sobota, 26 lutego 2011

Sobotni poranek.

Sobota. Nowy dzień, kolejne niewiadome –tą myślą rozpoczęłam weekend. Brak w niej pozytywnego zabarwienia. Brak w niej energii.

Spałam kiepsko, choć nie mogę powiedzieć, że to była zła noc. Daleko jej do tych bezsennych, które już od dłuższego czasu dają mi spokój, [gloria!].

Sny były męczące, mętne i niewyraźne. Obudziły mnie, ale odeszły razem z smsem, który poszedł gdzieś w świat.

„Życzę powrotu do zdrowia.”

Niczego innego nie potrafiłam z siebie wykrzesać. Niczego innego nie chciałam przekazać. Jedno proste zdanie i mogłam zasnąć ponownie.

Tym razem sen nie był już tym z rodzaju „dziwnych”. Nie budził we mnie poczucia winy, ani strachu przed czymś nieokreślonym, jak to przez ostatni czas bywało [coś za coś – spać mogę, ale śnić spokojnie niekoniecznie. ;]

Śniło mi się, że Ziemia aż po horyzont tonie pod ziarnami kawy.
Gruba warstwa ciemnobrązowych kulek, od których odbijało się niknące światło dnia. Zaraz miał zapaść zmrok, jestem tego pewna.
Niebo miało kolor wyblakłego różu.
Z tego osobliwego morza nie wystawało nic poza moją myszką od laptopa położoną na przekrzywionym , ledwie widocznym zeszycie. Jasna okładka.
Poznałam od razu,- to zeszyt od angielskiego. Kabel myszki kończył się gdzieś pod ziarnami.
Zanim zdążyłam zanurzyć dłoń w kawowym przestworze, gdzieś w innym świecie rozległ się dźwięk budzika. Obraz zaczął skręcać się spiralnie, do środka, a ja wróciłam do rzeczywistości. Jak nigdy dotąd miałam ochotę zrobić budzikowi krzywdę, opierdziolić od góry do dołu i dać po łbie ze trzy razy poduszką.
No niestety, budzik nie człowiek. Marny wysiłek. Ograniczyłam się do naciśnięcia „stop”.

Spóźniłam się oczywiście na pierwszy autobus co zredukowało korki do godziny. Może to i lepiej. Kiepsko się czułam.

W czasie tupotu do pani Oli, niespiesznie przemierzając zaspane miasto, mój wzrok przyciągnęły buty wystawione w Boot Sqare. W drodze powrotnej, z racji nadmiaru czasu, weszłam do Finezji bodajże, - sklepu z zabawkami [no ja wiem, za duża trochę jestem. Co poradzę, że w „słabsze” dni, jak tylko widzę pluszaki to wchodzę i oglądam? Potrzeba czułości? Ble. Aż wstyd się przyznać, ale najwidoczniej.]
W oczy od razu rzucił mi się zielony przytulak-poduszka z zadziorną gębulą.Super!

Postanowiłam sobie w duchu, że kiedyś-kiedyś go kupię. Sobie? Raczej Furiousowi- Arturowi ;)

Na pksie ze zgrozą zauważyłam, że czasu wciąż jakby za dużo. Czytanie nie wchodziło w grę. Umiejętność skupienia się na tekście była mocno ograniczona.
Wyjęłam zeszyt i nie patrząc prawie na kartkę, napisałam te kilka słów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz