czwartek, 31 marca 2011

Amfast w Afaracie.


(…)
Na biurku nieład-jak nie u mnie. Książki, zeszyty, kalkulator, mnóstwo kartek, długopisów, mazaków,
kable i jakieś pierdoły.
Na fotelu stos ciuchów rzuconych niedbale.
Wieko kosza na śmieci przygryza sterty chusteczek higienicznych i papierów treści nieprzydatnej.
Tulipany, które ostatnio dostałam – przekwitły. Ich główki zwisają marnie na długich łodygach.
Własne łóżko wydaje się niewygodne, poduszki twarde, kołdra gryząca.

Widzicie jak dużo?
Jak wiele zależy od naszego nastroju.
Postrzegamy wszystko przez pryzmat własnego samopoczucia. Jednego dnia ta sama rzecz wydaje mi się w porządku, innego – do bani.
Mój chaos kontrolowany traci swój przymiotnik.
Boję się.
Boję się porażki.
Jednej za drugą – jak na taśmociągu, nadciągających powoli, systematycznie.
Jak w łańcuchu przyczynowo-skutkowym.
Bęc bęc bęc
Moje wnętrze rozpada się, kawałek po kawałku.

Amfast w afaracie.
A daleko mi przecież do startu.

niedziela, 27 marca 2011

Po turecku siedzę.

Zbiegała ze schodów jak szalona. Ciemnoniebieskie stopnie nie miały końca.  Pomarańczowa apaszka na jej szyi powiewała jak ogon latawca. Schody zakręcały prawoskrętnie. Kręciło jej się w głowie i ciemniało w oczach z mdłości, ale biegła dalej. Nogi drętwiały z bólu.
Obejrzała się za siebie i otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Mimo wysiłku, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi wcale się nie oddalały. Otwarte na oścież, wypluwały z siebie blado-błękitną poświatę, w której zastygły rozmaite przedmioty. Była tam zabawka-kostka, z której na czerwonej harmonijce wyskoczył klaun z zielonym nosem, była szachownica i pionki, które zdążyły już oderwać się od jej powierzchni w momencie wyrzutu, a teraz czekały na powrót ruchu, żeby móc spaść na ziemię. Była puszka coli- i sama cola strużką z  puszki wystrzelona. Był traktor-zabawka, kilka kredek, wałek do włosów, bidon i okularki pływackie.
To wszystko powinno dawno spaść, potrzaskać się, przetoczyć w dół po schodach albo mknąć niezmierzone kilometry w dół ku Ziemi. Tymczasem przedmioty wisiały głupio w powietrzu, a schody działały jak taśma bieżni.
Dziewczyna mimo szalonego biegu tkwiła w miejscu. Teraz, zrezygnowana usiadła po turecku twarzą do drzwi, gotowa zasłonić się rękoma gdyby przedmioty nagle ożyły.
Na razie nic takiego się nie działo. Czekała na rozwój… na ROZRUCH wydarzeń.


W końcu przychodzi taki dzień, w którym wysiłek jest rzeczą  wymuszoną i nie prowadzi do niczego, długopisy się gubią a oczy bolą jak jasna cholera. W końcu przychodzi taka noc, a z nią taki sen, który trwa nie 6-7 godzin, a 10-12.
Taki czas ostatnio nastąpił.
Dziewczyna nie może zbiec ze schodów, przedmioty nie mogą spaść, ja nie mogę w pełni funkcjonować.  Musimy się zregenerować

poniedziałek, 21 marca 2011

Kawałek przemyśleń.

(…)
Pozwoliła myślom odlecieć razem z wiatrem. Usunęła obrazy nasyłane przez ciotkę Wyobraźnię. Zamknęła oczy. Teraz liczyła się tylko ciemność. Oddychała głęboko, miarowo. Po chwili poczuła lekki zawrót głowy a czerń, na której się skupiła, zdawała się na nią nacierać.
Do uszu zaczęły docierać dźwięki, jakich wcześniej nie byłaby w stanie wychwycić (…)
Na chwilę odcięła się od obowiązków szkolnych, nie-szkolnych, od zobowiązań i zawiłości życia towarzyskiego. Teraz była tylko ona i Świat.
Ona i Bóg? To już temat do głębszych analiz.

Wtedy była wszędzie i nigdzie. Mentalnie zawisła w niebycie. Cieleśnie – cielesności prawie nie odczuwała.
Kiedy wreszcie otworzyła oczy, wszystko wydało jej się bardzo błahe. Sprawy codzienne z pozoru tak istotne i jeszcze przed chwilą – dokuczliwie absorbujące, teraz straciły na wadze.
W rzucie globalnym – to tylko przewody z uziemieniem. Jak kule u nóg wolności.
Wolności umysłu.

Kluczem do wewnętrznego spokoju jest znalezienie sposobu na oderwanie się od nich, choćby na chwilę. 
Na zbagatelizowanie. Złapanie oddechu.
Im większa kula tym trudniej, czasem jedynym sposobem jest załatwienie problemu. 

Minimalizacja może być jednak przydatna. Przecież łatwiej przełknąć mniejszą tabletkę, prawda?

Rozwiązywanie zagadnień z listy „muszę” przychodzi wtedy trochę łatwiej i sprawniej. Bez niepotrzebnej, nerwowej spiny.
Nie dajmy się zamknąć w ramy. 

Tak, staram się urzeczywistniać swoje własne wnioski. Jestem jeszcze szczylem, teraz to żadne wyzwanie. W przyszłości będzie trudniej, wiem. Mam świadomość. Mam też wokół siebie przykłady ludzi, którym się to udaje. – to daje mi nadzieję, że i ze mną nie będzie jakoś bardzo źle. ;)

sobota, 19 marca 2011

Samouświadomienie. Bum, bum.

Wy… jesteście zawsze dalej, niż bliżej. Ja? Ja zawsze na odległość. Zawsze na dystans. A więc działa to obopólnie. Ja nie daję Wam swojej obecności – dlaczego Wy mielibyście dawać swoją mnie?
Nie proszę o nic, więc się nie narzucacie. Wszak niejednokrotnie można ode mnie usłyszeć „nie dzisiaj, proszę. nie dzisiaj.” gdy ktoś podchodzi i chce zamienić ze mną kilka słów.
Telepatycznego odczytu moich potrzeb nie mogę od Was wymagać.
Dobrze, w porządku.
Następnym razem nie usunę smsa z moimi przemyśleniami, nacisnę dwukrotnie ikonkę gadu-gadu zamiast znikać na „niewidok”.
Porozmawiam, umówię się na spotkanie, wyjdę naprzeciw.
Nie mogę mieć pretensji o to, że Was nie ma, gdy akurat brak mi czyjejś uwagi.
To chore. Przecież każdy z Was w każdym, dowolnym momencie może czuć się równie parszywie, a mnie to nawet przez myśl nie przejdzie. Równie parszywie, albo jeszcze gorzej.

piątek, 18 marca 2011

Piątek, 18 marca 2011r.

Po kolei, w skrócie:

11:22
Czy Ty też jesteś dziś taki senny?
Taki wypełniony watę po brzegi?
Nie mogę zbyt dużo pisać, energia uchodzi ze mnie ze świstem, jak z przebitego balonu.

11:40
Zaprawdę powiadam Wam, gdybym była teraz w domu, pierdziolnęłabym wszystko i poszła spać, albowiem wszelkie działanie nie ma dziś sensu.

Moment. Ja przecież jestem w domu. Czy to przez pogodę, czy też w poniedziałek czeka mnie marsz do lekarza?

[po chwili]

Nic mi nie wychodzi.

[po kolejnej chwili.]

Wypróbujmy więc patent z drzemką.

12:50
Gówno. W głowie zawroty, snu nie ma. Oczy nie chciały przybić piątki z ciemnością. Głowa też nie mimo że dzisiaj jest „out of order”. Ustrojstwo.

Za oknem mała dziewczynka pod czerwoną parasolką, ubrana w czerwony płaszczyk i fioletowe kaloszki. Idzie z babcią. W największym deszczu.
Babcia chciała iść ścieżką w stronę szkoły, dziewczynka najwyraźniej nie.
Stanęła, zakręciła się w miejscu. Do mojego okna doszedł tylko jej podniesiony głosik, gdy pokazywała babci inny kierunek. Z słów wyraźne było jedynie „tam!”.
Dziewczynka dziarsko objęła prowadzenie.  Odprowadziłam obie wzrokiem, aż w końcu zniknęły z pola widzenia.
Co za niedobry dzień.

