięte, cholerne wrota bez klamek.

Zaczęła ponownie, wciąż dryfując pomiędzy prostymi sformułowaniami i ckliwymi przemowami, w końcu przeklinając jak szewc.

Po upływie… nużąco długiego czasy, wstała, poprawiła włosy, otrzepała tyłek [choć schody lśniły czystością] i na odchodnego, zła jak nigdy dotąd, burknęła tylko – Dupa.

Nie zdążyła zrobić jednego kroku w dół, gdy wrota zaczęły się podnosić. Nie wierząc własnym oczom, stała z rozdziawioną gębą na progu.
Stałaby tak dłużej, gdyby ktoś brutalnie nie wepchnął jej do środka, mówiąc przy tym
- No właź wreszcie! – co utożsamiła z głosem Złotowłosego.

Ocknęła się w wodzie.
Na dnie wody.
Tkwiąc nieruchomo,  z uczuciem niesamowitego dyskomfortu.
W czym się znadjo…muszla? Czyżby była…ŚLIMAKIEM?! Zaczęła szamotać się nieporadnie z rozpaczy. Była morskim ślimakiem.
Naszło ją obrzydzenie do samej siebie,  ale szybko zorientowała się, że coś jest nie tak, bo ślimak się rusza a ona nie..więc..?
Patrzyła na ślimaka przed sobą. Co za ulga, to nie ona nim była.
W takim razie..?
Była zaplątana w oślizgłe wodorosty, ręce ciasno przylegały do tułowia, całe ciało miała unieruchomione, nie licząc głowy.
I co teraz? Karmazynowy trochę przegina.

Po chwili podpłynęła do niej [irytująco] piękna syrena. Spojrzała nań bławatkowymi oczętami, na jej twarz wypłynął zawadiacki uśmiech, pokazała jej język i bezczelnie odpłynęła.

Wspaniale.

Spętane nadgarstki słabły, nogi drętwiały z bólu a głowa miała chyba zamiar wybuchnąć.
Pociemniało jej w oczach.

Obudziła się w znanym sobie miejscu- na białym, ciepłym piasku. Obok siedział blady jak zawsze Scott., - tym razem włożył słomianą panamę, czym przypominał Wiremana.
- On byłby tutaj właściwszy.
- Dziwne sformułowanie.
Nadal patrzył w dal.
- Nie możesz wciąż tam uciekać.
- Dlaczego?
- Już Ty dobrze wiesz, dlaczego, mi compadre.- puścił jej oko i zniknął.
„Zacznij od tego, co znasz, a potem wymyśl to na nowo.” To był już głos Wiremana.

piątek, 17 czerwca 2011

To przedstawienie dwojga aktorów.

Kurtyna w górę!
Klaszczcie w dłonie, rozgorączkowanym wzrokiem,
podążajcie za ich krokiem.
Skoki, piruety, salta.
Spójrz, to przedstawienie, w którym gra tylko dwoje aktorów.
Ona  i on- zgadza się.
Wokół nich wiele kolorów i stwory dziwne, które co jakiś czas plączą się pomiędzy rekwizytami.
Nieboskłon- sklepienie cyrku, zmienia swoją barwę.
Ona nie zna swojej roli.
On o to nie dba.
Nie ma suflera,
jest sekundantów niechcianych kilkoro.
To przedstawienie, w którym gra dwoje aktorów.
Widownia szaleje, widownia chce więcej.
Widzowie domagają się zmiany fabuły.
To przedstawienie, w którym gra dwoje aktorów.
Oni są władcami, niewzruszeni na krzyki i piski, gdy tak patrzą sobie głęboko w oczy
wymieniając się treściami myśli i uczuć.
Piękne panie podbiegają do aktora – autografy,
Z numerem, z dopiskiem, z afektonimem najlepiej.
Ona patrzy na to zlękniona,
On wraca pospiesznie na scenę.
To przedstawienie, w którym gra dwoje aktorów.
Do niej uśmiechy, do niej wyznania zewsząd nadchodzą
Do niej obelgi i „zniechęcania”, kiedy w przerwie zostaje sama.
On ze złością obserwuje jej poczynania
Ona zgrabnie wyciąga doń rękę.

