poniedziałek, 28 lutego 2011

Mała, niegroźna kobieta.

Wyszłam ze szkoły z bólem głowy- ciężko spławialnym towarzyszem, ale i z ulgą,
że to już PO i za chwilę wrócę do swojego małego R`owa, w którym na ulicach spotyka się więcej psów niż ludzi.

Do autobusu miałam sporo czasu, a w brzuchu jeszcze więcej miejsca.

Na cel obrałam piekarnię [Kitalowie].

Wkroczyłam spokojnie, drzwi nie chciały się domknąć, więc musiałam poświęcić
im więcej uwagi niż są tego warte, zorientowałam się szybko co jest do kupienia
a czego nie ma [kapuśniaczka:(] i stanęłam grzecznie w kolejce.

Nieszczęsne drzwi otworzyły się ponownie, a po chwili do mojego prawego boku przylgnął niemalże, pan w szarym płaszczu. Na oko lat 20-parę.
[ a może wcale nie stał tak blisko? Może dzisiaj po prostu zwiększyłam dopuszczalną odległość między mną i kimś ? Niewykluczone.]
Zapach jego perfum przypadł mi do nozdrzy. ;)

Kupiłam obwarzanka.
Zanim zebrałam się do wyjścia, Szary Płaszcz poprosił o to samo, a mnie w jednym momencie zalała fala sympatii do tego człowieka. Tak nagle i po prostu.
Jakby fakt, że kupił to, co ja miał jakieś znaczenia, jakby był wyrazem jakiejś pokrętnej solidarności umysłów.

A obwarzanek, niech mnie ktoś uderzy, jeśli oszukuję, był najlepszym jaki w życiu jadłam.

Na pksie, jak zwykle, ludzi „jak mrówków” [to chyba Zuzkowe;].
Usiadłam na żółtej, brzydkiej ławce.

Stara kobieta o twarzy pobrużdżonej zmarszczkami we wszystkich możliwych kombinacjach, ominęła mnie i „moją” ławkę.

Chude nogi w cienkich, ale kryjących rajstopach wpuszczone w czarne „śniegowce”. Płaszcz nie nowy na pewno, w bordowym kolorze. Czapka, spódnica, rękawiczki-szarawozielone. Mała torebka barwy zbliżonej do brzoskwiniowej.
Przeszła raz, - prawie niezauważona. Przeszła ponowni i znowu i jeszcze kilka razy.
W tę i z powrotem. Strażniczka Stanowiska 1.

Zaczęła skupiać na sobie moją uwagę.

Idąc tak powoli, mamrotała coś bez przerwy.
Zaklęcie? Modlitwa?
Nie patrzyła na nic konkretnego. Nie zatrzymywała wzroku na ludziach. Oczy skierowane miała na kosz, albo pod ławki. Przekrzywiała lekko głowę przy szybkich obrotach. Zawsze w tym samym miejscu. Kosz i pod ławki, a potem znów, obrót głowy na drugą stronę, wciąż lekko w dół.
Nawet ulotnie nie spojrzała ani na mnie ani na koleżankę siedzącą obok mimo,
że zajmowałyśmy miejsce dokładnie pomiędzy słupkami wyznaczającymi granice
jej marszu.
Nie wspominając już o tym, że wpatrywałam się w nią intensywnie. Bezczelnie.
Wciąż coś szeptała.

W końcu podjechał autobus z tabliczką GLIWICE i Strażniczka ustawiła się za małym tłumem wsiadających. Stała w oddali jakby. Trzy kroki od najbliższej osoby.
Ciągle mówiła do siebie.

Mała, niegroźna kobieta.

Nie zauważyłam, żeby ktoś oprócz mnie ją obserwował. Nie rzucała się w oczy.
Nie zaczepiała, nie przysiadywała się, nic z tych rzeczy.

Mała, niegroźna kobieta.

Chciałabym poznać jej życiorys w zarysie.
Chciałabym usłyszeć magiczne słowa, które tak uparcie powtarzała.

Była to jedyna osoba, która w dniu dzisiejszym, zagościła w mojej głowie na dłużej.

2 komentarze:

  1. Łucjo, wybacz moje zaniedbanie w komentowaniu twoich wpisów. Już to nadrabiam! Komentuje ten wpis, lecz wybacz... nie czytam ;P Miałam taki zamiar-najszczerszy ale mój stan zdrowia zniweczył moje plany... Cieknie mi z nosa i boli mnie głowa ;/
    Także tego... Bo jak ktoś komuś coś, to choć niewiele ale zawsze ;)

    Moniczka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. haha! jesteś obłędna xD
    A ja doceniam, oczywiście. I powrotu do zdrowia życzę xD

    OdpowiedzUsuń