„Ouu ty niedobry!”- zadawała się mówić Reba.

Idę ugotować makaron do zupy.

„Dziewczyny, co robimy w piątek?” zapytała Klarysa, dwa dni temu.

13:30
Zrobiłam sobie dwułyżeczkową, paskudną Nescafe Classic. Ohyda. Łyżeczka cukru – no niech mnie, choć cukru nie używam, bez tego nie wypiłabym nawet pół łyka.

Nie może być tak, kochanie, że zmarnujesz kolejny dzień. Nie możemy do tego dopuścić. Zrób chociaż trochę, szkoda piątku na pogrążanie się w złym samopoczuciu.
Odrób to, co masz zadane i idź na spacer.
Deszcz nigdy nie stanowił problemu
Nawet Mała Dziewczynka się nim nie przejęła.

15:30
Okej, coś tam zrobiłam. Szału ni ma, ale ważne, że COŚ wygrało z NIC.
Z nieba leci jakaś ciapa- wyjaśnienie mojego złego samopoczucia.

17:55
Za chwilę mykam do Moniczki.
Na kawę. [trzecią?!]…no to może na herbatę.

wtorek, 15 marca 2011

Miło Cię widzieć :)

Miło Cie widzieć.Naprawdę! Nie kłamię. Nie doszukuj się ironii. Cienia kłamstwa też nie znajdziesz.
Otworzyłam żelbetonowe wrota, zdjęłam drut kolczasty z klamki, odsłoniłam okna. 
Przyjdź jeśli poczujesz taką ochotę.
Znajdziesz mnie w ogrodzie- kręcę się po nim przez większość dnia. Pisze coś tam w swoim zeszyciku, robię zdjęcia kwiatkom albo patrzę w chmury.
Gdybyś mnie nie zastał- jestem na spacerze. Poczekaj chwilę, usiądź na ławce. Skieruj twarz w stronę słońca, podmuchów wiatru się nie bój.
Niebawem wrócę.
Napijemy się herbaty albo kawy...zjemy po ciastku.

Radykalnej odciny dość.

niedziela, 13 marca 2011

Grrrrrrrrr!

Gdzie jest ta wariatka, która pierwsza rusza na parkiet a ostatnia z niego schodzi?
Gdzie jest ta, o oczach płonących niepohamowaniem?
Gdzie jest to bezwzględne zapomnienie, gdzie godziny oderwania od codzienności, gdzie wzburzona pędem krew?
Gdzie to wszystko co sprawiało, że byłam wyczerpana ale i regenerowałam się szybciej?
Gdzie muzyka? Gdzie śmiech?
Dlaczego tak mało,
tak mało odczuwam?
Zgubiłam jakąś część siebie. Bardzo mi jej brakuje. Znajdę ją, znajdę- jak pęk kluczy, który zawierusza się zawsze, rzucony niedbale po powrocie do domu.

Mija weekend.
Zastanawiam się co takiego się stało, że tak długotrwale się rozbiłam. Tak uparcie nie mogę się pozbierać. Tak długo. Tak naprawdę męcząco.
„Co takiego się stało.” A stało się bardzo dużo i bardzo niewiele.
Czy warto pisać? Nie warto. Nie warto wszystkiego w kółko rozpamiętywać. Warto natomiast wziąć się w garść i obrócić to wszystko na jaśniejszą stronę.
Nie, proszę Was, nie zdziwcie się jeśli nadal będę w swoim świecie, - osobno mimo, że z Wami. Nie oczekujcie mojej stuprocentowej obecności. Jeszcze nie teraz.
Zmiany muszę zacząć od siebie. Zawsze od siebie.  Bo bazą otaczającej nas rzeczywistości, jesteśmy my sami. To mu ją kreujemy, my nadajemy jej barwę a ona zależy od naszego wewnętrznego stanu.
A ja swój wewnętrzny stan muszę uporządkować i doprowadzić do satysfakcjonujących efektów tego wielkiego sprzątania.
Po raz kolejny.
Jakie to ...aż mi szkoda słów.
Szkoda mi siebie :/ 
Grrrrrrrrrrrr

piątek, 11 marca 2011

Piątek, 11 marca 2011r.

Byłam bardzo głupia wierząc, że bezsenność całkiem mnie opuściła. Logicznym było, że skoro wszystko się popsuło i wróciłam do stanu sprzed cudownego, choć chwilowego panowania-nad-wszystkim, bezsenność też się odezwie.
Na samym końcu- jak dobitne potwierdzenie mojej porażki.

Dobrze, że miałam co czytać. "Mistrz i Małgorzata. W przyszłym tygodniu zaczynamy omawiać.

Około 5:00 w końcu udało mi się zasnąć. Płytko bo płytko, ale udało się.
O 6:00 zadzwonił budzik. Wstałam 30 minut później - i o 30 za późno. Gdybym miała jechać autobusem...musiałabym biec jak szalona.

Zanim zeszłam do łazienki, pomachałam rękoma, pokręciłam głową, rozciągnęłam grzbiet i wyjęłam z szafy to, co było na wierzchu.
Na stole czekała już na mnie zielona herbata [kocham Cię Mamo ;)]

W lustrze zobaczyłam swoją szarą twarz, przekrwione oczy, i ogólnie całe moje wielkie niewyspanie.
Mruknęłam cicho "witaj z powrotem najdroższa" i posłałam odbiciu nienawidzące spojrzenie.
"Nie zjebiesz mi dnia." - dodałam w myślach, chyba tylko po to, żeby wyrazić swój bunt. Swój bunt przeciwko bezsenności. Jakby była KIMŚ a nie czymś zgoła niecielesnym, niekonkretnym i nieokreślonym.
Mój dzień został zjebany zanim jeszcze się zaczął.


Tak myślałam, jednak wprawiona w boju, jeśli chodzi o funkcjonowanie na "low fuel", dałam radę. Nie byłam oczywiście tak super-wszędzie i cha-cha-cha, ale było całkiem ok. Nie zraziłam do siebie nikogo [no przynajmniej nie celowo. na nikim się nie wyżywałam.], całkiem nieźle napisałam tę nieszczęsną historię, wymieniłam parę luźnych uwag z otoczeniem. - do przeżycia.
Wyszłam ze szkoły wcześniej niż zazwyczaj - dobry los chciał, że nie było PP.

Wskoczyłam w dresy, pokręciłam się trochę a za chwilę siadam do obiadu. Pierogi - robione przez Babcię. Coś wspaniałego :)

czwartek, 10 marca 2011

Spróbuję. Od nowa, a co mi tam. ;))

Pora wstać, otrzepać popiół ze spodni, spiąć kształtne [a niech mnie, jeśli kształtne nie są!] pośladki i iść dalej.
Zakasać rękawy, uporać się dzielnie z tym, co jest do uporania i definitywnie przerwać tę złą passę.
Nastrojową pochylnię czas odwrócić. Niech zamiast opadać, wznosi się.

A piszę to stojąc na skraju przepaści z tabliczką „SEN-INNY WYMIAR ŚWIADOMOŚCI”.
Marzę o tym, żeby autosugestia zadziałała. ;)

Pora nauczyć się akceptacji tego, czego zmienić nie sposób.
Do tej pory nie udało mi się tej sztuki dobrze opanować, a niestety, nie na wszystko mam wpływ.
 Aż trudno w to uwierzyć, doprawdy xP

„Żyj dniem i bierz, co przyniesie”. Tak mawia Wireman. Między innymi. ;)

Spróbuję. Od nowa, a co mi tam. Mam na to czas.
„Długa jest droga do raju kochanie, więc nie przejmuj się drobiazgami.”

Nie będę. Nieee- z tym nie mam problemów. ;)

*oba cytaty pochodzą z książek S. Kinga – pierwszy z „Ręki Mistrza”, drugi z „Bezsenności”. Nawiasem mówiąc – polecam.