To przedstawienie dwojga aktorów,
Którzy mimo splendoru, odnajdują siebie.

środa, 15 czerwca 2011

"...ta ciemność pęka tak, jak mur"

Gdzie jesteś, dziewczyno świadoma gruntu, na którym stoisz?
Gdzie jesteś gruncie..[?!]
kreatorko otoczenia, niezależna choć będąca wśród wielu
zniknęłaś w odmęcie dziwnych zdarzeń
 toniesz w niewiadomych

Odnajdź tę stanowczość
równowagę
Ten pierwiastek siebie, który pozwalał Ci śmiać się, rozmawiać, biec bez wyrzutów sumienia,
 beztrosko
 zdrowo
 jasno
 konkretnie

Ten łącznik rozbieżności, jakie w Tobie siedzą,
ten prostolinijny sposób wyznania.

Nie toń już więcej.
Tratwa jest niedaleko. Tratwy nie ma.
Ty tworzysz, Ty wchodzisz, Ty wracasz.
Nie utoniesz
Nie utonę.

Jestem. Będę."teraz i na zawsze" taką, jaką chcę być.

Wybaczcie mi moją nieobecność lub obecność wątpliwą. Mój odwrót, moje słabości, moje wredotki, moje ‘nie bo nie’.
Nie jestem skałą, nie jestem też piórkiem.
Nie jestem silna, nie jestem słaba.
Nie dokonuję cudów, nie płaczę z byle powodu.
Nie nawracam, nie tonę w melancholi.
Nie mam trzech wiatrów w dupie, nie siedzę w miejscu.

Są na świecie ludzie, którzy zaufali mi ślepo, bez zastanowienia i bez wątpliwości. Opowiedzieli swoje historie. Trudne,  mniej trudne… inicjujące chaos i zmiany, których nie chcieli. Są ludzie, którzy szukają we mnie radości,  przełamania rutyny, albo po prostu rady czy zrozumienia. Są ludzie, u których szukam tego ja, gotowi w każdej chwili podać mi pomocną dłoń, wysłuchać, poradzić,- sprowadzić na ziemię, ustrzec.  Zarówno ci pierwsi jak i ci drudzy są dla mnie ważni. Zarówno w pierwszych, a już szczególnie w drugich,wątpić nie powinnam. Zostawiać pierwszych, odtrącać drugich. Tak bez powodu? Nie.
„Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.” S. Wyszyński.
Coś w tym jest.
Przepraszam, dziękuję, wiedzcie, że jestem. 
Dla siebie i dla Was.
Ja wiem, że Wy jesteście :)



niedziela, 12 czerwca 2011

Reputacja.

Chyba po raz pierwszy - lub jeden z nielicznych, zamieszczam ten sam post na dwóch blogach jednocześnie.

Reputacja.
Czym jest?
Ogółem informacji, jakimi dysponuje na temat poszczególnego człowieka, społeczeństwo?
Ogółem ludzkich przekonań co do danej osoby?
Ogółem opinii na temat kogoś?
Ogółem uczuć i wrażeń, jakie jednostka wzbudza wśród otoczenia?
Obiektywnie?
Czy da się tak? Czy da się wyznaczyć obiektywną ocenę danego człowieka zebrawszy do kupy oceny poszczególnych ludzi? Da się?

Nie sądzę. Każdy z nas może odbierać tę samą osobę w inny sposób. Na jednych zrobi ona dobre wrażenie, innym pozostanie obojętna, jeszcze komuś innemu zupełnie nie przypadnie do gustu.

Czy można w ogóle nakreślić choćby szkic osobowości człowieka, którego nie znamy? Którego nie widzimy na co dzień, a jedynie w jakiejś konkretnej sytuacji? Nie znając przyczyn jego zachowania, nie należy wyrabiać sobie o nim konkretnego zdania, które w dodatku przekazuje się innym w rozmowie.
[nie oszukujmy się, ludzie rozmawiają o sobie nawzajem, przy każdej możliwej okazji.] 

Dlaczego część osób o tym zapomina? Kieruje się własnym zdaniem, które uważa za święte i niepodważalne, miesza się w nie swoje sprawy?

Wydaje Ci się, że wiesz o mnie wszystko? Wydaje Ci się, że wiesz jaka jestem?
Zweryfikuj swoje zdanie obserwacją mojego zachowania w różnych sytuacjach a przede wszystkim – rozmową. – zakładając, że skonkretyzowanie Twojego zdania o mnie, jest na tyle ważne, że chce Ci się poświęcić na to trochę czasu.

Powiem [napiszę] Wam, jak to jest w moim przypadku – otóż zdanie o kimś oczywiście nakreślam na podstawie wspólnych przeżyć, rozmów, sytuacji, w których braliśmy udział- nie na podstawie plotek i złudnych pozorów.
Zdanie o kimś, a właściwie – zbiór wspomnień, związanych z tą osobą, jest na tyle elastyczny, że nie odrzucam ani nie wierzę ślepo w opinie innych na temat tej samej osoby.

Weryfikuję,  ignoruję, albo zachowuję w pamięci jako informacja dodatkowa, z nalepką „niekoniecznie prawda”.

Zbiór wspomnień, wspólne przeżycia – nie zbiór plotek i przyglądanie się z boku.

Wyruszyli.

Stała na drewnianym mostku, pod którym rzeka już dawno wzniosła się do chmur w postaci pary wodnej. Patrzyła na poruszane lekkim wiatrem liście.
Na ramionach miała ciężkie metalowe obręcze. W głowie mnóstwo informacji, które sprawiały, że swoiste kajdany lekko parzyły.
Gdzieś z góry patrzył na nią księżyc otoczony pomarańczową poświatą, przysłonięty delikatnymi chmurkami.

Usłyszała za sobą kroki. Nie od razu odwróciła wzrok w tamtym kierunku, niepewna co ma myśleć i w co wierzyć, wiedziała tylko, że nie może uciec.
W ciemności nie widziała jego twarzy, ale nie miała wątpliwości, że to właśnie on.
Powietrze wokół jego sylwetki wirowało i przybierało kolor fioletowo-malinowy.
Złość, determinacja, zawód.? Mogła się tylko domyślać, co nim kieruje.
Rozmawiali krótko, ale słowa były ciężkie jak ołowiane kulki, mimo to metalowe obręcze zdawały się być lżejsze.

Wsiedli razem do karocy, prowadzonej przez dwie niebiesko-srebrne ważki, która czekała na nich kilka kroków dalej, obok zielonej, rozświetlonej lampionami antany.

Wyruszyli we wspólną podróż do krain nieznanych.

piątek, 10 czerwca 2011

Kilka słów.

Kilka słów – potwierdzenie złych snów, wyostrzenie twojego obrazu, który rozmywa się zawsze gdy śmiejemy się z niczego.
Kilka słów, które nie były niczym nowym.
Kilka pospiesznych zdań, żeby nakreślić szkic sytuacji, którą mogłabym niemal dokładnie spisać na kartkę, gdybym uważniej słuchała intuicji i tego przekornego, sykliwego głosu gdzieś z środka.
Kilka słów, które powinny, ale nie odwróciły, jakiejś części świata, do góry nogami.
Po tych kilku słowach, czekałam na reakcję umysłu.
Szukałam w sobie obruszenia, oburzenia?
- żadnego z tych uczuć we mnie nie ma.
Chyba powinnam poczuć rozczarowanie, usłyszeć cienką, wysoką nutę zaskoczenia i roziskrzyć od czystego gniewu.
Cisza.
Trzeźwe oko i przeczucie  nie dały się uśpić, paraliżując zaufanie i oddanie części siebie, wszystko pozostało na miejscu, więc moje ‘ja’ wychodzi z tego cało.
Nie było wielkich uniesień, nie będzie płaczu w poduszkę.  :)
Swoiste oczyszczenie, 'that`s right.'


aa! Muszę się w końcu wsypać.
Może przyśnią mi się...kanadyjskie wiewiórki lub Olimpiada Dzikich Pszczół..? ;)

niedziela, 5 czerwca 2011

Czasem staję się liściem.

Jesteś atmosferyczną nieprawidłowością,
-małym zawirowaniem powietrza, co fascynuje, trwa chwilkę
i od czasu do czasu powraca w myślach.
Ja?
Jestem drzewem wysokim, niewzruszonym twoją ulotną obecnością.
Rzucam cień na twój taniec, nic poza tym.
Ale czasem… czasem staję się liściem, który porwany przez ciebie do krótkiego pląsu,
marzy o kolejnym spotkaniu,
 jak o następnej przygodzie.

piątek, 3 czerwca 2011

Jenny.

