środa, 27 kwietnia 2011

Odpowiedź.


Odsuwam od siebie wyciągnięte w moją stronę ramiona.
Nie dam Ci się złapać.
Odwracam wzrok od wyczekujących spojrzeń.
Gołymi rękoma, z zaciśniętymi zębami, w deszczu łez, wiedziona koniecznością, wzniosłam mur.
Bronię siebie, nie widzisz?
Nigdy tego nie widziałaś. Liczyło się tylko kilka cierpkich słów, które zmusiłyby Cię do podniesienia tyłka z ziemi. Nie, nie jestem jakąś pieprzoną przechowalnią  problemów, żadnym prostownikiem skrzywień ani chusteczką na łzy. Moja własna konsekwencja w tym aspekcie zadziwia mnie, przeraża ale i zadowala.

Mały powrót do przeszłości, żeby pokazać zupełnie nową teraźniejszość. Odpowiedź.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Wszystko było! ;)


Usiadłam przy pustym dokumencie Worda, kursor migał spokojnie, klawiatura czekała na moje palce. Mogłabym napisać tak wiele, tak niejasnych dla większości tekstów…nie zrobię tego. 
Mogłabym opisać te kilka dni, albo ten jeden dzień tylko od strony obserwatora albo bardzo subiektywnie. Mogłabym dodać mnóstwo krótkich fragmentów tego, co ostatnio napisałam. Robiłam tak już kilkakrotnie, tym razem sobie daruję.
Skupię się na tym, że święta minęły mi bardzo szybko i bardzo wesoło, w gronie rodzinnym, i choć mniejszym niż zwykle, równie ciepłym.

Było dużo śmiechu, były chwile poważne, były rozmowy i gębodźwięki [niee, śpiewu raczej nie było], spacery i posiadówy przy drinku, małe złości z przymrużeniem oka, pyszne ciasta, pyszne obiady, dyngus z zaskoczenia, karciochy, warcaby, krzyżówka, Elvis Preasley i gównomiotacze- [czyt. Gołębie.]

Rodzino, bez Was nie istnieję. Zbiorowość jednostek. Uwielbiam każdą z nich- nie tylko w święta ;)

sobota, 23 kwietnia 2011

Bez słów / jest pięknie.

Pdejdź.
Spójrz mi w oczy,
bez słów zrozumiesz co budzi się we mnie na Twój widok.

Bez słów przekażesz
co obudziło się w Tobie.

Zrozumiemy od razu,
chociaż niejasno i tylko instynktownie
chociaż nie zabraknie wątpliwości
i głupiej krępacji
wszystko w końcu wyjdzie na jaw.

Napisane kilka dni temu :)
Dzisiejszy dzień zaliczam do jednego z najbardziej udanych. Słońce spiekło mi twarz na raczka, kolana bolą, trampki do ponownego, porządnego prania. Drink z Sisą, wesoła atmosfera, jest pięknie :p

środa, 20 kwietnia 2011

Środa, 20 kwietnia 2011r.

Szłam przez miasto powoli, walcząc tymi dziwnymi nie zawrotami, a raczej falami [?] w głowie. Zdążyłam w jakimś stopniu do nich przywyknąć, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek zdołała je polubić. Są irytujące i utrudniają mi codzienność.

Szłam, ubrana w luźną, czarną koszulkę, jeansy zdecydowanie nieobcisłe i rozpiętą bluzę, która wisiała na mnie raczej flejowato. Włosy za nic w świecie nie chciały się ułożyć.
Torba, chociaż nie ciężka, ciążyła mi bardzo.
Nie wyglądałam jakoś nadzwyczajnie intrygująco, raczej właśnie – nieciekawie, a mimo to wydawało mi się, że ludzie patrzą na mnie dziwnie.

Właśnie – oni patrzyli NA MNIE a nie przeze mnie, jak to się zwykle dzieje wśród ulicznego zamieszania. Zazwyczaj każdy idzie do konkretnego miejsca, pogrążony w swoich myślach, albo zagadany z kimś znajomym. Na ulicy często nie poznaje się znanych twarzy, więc zwrócenie uwagi na nieznanego przechodnia jest czymś naprawdę nietypowym.

