wtorek, 12 kwietnia 2011

A tak mnie wyrywa, żeby wyjść..! I iść, iść, iść...

Wracałam ze szkoły ociężale. Ostatnie metry zawsze przysparzają mi najwięcej kłopotu. Jakby moje nogi nie wierzyły, że dadzą radę i dojdą razem ze mną do domu. Zawsze się jednak udaje. Co się przy tym najęczę i nawygłupiam to moje [i osób towarzyszących. ;) A jest ich spore grono. Jak to stwierdziła ostatnio Renata :”Pks connecting people”. Coś w tym jest ;D].
W każdym razie, w końcu udaje mi się dotrzeć do swojej oazy, uzupełnić powstałe w ciągu dnia niedobory energii [czyt. zjeść obiad] i pozwolić sobie na chwilę relaksu.
W domu właśnie to jest najpiękniejsze, że wszystko spowalnia a w powietrzu unosi się wszechogarniający `luuuz`.
Wyskakuję z jeansów a wskakuję w spodnie dresowe. Bluza ląduje na oparciu fotela albo łóżku. Zarzucam na siebie swój ulubiony, wielki sweter w czarno-granatowe pasy i wstawiam wodę na kawę.
Zazwyczaj piję ją z Musią. Dzisiaj Musia na służbowym wyjeździe, uraczyłam się więc kawą sama, popijając ją podczas oglądania serialu.

 Serialem tym „Chuck” na tvn7. Bez lipy :P  Dlaczego go oglądam? No nie wiem, działa relaksująco. Rozbawia, i nie jest to typowy, amerykański, bezmyślny serial komediowy. Raczej parodia serialu kryminalnego, ale zrobiona w dobrym guście. Nieprzesadzona. Nieobleśna i nie pozbawiona sensu. Jakiś tam jest.

Z resztą czy to ważne, co oglądam? 

Potem przychodzi czas na postawienie sobie pytanie :”Ok, co teraz?”.
Hm i akurat obecny wtorek przynosi odpowiedź od razu. CHEMIA. Wzbudzająca, odkąd tylko pojawiła się w moim planie lekcyjnym, czystą nienawiść. Chemia. Niezrozumiała dziedzina nauki. Chemia-czarna magia
i chemia-czarna rozpacz. Chemia- odstraszacz, odpychacz, jedno wielkie łeee. 
Chemia, chemia, chemia. Kurwa. Chemia w klasie maturalnej, profil dziennikarski. Bajka, no naprawdę…

Wiem, że czas otworzyć zeszyt i wśród fali gniewu i bezradności i znowu gniewu takiego, że już prawie zahacza o wściekłość, przyswoić jakieś minimalne minimum i modlić się o zaliczenie.

Tymczasem co? Tymczasem piszę, bo pisanie zabija czas i zajmuje umysł. Bo pisząc nie mogę jednocześnie się uczyć. Ba! Nie mogę nawet sięgnąć po niebieski zeszyt, na którym znudzony `Stanley the cat`, w wielkich okularach ubrany w biały fartuch,  wskazuje tablicę z narysowanymi elektronami. [żebym ja tak zapamiętywała zawartość zeszytów jak ich okładki…;] 


Tak mnie wyrywa, żeby wyjść…! Właśnie w ten zapadający zmrok, w tę szarość, w ten chłód.
Wyjść i iść, iść, iść…

2 komentarze:

  1. Przecież zawsze jest coś w tym co mówię;) szczególnie jak się długo nad tym nie zastanawiam :P np: "jakbyś musiała to byś nie miała wyjścia" jakże mądrze sformułowane stwierdzenie prawda .[?] :P . A tak po za tym też "ubóstwiam" chemię <3 więc nie jesteś sama ^^
    Reika

    OdpowiedzUsuń