Stanął na progu jej letniego domu. Wiatr trzepotał kolorowym hamakiem na werandzie, za jego plecami. Gdzieś w oddali słychać było szum wodospadu. Drzwi, co wcale go nie zdziwiło, były otwarte na oścież. Barwa – bo najbliżsi tak na nią mówili, chyba nigdzie tak naprawdę nie czuła się zagrożona. Jakby manifestowała światu to, że jest bezbronna i ma to w dupie. Nawet tutaj, w samotnie stojącym domu gdzieś na skraju lasu, nieopodal plaży, nie robiła sobie nic z potencjalnego niebezpieczeństwa.

Zajrzał niepewnie do środka, zostawiając plecak i torbę przed wejściem. 

-Barwa? – zapytał niezbyt głośno. Nie chciał jej przecież przestraszyć, choć może to by ją czegoś nauczyło…  Spodziewał się zastać ją pochłoniętą jakąś czynnością tak bardzo, że bodźce zewnętrzne nie będą do niej docierać. 

W środku, w pokoju dziennym- jak sądził, znaczną część miejsca zajmował niski, prostokątny, bambusowy stolik. Stał na nim dzbanek z wodą, szklanka i półmisek owoców. Za stolikiem leżał ogromny materac w kształcie zbliżonym do gruszki, obleczony fioletowym materiałem. Wyglądał na bardzo wygodny. Na drewnianej podłodze porozrzucane były zeszyty, książki, długopisy, ulotki, notes i kilka luźnych kartek.

Cała Barwa.

Na ścianie zawieszona była półokrągła półka, na której stał otwarty laptop. Nie było na niej zdjęć ani plakatów a jedynie głośniki – w każdym rogu, każdego pokoju- był tego pewien. W ściennej wnęce stał niepozorny odtwarzacz.
Nie było telewizora. Barwa nigdy nie była telemaniaczką.
Gdzieś pod stolikiem leżała otwarta, skórzana torba.
Dużo Barwy, bez Barwy.

Z pokoju z materacem można było przejść bezpośrednio na taras, do którego prowadziły szklane, dwuskrzydłowe drzwi… również otwarte.

Gizmo wszedł niepewnie i udał się w tamtym kierunku. 

Barwa siedziała przy dużym, drewnianym stole, na którym rozstawiła kilka małych miseczek wypełnionych koralikami. Naplatała je na rzemyki albo kolorowe nitki. 
Zanim się do niej odezwał, stał chwilę w futrynie patrząc na to, co robi i jak wygląda.
Nie zmieniła się jakoś drastycznie, ale owszem – trochę. Miała na sobie długą koszulkę na ramiączkach. Na dredach widać było kolorowe koraliki – tylko kilka, nie lubiła przesadzać i dawało to dobry efekt. W uszach miała małe, drewniane kolczyki. Jej skóra – zazwyczaj blada, nabrała złotawego blasku.
-Cześć, Barwa. – odezwał się w końcu i z rozbawieniem obserwował jak ona kolejno, podskakuje z przerażenia, robi wielkie, zdumione oczy, rzuca mimowolnie przekleństwem a potem śmieje się z ulgą ale i nieukrywaną radością, a potem serdecznie go ściska.
- Cholera jasna, Gizmo, ale mnie przestraszyłeś!! Myślałam, że to ten stuknięty…co ty tutaj robisz?! – mówiła głośno, uśmiechała się szeroko i szczerze.- Miałeś być przecież...
-Na Alasce.- przerwał jej wiedząc, że ma niedokładne informacje. Była czasem chodzącym pomieszaniem z poplątaniem.
-Na Alasce..?- powtórzyła z niedowierzaniem.
- U Jenny.
-Co z nią?- w jej oczach zalśniła nieudawana troska. Spotkała się z Jenny tylko raz. To wystarczyło, żeby poczuła w niej bratnią duszę.
- Jej stan się poprawił.
- To cudownie!
- To chwilowe. Potem ma być już tylko gorzej – zauważyła, że przyjaciel markotnieje. Jego ciemne oczy zasnuły się mgłą. Wiedziała, że to nie jest dobry moment na drążenie tego tematu. Pytania musiały poczekać. Znała Gizma na wylot, zaskoczył ją niezapowiedzianą wizytą, wiedziała jednak, że dawno stracił szczeniacką beztroskę i musiał mieć powód, żeby przylecieć.
Szczególnie jeśli wcześniej był u Jenny…
Zaczęła się krzątać, uświadomiwszy sobie, że nie jest ubrana.
- Słuchaj, usiądź, albo się rozpakuj, tam są szklanki, tutaj woda, tam kuchnia, w kuchni w lodówce, zimne napoje - machała rękoma w różnych kierunkach jednocześnie wyciągając ubrania z wiklinowego kosza, co wyglądało trochę jak nieudolny taniec z prowizorycznymi szarfami. Peplała przy tym bez wytchnienia dopóki- …z resztą czuj się jak u siebie. – skończyła zamykając za sobą cicho drzwi do łazienki.