Patrzyli tak, jakby wiedzieli o mnie coś, z czego ja najwyraźniej nie zdaję sobie sprawy.
 Takie odniosłam wrażenie,  choć wiem, jak strasznie głupio to brzmi.

W urzędzie poczty, pani w okienku przywitała mnie pogodnym „dzień dobry!” a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka : ?!
Pani  bynajmniej się tym nie przejęła. Była tak samo miła aż do końca.
Wyszłam stamtąd lekko oszołomiona. Kolejnym celem była „żabka” – bo od razu rzuciła mi się w oczy, a właściwie – woda mineralna nieg. Ostatnio ciągle czuję pragnienie.

I co? I tam to samo! Ekspedientka – młoda dziewczyna, znokautowała mnie przyjacielskim tonem.
Cholera- pomyślałam – coś musi być ze mną nie w porządku. – ale starałam się odwzajemnić jej uprzejmość.

Idąc dalej [a gdzie ja tak szłam wytrwale? Do Pani Oli, „hey ho let`s go” ;) ] zostałam zaatakowana spojrzeniami ludzi na przystanku autobusowym. Kurcze. Wszystkie głowy skierowane na mnie. To już zaczynało być zabawne. Przystanęłam, napiłam się Żywca Zdrój, i dzielnie przeszłam obok nich wszystkich.

Stara suka, rasy nijakiej bojowo stanąwszy na straży chodnika, szczekała na wszystkich przechodniów.
No to mnie pewnie ugryzie. – pomyślałam, jak zwykle pozytywnie. Suka spojrzała na mnie, odwróciła się i poszła w stronę jednego z bloków.

U Pani Oli, jak zwykle, czas zaczął płynąć jakimś innym tempem, wszystko było takie na miejscu i takie akuratne w swoim nieładzie.
Spędziłam 2,5 h trochę na rozwiązywaniu zadań, trochę na rozmowach i żartach. Tym razem skład wyglądał nieco inaczej. Pracowaliśmy w trzyosobowej grupie a żadne z nas się nie znało. Karolina, Daniel i ja. Wszystko pod czujnym okiem pani Oli. Dostałam przepyszną kawę Latte, miałam okazję przekonać się, że w obecności Daniela faktycznie wszystko się psuje [długopisy przestają pisać a ekspresy do kawy kapitulują] ,niektóre zadania można rozwiązywać na dwie sposoby a Zośka potrafi pukać do drzwi.
Jak było? Zabawnie :)

Wróciłam do domu zmęczona jakbym nad matematyką ślęczała co najmniej tydzień bez ustanku. Poszłam zgodnie z moim nowym zwyczajem do Babcinej altanki, rozsiadłam się w słońcu i próbowałam przyswoić kolejne „trochę” z WOSu.
Zbyt dużo czasu na to nie miałam bo trzeba było z kotem jechać do weterynarza. 
A on wiadomo, chodząca panika, miauk na 100 tonacji , krwawiąca łapka i próba ucieczki w każdym możliwym momencie.
Dostał trzy zastrzyki. Przez 4 dni mamy mu podawać tabletki, powinno być okej. 

A potem co? Lenistwo? Nieee! Potem go z Klarysą „na działkę”, spotkanie Mączki i plany na przyszłość.
A planem naszym BAJKOWY TORCIK. 
Wyższy level.
Z Moniczką damy radę :D
Z Moniczką nam się upiecz!

Ł: I co? Pewnie znowu u mnie?
K: A pewnie. Twoja kuchnia jest już doświadczona.


I śmiech z Mączką na cały sklep bo nie umiałyśmy ułożyc literek w jeden wyraz xD
Klipak? Piklak? Kalipk?
KLAPKI. Yeaa. xP

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

I dupa.

I dupa. Czuję się gorzej niż wczoraj. :[
Humor okej, tylko sił brak. I bądź tu człowieku zharmonizowany. Ciało i duch jakoś się nie łączą ostatnio.

Poniedziałek inaczej.

Bezdusznie obudzona przez dźwięk smsa [i stał się cud, nie wyciszyłam na noc telefonu;] a potem dobita przez ŁUP ŁUP ŁUP w zewnętrzną ścianę mojego domu jakimś wielkim młotem, jak mniemam, wstałam mimo wszystko w dobrym humorze.
W głowie miałam tylko jedno : kawa. Nie piłam jej od trzech dni i nagle ochotka wróciła. Potem spacer, trochę WOSu nieszczęsnego do przeczytania, i może powtórka z j.pol? Się zobaczy, co się uda. 