A gdyby tak…


A gdyby tak wybiec przed siebie, nagle i bez przygotowania, wpaść w ramiona zimnej nocy, twarzą w podmuchy wiatru wtulić się szczelnie?
A gdyby tak wykrzyczeć światu cały swój żal i pustkę? Gdyby uświadomić…
Kogo? Jak? Na siłę zrozumienia nie znajdziesz
Czy to przyniosłoby ukojenie?

A gdyby tak odejść bezpowrotnie,- położyć się pod stojącym w polu samotnie drzewem i… umrzeć?
[Tak zwyczajnie, groteskowo jak babcia Eugenia z "Tanga" S. Mrożka.]

Wyjdę i nie będzie mnie długo,
ale wrócę.
Ciszą będę krzyczeć.

środa, 9 marca 2011

Zaproś mnie na kawę.

Zaproś mnie na kawę.
Opowiedz o tym co Cię trapi, wysłuchaj tego, co zaprząta mi głowę.

Bądźmy otwarci
na siebie
na słowa.
 
Jak czyste kartki
- pozwólmy im osiąść i stworzyć nową historię.

Historię miłego popołudnia,
nowej znajomości,
może nawet – przyjaźni?

Po raz kolejny i po raz pierwszy jednocześnie.

sobota, 5 marca 2011

Internistyczna burza.


W klatce piersiowej drzazga.
- Wielki kolec ociekający posoką mojego wewnętrznego ja, zmieszaną z trucizną.
Kto go wbił?!
Sprawcy nie ma. Jak zwykle.

Obijam się o ściany żył i tętnic miotana przez internistyczną burzę.
To doprowadza mnie do szału.
To jest jakiś ślepy szał.

A to, co w krwiobiegu – ta cała hormonalna i ciśnieniowa dyskoteka, ma wpływ na zewnętrzność.
Opanowanie staje się jak hologram – dotknij, a Twoja dłoń przejdzie na wylot. Wiązki fotonów przestaną być widoczne.
Za nimi tylko mój obłęd.

Jestem jak stacja meteorologiczna. Gdy zbiera się na płacz to znak, że przeciwstawne fronty się ze sobą mieszają.
Jak już histerycznie i głupio ryczę  to wiem, że będzie padać. Niespodziewanie, nagle, krótko.
[Dzisiaj nie będzie. Ulga nie nastanie.]

Szklanka za szklanką.
Wlewam w siebie jakieś chore ilości wody.
Nie mogę myśleć. Nie mogę się skupić.

Obrastam w paranoiczne przekonanie, że wszystko za chwilę pierdolnie. Cała moja walka ze słabościami, cała moja budowla, święte Pięć Etapów pójdzie się…w las pójdzie, a ja wpadnę w samo centrum gówna [beznadziei].
Wmawiam sobie usilnie, jak mantrę, jak jakąś pieprzoną Prawdę Istnienia, że nic nie jest stracone, że wszystko zależy ode mnie bo to ja ja ja ja i tylko ja decyduję o tym, co się ze mną dzieje.
Jakoś nie pomaga.

Tłumaczę sobie, że to chwilowe. Przebijam powłokę PRZEKONANIA. Dźgam ją ostrzem zdrowego rozsądku dopóki starcza sił, ale ona regeneruje się szybciej niż ja zadaję ciosy.
Chce mi się wyć.

PRZEKONANIE oplotło mnie całą ciasno. Jest bladozielone z ciemniejszymi, pulsującymi plamami, w których świeci się coś na złoto. Obrzydlistwo.
Unieruchomiona szczelnym kokonem, wchodzę w stan hibernacji.

piątek, 4 marca 2011

Wszystko w porządku.

"Wszyyystko w porząąądku" - w wykonaniu M. jest czymś genialnym ;)
Brakuje mi `posiedzeń w kręgu` [czyt.- rodzinnych zjazdów.]
Niedługo święta, znowu będzie wesoło.

Zostałam w domu, ból sobie poszedł. Wszystko się uspokoiło. Posprzątałam w pokoju, byłam u dentystki, poszłam na spacer, pogadałam z Klarysą- o głupotach, w naszym osobliwym języku, jest pięknie.

A jednak ciągle jestem jakaś rozdrażniona, roztrzęsiona, nieswoja.

Czas wziąć się w garść, "C`wicz, nieprawdaż?" - z zaskoczenia rzuciła mi ostatnio nauczycielka historii.
Prawdaż, prawdaż.