Gizmo zaśmiał się w duchu. Brakowało mu jej. W jakiś sposób kochał jej roztrzepanie, nieporadność i sprzeczność niektórych cech.  Była dla niego jak siostra.
Poszedł do kuchni z nadzieją, że znajdzie w niej coś do zjedzenia. Lodówka pełna była zimnych napojów, soków i piwa. Oprócz tego znalazł trochę warzyw i sporo jogurtów. W zamrażalce, jak mniemał, było kilka gotowych dań. Nie mylił się.
Szafki tej kiepsko zaopatrzonej kuchni, miały drewniane drzwiczki ozdobione kolorowymi wzorami – każda z nich inaczej, wszystkie zachowane w jednej tonacji. Ze smakiem- musiał przyznać. W jednej z nich znalazł całą masę szklanek, w drugiej kartony i torebki z musli, płatkami śniadaniowymi, suszonymi owocami i bakaliami. Wyjął kilka z nich, wsypał po trochę z każdej do miski i zalał to dwoma jogurtami naturalnymi [bo Barwa miała tylko 80 gramowe. a on był głodny jak wilk.] . Wyszedł ze swoim drugim śniadaniem na taras, usadowił się na ławce-huśtawce i podziwiał widoki.
Barwa w tym czasie próbowała ujarzmić chaos panujący w domu.
Z tarasu biegła wąska ścieżka wysypana piaskiem i kamyczkami, prowadząca na skraj kamiennych schodów biegnących w dół, w stronę lasu. Gizmo domyślał się, że prowadziły do wodospadu.
W okolicy tarasu rosło kilka krzaków z dużymi, czerwonymi i różowymi kwiatami i sumak – ulubione drzewo Barwy, którego gałęzie częściowo wchodziły już na taras.
- Widzę, że sobie poradziłeś – tym razem to ona go zaskoczyła. Stała w krótkich spodenkach i zielonej koszulce z nadrukowanym wielkim uśmiechem na przodzie. Usiadła przy stole i wróciła do ‘koralikowania’.
Nie odwracając wzroku od małych kółeczek, kamyczków, piórek i całej reszty kolorowych pierdów, wyjaśniła:
- To dla znajomych, Gizmo. Wracam za trzy tygodnie.
- Skończyłaś pisać książkę?
-Niezupełnie. – jej odpowiedzi były czasem tak niejasne, że aż irytujące.
- Jestem zmęczony…
-Prześpij się.
- Nie mogę spać od kilku nocy. Czasem drzemię w dzień, ale dręczą mnie koszmary.
Spojrzała na niego uważnie, lekko marszcząc brwi. Martwiła się o niego. Widział niepokój na jej twarzy. I czujność. Będzie miała na niego oko.
- Zrobię nam zieloną herbatę. – Jakby to miało być lekarstwem na wszystko.
Poszła do kuchni i chyba nie tylko do kuchni bo długo nie wracała.  Gizmo słuchał szumu wody i wiatru.
- W małym pokoju mam podwieszane, duże łóżko. Coś na kształt piętrowego tyle, że bez piętra niżej. – uśmiechnęła się lekko – tam będziesz  spał. Jest wygodne, przysięgam. Już wszystko gotowe, możesz się tam rozpakować.
-Dzięki – W jego głosie słychać było wdzięczność, ulgę i zmęczenie. Podała mu kubek z herbatą i usiadła obok. Zauważyła już, że Gizmo schudł. Jego twarz stała się bardziej pociągła, długie włosy krzyczały o podcięcie poniszczonymi końcami. Pod oczami miał cienie, które sięgały prawie policzków. Był bardzo blady. Wyglądał na wykończonego.
Pili w milczeniu, a było to dobre milczenie. Przerwał je brutalnie dzwonek telefonu dobiegający z wnętrza domu.