Mam nadzieję, że odwiedzą mnie dzisiaj te moje czubencje, dawnośmy się nie widziały w całym składzie :P Ostatnio ciężko trafić w czas, który byłby dobry dla wszystkich. Zobaczymy, czy dzisiaj to wypali. W świat poszły smsy i do jednej i do drugiej.  Doprawdy ciekawa jestem co one dzisiaj porabiają.  Odkąd skończyłyśmy gimnazjum, jakoś ciężko jest mi wyobrazić sobie jak grzecznie siedzą w ławkach. To niewykonalne, to wbrew ich naturze ;D
I co dalej? Łucjo, Łucjo, nie kończ tak szybko, napisz coś jeszcze. Łucja nie ma pomysłów. Nic specjalnie ciekawego się nie dzieje i pewnie się nie stanie. 
Włączę sobie płytę muzyki z Dinseya, albo w końcu odsłucham Guns n`Roses..? Na razie czuję się dobrze. Mam nadzieję, że tak już zostanie.
W najgorszym razie, znowu, jak niemowlę, zasnę w środku dnia.

Jedno jest pewne, dzisiejszy poniedziałek odstaje od pozostałych. Dzisiejszego nie przesiedzę tępo i bezproduktywnie w szkole, nie będę zła i załamana jednocześnie tym, że czas "ciągnie się jak makaron" a ja do wyjścia ze szkoły mam jeszcze kilka godzin a zanim będę w domu itd. ;) 
Trzymajcie kciuki, żeby to moje dziwne osłabienie sobie poszło. Idzie wiosna, nie mogę być taka do niczego.;)

sobota, 16 kwietnia 2011

półstan.

Siedziała przed laptopem. Po półdniowym polowaniu na marynarkę na terenie całej Galerii Jurajskiej, po przymierzeniu dziesiątek różnych fasonów, i stwierdzeniu, że marynarki to stanowczo nie jest jej druga skóra, a w końcu – po kupieniu tej jednej, która i tak nie leży super dobrze i według jej ojca jest trochę za wąska w ramionach, nie miała na nic siły.
Położyła się w nadziei, że sen ją zregeneruje.
Wskoczyła w luźne, dresowe spodnie i wtuliła głowę w poduszkę. Przed oczami miała ciemność, ale uszy nie były w stanie się wyłączyć. Serce biło tak mocno, że aż niekomfortowo. Żadne ułożenie nie było dobre. Zrezygnowana wstała.
Miała ochotę zagrać w Simsy a potem obejrzeć coś w TV.
Tak naprawdę najbardziej na świecie brakowało jej kogoś do kogo mogłaby się przytulić. Głupie, zważywszy na to, że takie ochotki nie leżały w jej charakterze do tej pory. Człowiek w obliczu osłabienia robi się cały jakiś taki kluchowaty.
Mentalnie też.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nieobecna

(...)
W walce
w biegu
w samobójstwie i wskrzeszeniu*

w wietrze
w trawie
w dole z piachem.

na podeście Twojego domu
w ulubionym miejscu
w śmiechu
w oczach

w pewności siebie
w białej koszuli i czarnym długopisie
w ławce, na twardym krześle

w jeziorze
na dachu wieżowca, co szklanymi oczami razi
gotowa do skoku wbrew lękowi wysokości

Jestem.
Nieobecna.



*Metallica - Suicide & Redemption

środa, 13 kwietnia 2011

Środa, 13 kwietnia 2011r.

Na spacer poszłam, chemię zawaliłam mimo usilnych starań Olszy i moich modłów. ;)
Niestety. Będzie 1, chyba, że pani Ch. Postanowi podnieść nam oceny do zaliczenia, ażeby ukrócić nam mękę ponownego pisania a sobie – ponownego sprawdzania.
Z tym, że to nie byłoby w jej stylu.
IIIa to diabły wcielone, należy im się wszystko co najgorsze.
Humaniści to przecież idioci i niedołęgi – wydaje się mówić jej spojrzenie. I nie tylko spojrzenie, wykłady moralne nie należą do rzadkości.

