niedziela, 27 marca 2011

Po turecku siedzę.

Zbiegała ze schodów jak szalona. Ciemnoniebieskie stopnie nie miały końca.  Pomarańczowa apaszka na jej szyi powiewała jak ogon latawca. Schody zakręcały prawoskrętnie. Kręciło jej się w głowie i ciemniało w oczach z mdłości, ale biegła dalej. Nogi drętwiały z bólu.
Obejrzała się za siebie i otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Mimo wysiłku, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi wcale się nie oddalały. Otwarte na oścież, wypluwały z siebie blado-błękitną poświatę, w której zastygły rozmaite przedmioty. Była tam zabawka-kostka, z której na czerwonej harmonijce wyskoczył klaun z zielonym nosem, była szachownica i pionki, które zdążyły już oderwać się od jej powierzchni w momencie wyrzutu, a teraz czekały na powrót ruchu, żeby móc spaść na ziemię. Była puszka coli- i sama cola strużką z  puszki wystrzelona. Był traktor-zabawka, kilka kredek, wałek do włosów, bidon i okularki pływackie.
To wszystko powinno dawno spaść, potrzaskać się, przetoczyć w dół po schodach albo mknąć niezmierzone kilometry w dół ku Ziemi. Tymczasem przedmioty wisiały głupio w powietrzu, a schody działały jak taśma bieżni.
Dziewczyna mimo szalonego biegu tkwiła w miejscu. Teraz, zrezygnowana usiadła po turecku twarzą do drzwi, gotowa zasłonić się rękoma gdyby przedmioty nagle ożyły.
Na razie nic takiego się nie działo. Czekała na rozwój… na ROZRUCH wydarzeń.


W końcu przychodzi taki dzień, w którym wysiłek jest rzeczą  wymuszoną i nie prowadzi do niczego, długopisy się gubią a oczy bolą jak jasna cholera. W końcu przychodzi taka noc, a z nią taki sen, który trwa nie 6-7 godzin, a 10-12.
Taki czas ostatnio nastąpił.
Dziewczyna nie może zbiec ze schodów, przedmioty nie mogą spaść, ja nie mogę w pełni funkcjonować.  Musimy się zregenerować

1 komentarz:

  1. Czas na gwoździe w dęszczu i jakąś świeżą sosnę;) Klimat w stylu Alicji, bardzo... bardzo... dobitne:)

    OdpowiedzUsuń