Barwa pobiegła w tamtym kierunku. Wróciła z kluczykami w dłoni – Muszę jechać do miasteczka. – bez zbędnych wyjaśnień – Wrócę późnym popołudniem, odpocznij. – i wyszła.

Nie zdążył zapytać po co jedzie, gdzie ma samochód i czy potrzebuje jego pomocy. Jak zwykle.
Po własnych ścieżkach, zawsze chodziła sama.

Wziął prysznic, rozpakował się w „małym” pokoju, który de facto był prawie dwa razy większy od „dziennego” i wyższy – sięgał samego dachu w odróżnieniu od innych pomieszczeń. Nad kuchnią, łazienką i „salonem” musiała być zatem dodatkowa przestrzeń, strych albo coś w tym rodzaju. Pozamykał drzwi – w odróżnieniu od Barwy był nieco wyczulony na tym punkcie i położył się w hamaku na werandzie.
Patrzył w niebo i myślał o Jenny.
Czekała ją ciężka chemioterapia. Kolejna, cholerna chemioterapia. Tym razem istniały znikome szanse, że ją przeżyje.
Powinien być teraz z nią, tymczasem on uciekł. Był na wyspie Duma Key, z dala od ukochanej, od pracy, rodziny, przyjaciół, szkoły tańca, którą miał otworzyć w Chicago razem ze światowej sławy, amerykańskim choreografem, z dala od obowiązków.
Potrzebował odpoczynku.
Musiał znaleźć siebie, żeby inni mogli odnaleźć jego. Nie mógł być dla nich wsparciem będąc słabym. 

Barwa też uciekała z tym, że ona prowadziła tutaj aktywne, drugie życie. Od dłuższego czasu nie była tu tylko turystką.
Była właścicielką miejscowej Galerii promującej miejscowych artystów, współudziałowcem jednego z ekskluzywnych ośrodków turystycznych i przede wszystkim, przyjaciółką mieszkańców – przyciągała do siebie ludzi jak magnes. Była przyjaciółką, ale nie miała tutaj przyjaciół.
Według gadatliwego taksówkarza, który przywiózł go do jej domu, Barwa ściśle współpracowała z miejscowym oddziałem policji a obecnie pomagała w rozbiciu groźniej szajki narkotykowej.
W to akurat nie wierzył, choć nie wykluczał, że Barwa pomagała w jakiś nieznaczny sposób policji.

Hamak bujał się lekko. Był szeroki, zrobiony z wytrzymałego materiału i wbrew oczekiwaniom, bardzo wygodny. Gizmo powoli odpływał. Przed oczami miał twarz Jenny – tę, którą poznał na długo przed chorobą. Uśmiechniętą, delikatną, otoczoną burzą niesfornych, drobnych loczków.
Była najpiękniejszą kobietą, jaką znał. Czarowała go każdym ruchem, każdym spojrzeniem, każdym słowem.
Była całym jego życiem.
Zasnął głęboko.

czwartek, 2 czerwca 2011

Ruszajmy.

Kupię Ci dźwięk, pokażę zapach jaśminu i zanucę ciepło porannego słońca. ;)

Idziemy przez gęstwinę snów,
przez gąszcz marzeń,
bez oglądania się za siebie.

Mamy czerwone włosy, poprzetykane niebieskimi piórami. Luźne koszulki i 'poszarpane' jeansy. Skórzane torby wypchane brakiem planu, buty podbite uporem.
W oczach szaleństwo
w głowach umysły nieskrępowane
w sercach bunt i beztroska
dookoła twory wyobraźni.

Na mojej skroni tatuaż - N`avoie.
Jaki jest Twój?