Dość o tym.

W takim razie o czym mam pisać? Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, dni uciekają bardzo szybko i bezowocnie, bo za nic konkretnego jakoś nie mogę się wziąć.
Dzisiaj moim jedynym sukcesem było pełne skupienie i aktywność na dwóch godzinach matematyki u Pani Oli- lekcje grupowe, z resztą z moimi dziewczynami. Fajna sprawa. Siedliśmy w kręgu, każdy z arkuszem maturalnym, każdy gotowy się z nim zmierzyć. Rozwiązania padały szybko, dłużej trwało ich wyjaśnienie tym, którzy tego nie łapali.
W tle muzyka z VH1. Przed nami – chipsy, ciastka, gorąca herbatka J Gdzieś przy nogach Zośka, szczęśliwa, że jest tyle osób, które może wykorzystać do głaskania.

W domu dopadła mnie senność tak ogromna, że zdominowała wszystkie
inne odczucia. Do czasu kawy, która pozwoliła mi odrobić wszystkie zadane ćwiczenia, z chorego działu jakim jest Państwo i Społeczeństwo z j.ang.
Darowałam sobie wypowiedzi, których i tak nie zdążymy jutro omówić [mam taką nadzieję.]
A teraz siedzę, klepię w klawiaturę i zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie śpię, skoro głowa już zaczyna boleć, nie wspominając o plecach. 

Na dworze nareszcie zrobiło się rześko. Wczoraj było duszno mimo, że padał deszcz. Było duszno i gorąco, a niebo rozświetlała co jakiś czas niema błyskawica.
Szłam po mokrym chodniku, niesiona poczuciem, że iść muszę, mimo, że pada ze wszystkich stron. Szłam zauroczona kroplami deszczu, które przypominały szpileczki. Szłam, a wiatr sprawiał, że woda na asfalcie tańczyła do jego rytmu. Szłam w świetle latarni ulicznych. W czapce z daszkiem i kapturze. Jeansy przylepiły się do nóg nieprzyjemnie. Mokre całe. Nie minęłam nikogo. Nikt poza mną nie skusił się na spacer po ciemku, w taką pogodę. A ja szłam i to okrężną drogą, żeby przypadkiem nie wrócić za wcześnie.

Po wejściu do domu zrobiło mi się zimno tak, że ojejku. Wzięłam gorący prysznic, który wcale nie wydawał się gorący i położyłam się spać.
Zasnęłam bardzo szybko i bardzo głęboko. I spałabym pewnie bardzo długo, ale bezlitosny budzik nie dał mi na to szansy. I jutro też nie da. 


Na MG pojawił się mój tekst inspirowany rozmową z Danką. O ucieczce. Bo fajnie byłoby tak sobie wyjść w ulubionych trampkach, z torbą ..albo w ogóle bez. Jak się stoi tak wyjść. W pidżamie, w dresie, nieważne. Wyjść i pójść gdzieś, gdzie jest ciepło i nie ma nic oprócz dobrego humoru i dobrych emocji. I może automatu z kawą ;D

wtorek, 12 kwietnia 2011

A tak mnie wyrywa, żeby wyjść..! I iść, iść, iść...

Wracałam ze szkoły ociężale. Ostatnie metry zawsze przysparzają mi najwięcej kłopotu. Jakby moje nogi nie wierzyły, że dadzą radę i dojdą razem ze mną do domu. Zawsze się jednak udaje. Co się przy tym najęczę i nawygłupiam to moje [i osób towarzyszących. ;) A jest ich spore grono. Jak to stwierdziła ostatnio Renata :”Pks connecting people”. Coś w tym jest ;D].
W każdym razie, w końcu udaje mi się dotrzeć do swojej oazy, uzupełnić powstałe w ciągu dnia niedobory energii [czyt. zjeść obiad] i pozwolić sobie na chwilę relaksu.
W domu właśnie to jest najpiękniejsze, że wszystko spowalnia a w powietrzu unosi się wszechogarniający `luuuz`.
Wyskakuję z jeansów a wskakuję w spodnie dresowe. Bluza ląduje na oparciu fotela albo łóżku. Zarzucam na siebie swój ulubiony, wielki sweter w czarno-granatowe pasy i wstawiam wodę na kawę.
Zazwyczaj piję ją z Musią. Dzisiaj Musia na służbowym wyjeździe, uraczyłam się więc kawą sama, popijając ją podczas oglądania serialu.

