sobota, 5 marca 2011

Internistyczna burza.


W klatce piersiowej drzazga.
- Wielki kolec ociekający posoką mojego wewnętrznego ja, zmieszaną z trucizną.
Kto go wbił?!
Sprawcy nie ma. Jak zwykle.

Obijam się o ściany żył i tętnic miotana przez internistyczną burzę.
To doprowadza mnie do szału.
To jest jakiś ślepy szał.

A to, co w krwiobiegu – ta cała hormonalna i ciśnieniowa dyskoteka, ma wpływ na zewnętrzność.
Opanowanie staje się jak hologram – dotknij, a Twoja dłoń przejdzie na wylot. Wiązki fotonów przestaną być widoczne.
Za nimi tylko mój obłęd.

Jestem jak stacja meteorologiczna. Gdy zbiera się na płacz to znak, że przeciwstawne fronty się ze sobą mieszają.
Jak już histerycznie i głupio ryczę  to wiem, że będzie padać. Niespodziewanie, nagle, krótko.
[Dzisiaj nie będzie. Ulga nie nastanie.]

Szklanka za szklanką.
Wlewam w siebie jakieś chore ilości wody.
Nie mogę myśleć. Nie mogę się skupić.

Obrastam w paranoiczne przekonanie, że wszystko za chwilę pierdolnie. Cała moja walka ze słabościami, cała moja budowla, święte Pięć Etapów pójdzie się…w las pójdzie, a ja wpadnę w samo centrum gówna [beznadziei].
Wmawiam sobie usilnie, jak mantrę, jak jakąś pieprzoną Prawdę Istnienia, że nic nie jest stracone, że wszystko zależy ode mnie bo to ja ja ja ja i tylko ja decyduję o tym, co się ze mną dzieje.
Jakoś nie pomaga.

Tłumaczę sobie, że to chwilowe. Przebijam powłokę PRZEKONANIA. Dźgam ją ostrzem zdrowego rozsądku dopóki starcza sił, ale ona regeneruje się szybciej niż ja zadaję ciosy.
Chce mi się wyć.

PRZEKONANIE oplotło mnie całą ciasno. Jest bladozielone z ciemniejszymi, pulsującymi plamami, w których świeci się coś na złoto. Obrzydlistwo.
Unieruchomiona szczelnym kokonem, wchodzę w stan hibernacji.

2 komentarze: