środa, 13 kwietnia 2011

Środa, 13 kwietnia 2011r.

Na spacer poszłam, chemię zawaliłam mimo usilnych starań Olszy i moich modłów. ;)
Niestety. Będzie 1, chyba, że pani Ch. Postanowi podnieść nam oceny do zaliczenia, ażeby ukrócić nam mękę ponownego pisania a sobie – ponownego sprawdzania.
Z tym, że to nie byłoby w jej stylu.
IIIa to diabły wcielone, należy im się wszystko co najgorsze.
Humaniści to przecież idioci i niedołęgi – wydaje się mówić jej spojrzenie. I nie tylko spojrzenie, wykłady moralne nie należą do rzadkości.

Dość o tym.

W takim razie o czym mam pisać? Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, dni uciekają bardzo szybko i bezowocnie, bo za nic konkretnego jakoś nie mogę się wziąć.
Dzisiaj moim jedynym sukcesem było pełne skupienie i aktywność na dwóch godzinach matematyki u Pani Oli- lekcje grupowe, z resztą z moimi dziewczynami. Fajna sprawa. Siedliśmy w kręgu, każdy z arkuszem maturalnym, każdy gotowy się z nim zmierzyć. Rozwiązania padały szybko, dłużej trwało ich wyjaśnienie tym, którzy tego nie łapali.
W tle muzyka z VH1. Przed nami – chipsy, ciastka, gorąca herbatka J Gdzieś przy nogach Zośka, szczęśliwa, że jest tyle osób, które może wykorzystać do głaskania.

W domu dopadła mnie senność tak ogromna, że zdominowała wszystkie
inne odczucia. Do czasu kawy, która pozwoliła mi odrobić wszystkie zadane ćwiczenia, z chorego działu jakim jest Państwo i Społeczeństwo z j.ang.
Darowałam sobie wypowiedzi, których i tak nie zdążymy jutro omówić [mam taką nadzieję.]
A teraz siedzę, klepię w klawiaturę i zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie śpię, skoro głowa już zaczyna boleć, nie wspominając o plecach. 

Na dworze nareszcie zrobiło się rześko. Wczoraj było duszno mimo, że padał deszcz. Było duszno i gorąco, a niebo rozświetlała co jakiś czas niema błyskawica.
Szłam po mokrym chodniku, niesiona poczuciem, że iść muszę, mimo, że pada ze wszystkich stron. Szłam zauroczona kroplami deszczu, które przypominały szpileczki. Szłam, a wiatr sprawiał, że woda na asfalcie tańczyła do jego rytmu. Szłam w świetle latarni ulicznych. W czapce z daszkiem i kapturze. Jeansy przylepiły się do nóg nieprzyjemnie. Mokre całe. Nie minęłam nikogo. Nikt poza mną nie skusił się na spacer po ciemku, w taką pogodę. A ja szłam i to okrężną drogą, żeby przypadkiem nie wrócić za wcześnie.

Po wejściu do domu zrobiło mi się zimno tak, że ojejku. Wzięłam gorący prysznic, który wcale nie wydawał się gorący i położyłam się spać.
Zasnęłam bardzo szybko i bardzo głęboko. I spałabym pewnie bardzo długo, ale bezlitosny budzik nie dał mi na to szansy. I jutro też nie da. 


Na MG pojawił się mój tekst inspirowany rozmową z Danką. O ucieczce. Bo fajnie byłoby tak sobie wyjść w ulubionych trampkach, z torbą ..albo w ogóle bez. Jak się stoi tak wyjść. W pidżamie, w dresie, nieważne. Wyjść i pójść gdzieś, gdzie jest ciepło i nie ma nic oprócz dobrego humoru i dobrych emocji. I może automatu z kawą ;D

1 komentarz:

  1. chemią sie nie przejmuj. tez nie zaliczalam w liceum ;p

    OdpowiedzUsuń