 Serialem tym „Chuck” na tvn7. Bez lipy :P  Dlaczego go oglądam? No nie wiem, działa relaksująco. Rozbawia, i nie jest to typowy, amerykański, bezmyślny serial komediowy. Raczej parodia serialu kryminalnego, ale zrobiona w dobrym guście. Nieprzesadzona. Nieobleśna i nie pozbawiona sensu. Jakiś tam jest.

Z resztą czy to ważne, co oglądam? 

Potem przychodzi czas na postawienie sobie pytanie :”Ok, co teraz?”.
Hm i akurat obecny wtorek przynosi odpowiedź od razu. CHEMIA. Wzbudzająca, odkąd tylko pojawiła się w moim planie lekcyjnym, czystą nienawiść. Chemia. Niezrozumiała dziedzina nauki. Chemia-czarna magia
i chemia-czarna rozpacz. Chemia- odstraszacz, odpychacz, jedno wielkie łeee. 
Chemia, chemia, chemia. Kurwa. Chemia w klasie maturalnej, profil dziennikarski. Bajka, no naprawdę…

Wiem, że czas otworzyć zeszyt i wśród fali gniewu i bezradności i znowu gniewu takiego, że już prawie zahacza o wściekłość, przyswoić jakieś minimalne minimum i modlić się o zaliczenie.

Tymczasem co? Tymczasem piszę, bo pisanie zabija czas i zajmuje umysł. Bo pisząc nie mogę jednocześnie się uczyć. Ba! Nie mogę nawet sięgnąć po niebieski zeszyt, na którym znudzony `Stanley the cat`, w wielkich okularach ubrany w biały fartuch,  wskazuje tablicę z narysowanymi elektronami. [żebym ja tak zapamiętywała zawartość zeszytów jak ich okładki…;] 


Tak mnie wyrywa, żeby wyjść…! Właśnie w ten zapadający zmrok, w tę szarość, w ten chłód.
Wyjść i iść, iść, iść…

środa, 6 kwietnia 2011

Sok pomarańczowy.


Jak Słońce w szklance. Nie śmiej się ze mnie. To nie tylko moje skojarzenie.

Szklanka soku, pierdoły z kumpelami z piaskownicy, wspólna wędrówka po zmroku, wśród gęstej mgły.
Głośny śmiech i bagatelizacja tego wszystkiego, co w samotności wydawało się tak straszne „że jejeuniu!” ;) 

W domu gorący prysznic i prędko zgaszone światło,- żeby nie widzieć tych wszystkich niezrobionych ciągle bzdur.

A potem noc bezsenna, bo w głowie głośno i tłoczno. Nie mogłam tego wyłączyć. Nie chce mi się nawet myśleć dlaczego. Dzisiaj wiem, że zasnę. Mój umysł i zmysły już stępiały dostatecznie.

Agata:" Łucka, co robisz jak nie możesz spać?"

Dobre pytanie. To zależy od nocy. Czasem czytam, słucham muzyki albo staram się wymyślić jakieś poryte opowiadanie, żeby się dobić. 

Zdarza się, że jem marchewkę i robię przysiady ;P Albo gapię się tępo w okno z perspektywy podłogi, leżąc na twardych panelach i obserwując tańczące na wietrze korony drzew. Księżyc świeci mi wprost w okno - widoczność jest niezła.
Czasem myślę intensywnie o jakiś tam konkretnych swoich poczynaniach, o osobach, które z jakiegoś powodu zaprzątają mi myśli. O tym jak mogłoby być, jak jest a jak powinno. 
Częściej jednak nie myślę wcale. Walczę tylko z gniewem na tę bezsenność, bo on tylko przedłuża godziny niechcianej przytomności umysłu.


niedziela, 3 kwietnia 2011

Uśmiechnij się do mnie!

"Czasami zrozumienie płynie prosto z serca, omijając mózg"
Ręka Mistrza S. King

Czasami rozsądek należy schować głęboko do kieszeni.

Czasem trzeba zaufać chwili.


Nic odkrywczego. Nic oświecającego.
I wszystko jednocześnie

Dobrze jest mieć Was.