I stało się niemożliwe - nie mam planów na weekend.
Nuda? Nie, nudy nie ma. Coś się zawsze wymyśli.
W końcu nie bez powodu mam być jednym z profesorów w "Akademi Pomysłowości im. Klarysy" xD To nasze życiowe plany. [kolejne. kiedyś miałyśmy poważny zamiar założenia hotelu dla zwierzą. I perfumerii. Z biegiem czasu aspiracje rosną. Tak czy siak podbijemy świat ;) ]

Jednakowoż, gdybyście mieli jakiś weekendowy pomysł... dajcie znać.


Kurcze tak strasznie niefajnie, że część naprawdę bliskich mi osób, jest tak daleko. Chwała Internetowi za możliwość komunikacji. ;)

Trza być twardym nie miętkim.
Jest dobrze, dobrze, dobrze, dobrze!. :) 

A zawsze może być jeszcze lepiej.

"I am alive- don't wanna be dead.
I wanna feel
I wanna smile
I wanna love
I wanna cry
I wanna be as happy as I should."

czwartek, 3 marca 2011

W głowie shake.

Mam w głowie shake zamiast mózgu.
Zmęczenie zniekształca odbiór bodźców zewnętrznych.
Ból, jak rozpieszczony dzieciak domagający się upatrzonej na wystawie zabawki,
nie daje mi spokoju.

Kubek gorącej wody, rozciągnięty, ciepły sweter, włosy związane w kucyk.
Kto przytuli? Kto wyszepcze kilka ciepłych słów, wprost do ucha?

Mogę liczyć tylko na dotyk pidżamy i ciepło kołdry w kolorowe drzewa.
Narzekam?
Nie, to nie jest narzekanie. Te kilka zdań, jest w zasadzie pozbawione emocji.

Czy można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie miało?
Czy można pragnąć czegoś, czego się nie zna?

„Więc można kochać i nie wiedzieć o tym…”


W moim przypadku nie ma nawet tego. :/

3 marca 2011r. Tłusty czwartek.

 Tłusty czwartek. Obolały czwartek, obolała ja.
Złapałam chyba jakiegoś wirusa. Brzuch napierdziela konkretnie. Blada jestem jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Nie ma w tym nic dziwnego- dwie kiepsko przespane nocy. Kiepsko, bo krótko. Dziwne sny dały spokój. Już mnie nie nękają.

Na dworze słońce – przyjaciel dobrego humoru.
Znowu mam ochotę iść na spacer. Wiatr oczyszcza myśli. Marsz uspokaja, dodatkowy wysiłek usypia pierwszorzędnie.
Mam ochotę na jakąś dobrą książkę, mam ochotę na obejrzenia jakiejś wystawy w Galerii Sztuki, mam ochotę na coś nowego w słuchawkach.
Mam ochotę, nie mam jakoś czasu a obecnie, z bólem w całym tułowiu, nie mam na to siły. Do tego typu rozrywek potrzebny jest czysty i przede wszystkim, sprawny umysł, ażeby to jałowe działania nie były.

Ale zamiary mieć mogę. Na wystawę, jak najbardziej – w przyszłym tygodniu. Książki żadnej konkretnej nie przeczytam bo przecież lektury, lektury, matura.

Wypadałoby napisać w końcu pracę na ustny polski.
Noooo. Wypadałoby.

Dzisiejszy dzień minął i szybko i wolno jednocześnie. Sami wiecie jak to jest wyjść naprzeciw codzienności w stanie średniozaawansowanego niewyspania i obolałym (fizycznie!) wnętrzem. Niespecjalnie.

Miałam ochotę  zaprosić Klarysę i Moniczkę na herbatę [z cytryną, wiem.] ale K. się edukuje, a jak K. to M. pewnie też- w końcu do jednej klasy chodzą.
Tak więc pozostaje mi moje własne towarzystwo. Też miło. Tylko cicho trochę. ;)

Brakuje mi swobodnych rozmów. Brakuje mi wymiany przemyśleń,  spokojnych, niedwuznacznych spojrzeń  w oczy. Brakuje. 

Wszystkiego mieć w życiu nie można.
Ani wszystkich.